Reklama

Reklama

Dowody miłości

Dwoje w jednym

Reklama

Planują ślub i walczą o zdrowie Radka. Dorota jest przy nim, gdy stawia pierwsze kroki. Radek jeździ do Grodziska na fizykoterapię. Poznaje tam siostrę klaryskę, która po zabiegach prosi, by podwiózł ją do klasztoru.

W drodze słucha o wypadku, ślubie i wątpliwościach. Mówi: "Sami nie wymyślicie. Musicie to oddać Bogu". Wieczorami Dorota i Radek modlą się: "Wszystko powierzamy Tobie. Będzie, jak zechcesz".

- Dzięki modlitwie, dzięki temu, że byliśmy ze sobą tak często i blisko, umacnialiśmy się. Przed wypadkiem ostatni raz tak żarliwie modliłam się, gdy prosiłam Boga, żeby nie było klasówki. Gdy nie spełnił mojej prośby, obrażałam się: "Nie będę już chodzić do kościoła". Jako trzydziestoparolatka uwierzyłam w cuda. Poczułam, że ktoś na górze opiekuje się mną. - wspomina Dorota.

Grudzień, jedenaście miesięcy po wypadku. Biorą ślub w klasztorze na rzymskich wzgórzach we Frascati, żeby ukryć się przed reporterami. Słoneczny dzień, pierwszy tak ciepły od tygodni. Dorota ma suknię w jasnym różu, Radek ciemnozielony garnitur. Mówią sobie "tak" w klasztorze przystrojonym w białe kwiaty. Są tylko oni i piętnaście najbliższych osób.

Wieczorem bawią się we włoskiej restauracji. Po czterech latach na świat przychodzi Klara.

Radek: - W naszym życiu było wiele cudów. Najważniejszy to nasza roczna córeczka. Ona łagodzi nasze domowe obyczaje.

Wczoraj zawieruszyła im się szczoteczka do zębów dziecka. Kłócili się o to cały wieczór, jedno zwalało na drugie. Radek w pewnym momencie powiedział: "Ona ma tylko trzy zęby".

Zaczęli się śmiać.

Dorota: - Po wypadku zrozumieliśmy, że odejść od kogoś to najłatwiejsze, co można zrobić. Ale z innym człowiekiem też dojdziemy do punktu, który nas przerośnie. Radek: - Dotarło do nas, że miłość to nie tylko uczucie. To też przyjaźń i codzienna walka ze sobą, ze swoimi słabościami. Dla siebie i dla drugiej osoby. Dopiero dziś naprawdę czujemy, że jesteśmy razem.

Dwoje czy troje, miłość jedna

Anita Wężowska czuje, jakby dwanaście lat była w ciąży. Tyle starali się z Darkiem o dziecko. Lata burz i huśtawek nastrojów. Ale ich miłość, zamiast słabnąć, rosła. Dziś są pewni, że jest na całe życie.

Nie wychodziło im. Raz, drugi, dziesiąty, setny. Mijały lata: trzy, osiem, dziesięć. Zabiegi, zastrzyki, hormony, in vitro. I nic. Ale nie oddalili się od siebie nawet wtedy, kiedy kolejny zarodek nie zaczął rosnąć.

Gdy myślała, że jest w ciąży, więc przez kilka tygodni leżała plackiem, krzycząc do męża: "Nie dotykaj mnie, bo coś stanie się dziecku". Albo kiedy była w ciąży, a myślała, że nie jest i poszła na łąkę pobiegać z psem. Lub gdy on ze stresu stracił przytomność.

- Były dni zwątpienia i nadziei. Kłóciliśmy się. Ale żeby się oddalić od siebie? Mieć poważny kryzys? Rozwieść się? Nie, nigdy nie mieliśmy takich pomysłów. Zawsze byliśmy blisko. Choć blisko nie zawsze znaczy harmonijnie - mówi Anita.

Piętnaście lat wcześniej. Knajpka w Gorzowie. Anita jest właścicielką, Darek, warszawiak, wpada tu z kolegą. Ona podaje mu pączka, niechcący wylewa na niego kawę i zerka na jego kolegę, który wpada jej w oko.

Od tej pory Darek do barku przychodzi codziennie. Sam. Czasem przynosi Anicie czerwoną różę, czasem po prostu wypijają kawę. Po miesiącu znajomości jadą razem na weekend majowy. To wtedy Darek proponuje: "Może byśmy się pobrali?". Ona niby-żartem odpowiada: "Czemu nie?". - Nawet ze sobą nie chodziliśmy. To był impuls. Nie miałam wątpliwości. Czułam, jakbym go znała całe życie.

Rodzice myślą, że Anita jest w ciąży. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że obcy facet przychodzi do ich domu prosić o rękę córki? Po trzech miesiącach Anita i Darek biorą ślub.

Wszyscy czekają, aż jej brzuch zacznie rosnąć. A ona? Była pewna, że zajdzie w ciążę niebawem. W wyobraźni wiele razy widziała, jak któregoś dnia, najlepiej słonecznego, wchodzi do domu z malutkim zawiniątkiem. To będzie chłopiec. Albo dziewczynka. Nieważne. - Bawiłam dzieci sąsiadów. Miałam młodszą o trzynaście lat siostrę. Przewijałam ją, uspokajałam, kiedy płakała. Wydawało mi się, że macierzyństwo po prostu jest mi pisane.

Akcja dziecko

Przeprowadzka do Warszawy, do mieszkania Darka. Mijają dwa lata. Niby wszystko jest normalnie, niby żyją jak większość, tylko pasek na teście ciążowym wciąż jest niebieski.

Darek nie widzi problemu, więc ona go pyta: "Czy ty w ogóle chcesz tego dziecka?". "Chcę, dlatego że mogę je mieć z tobą".

Pierwsza klinika. "Ma pan obniżoną ruchliwość plemników", słyszą. Darek się podłamuje, Anita go pociesza. On bierze leki, ona nie piśnie słowa o dziecku. Biegają, chodzą na basen, jadą na wakacje. Mijają miesiące, mija rok. I nic.

Kolejna wizyta u lekarza. "Ma pani niedrożny jajowód. Udrożnimy i zajdzie pani w ciążę". Anita poddaje się zabiegowi. Rezygnuje z pracy, bo chce całą uwagę poświęcić "dziecku".

Bo jej dni nabrały tempa: obserwacje cykli, kontrola dni płodnych, badania, lekarze. Darek bierze na siebie ich utrzymanie. Czasem tylko, kiedy ona nie ma humoru, mówi: "Bo ty tylko siedzisz w domu i czekasz".

- Jestem mu wdzięczna, że ze mną wytrzymał - mówi Anita. A on? Czasem był zazdrosny o dziecko, którego jeszcze nie było. O to, że Anita nie słucha, co do niej mówi, tylko czyta poradniki dla rodziców.

Kiedyś zapytał: "Zostawisz mnie, jak nam się nie uda?". "Nie gadaj bzdur. Jak wszystkie możliwości zawiodą, będziemy hodować setery irlandzkie", zażartowała.

Zielona mazda po pustej ulicy jedzie trzydzieści na godzinę. Anita siedzi z nogami założonymi na deskę rozdzielczą. Prowadzi Darek: "Uwaga, trzymaj się, zakręcamy", zwalnia do piętnastu. Wracają z zabiegu in vitro.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje