Reklama

Reklama

Dowody miłości

W tańcu, szczęściu i w chorobie

Reklama

Jarek Staniek zapominał o rocznicach, czasem o kwiatach dla żony. Gdy Iwona zachorowała i miała przestać chodzić, obiecał, że będzie nosić ją na rękach.

Poprosiła męża, żeby od niej odszedł. Jak mogła mówić takie bzdury w takiej chwili, nie rozumiał. Dlatego zasłaniał uszy, kiedy tłumaczyła, że nie chce, by widział jak ona, tancerka, z dnia na dzień niedołężnieje.

Jak jej trzydziestoczteroletnie ciało więdnie. Poprosiła, żeby zapamiętał ją taką, jaką widział przez 12 lat małżeństwa: Iwonę, która robi piruety w jego spektaklu i która walczy o kredyt na ich pierwszy dom, którego on tak długo nie chciał.

Poczekalnia u neurologa. Iwona podaje Jarkowi kartkę z nowymi wynikami badań. On ją czyta, odkłada i znów czyta. Mówi: "Jeśli nawet nie będziesz już chodzić, poradzimy sobie. Ja do końca życia będę nosił cię na rękach". Chwilę potem zabiera żonę na zakupy. Każe jej mierzyć buty. Iwona wybiera trzy pary.

Dwa tygodnie później. Teatr w Gdyni. Za kilka godzin premiera Chicago z choreografią Jarka Stańka. Ostatnie minuty próby. Ostatni krok, wyskok, zgięcie w tył. Adrenalina.

W tym samym czasie: szpital w Warszawie. Iwona trafia na neurologię. Ostatnio nie miała siły podbiec do tramwaju ani uczesać włosów. Myślała, że to przemęczenie.

Aż do chwili, kiedy poczuła, że nogi ma jak z waty, a potem upadła, bo nie zdążyła złapać się ściany. Diagnoza potwierdza poprzednią: stwardnienie rozsiane.

Prawie na pewno, więc wali jej się świat. Iwona dzwoni do siostry. Do męża nie chce, bo wie, że on rzuciłby wszystko i nie czekając na premierę, wsiadł do samochodu i jechał do niej.

Iwona: - Myślałam tylko o Jarku i o tym, że wszystko się skończyło. Postanowiłam, że dam mu rozwód, żeby zdążył jeszcze ułożyć sobie życie. Chciałam zrobić to wbrew niemu, ale dla niego. Bo ja już miałam nie być Iwoną, w której się zakochał.

Miałam jeździć na wózku, gasnąć powoli. Nie chciałam mu fundować takiego życia. Po premierze Jarek dzwoni do żony, a potem wybiega z teatru i pędzi do Warszawy.

Nie zatrzymuje się. Po drodze w radiu szuka jej ulubionej muzyki. Elli Fitzgerald, Billie Holiday. W domu zawsze kłócili się o to, co będzie lecieć z głośników. Ale dziś Jarkowi brakuje płyt żony.

- Czułem, jakby wszystko stanęło w miejscu, jakby to, co ważne, przestało się liczyć - mówi. - Ale druga osoba w związku musi być przeciwwagą. Wiedziałem, że muszę wykrzesać z siebie dużo wiary i energii. Nie myślałem, jak będzie wyglądało nasze życie potem. Chciałem być przy Iwonie. Tu i teraz. Jak najszybciej.

To nie był flirt

Do tej pory było tak: on szalony, ciągle w innym świecie. Spektakl za spektaklem. Gdynia, Warszawa, Zurych, Haga. Opentaniec, Fame, Vichry. Więc Jarek czasem zapominał: o małych rocznicach, o rachunkach, o kwiatach dla żony i na jakiej ulicy mieszkają i pod którym numerem.

Czasem wyprawiał swoje urodziny o dzień za wcześnie albo z pustym bakiem zabierał ją autem na drugi koniec Polski. Ona śmiała się z jego wariactw i gdy byli razem, wyciągała męża do ogrodu, mówiąc: "Choć, pokażę ci, jak kwitną magnolie".

Była wsparciem. Jak wtedy, gdy wrócił z próby i wiedział, że sponsor może się wycofać, ale nie chciał jej denerwować. Położył się obok żony i udawał, że śpi. A ona po paru minutach powiedziała: "Nie martw się, to minie, jak wszystko, co złe".

- Gdy zachorowała, miałem skąd czerpać siłę, żeby być dla niej wsparciem. Zgromadziłem w sobie dobro, które ona przez lata sączyła na co dzień. I to do niej wróciło ode mnie, jak fala - mówi.

Szpital. Iwona przechodzi dziesiątki badań. Jarek przychodzi codziennie. Ona ma punkcję, tomografię, usg. On staje na rękach albo kręci się na jednej i tańczy breakdance. Iwona się śmieje. Mimo wszystko. W szpitalu wiele razy rozmawiają o tym, co ich połączyło.

Osiemnaście lat temu, on dostaje pod opiekę grupę taneczną. Przed próbą w sklepie widzi dziewczynę. - Cudowną. Jasne włosy, jasna cera - wspomina. - Żałowałem, że muszę iść na próbę. Na sali zacząłem rozgrzewkę i wtedy weszła ona. Dziewczyna ze sklepu. Była tancerką.

Iwona: - W sklepie go nie zauważyłam. Na próbie znienawidziłam. Zaczął kręcić się na głowie, a ja po szkole baletowej myślałam: "Boże, kto to jest?! On ma mnie uczyć?".

Ale po pół roku robiłam wszystko, żeby się nie domyślił, że się w nim podkochuję.

Jarek: - Pół roku bałem się zaprosić ją na kawę. Myślałem, że odmówi. Jarek nabiera odwagi, gdy zespół Iwony rozpada się. Zaprasza ją do kawiarni i proponuje udział w swoim projekcie, mówi: "To będzie połączenie wszystkiego ze wszystkim. Nie mamy sali, kasy, perspektyw, ale mam wizję, że się uda". Uwierzyła. Poszła za nim. Tancerka baletowa i tancerz uliczny breakdance´u. Zebrał ludzi, w tym brata, który uczył się w szkole cyrkowej. Byli pierwszą taką grupą w Polsce.

Któregoś dnia w kawiarni rozmawiają o życiu. Jarek mówi, że nie potrzebuje domu, że wystarczy mu plecak i przenośny magnetofon. Iwona blednie. Wybiega na ulicę. Potem nie przyjmuje jego oświadczyn.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje