Reklama

Reklama

Flirt w miejscu pracy? To nie musi być szkodliwe

Atmosfera niewinnego flirtu w miejscu pracy nie musi być szkodliwa, a często okazuje się nawet korzystna, redukując nadmiar stresu - przekonują na łamach czasopisma "Organizational Behavior and Human Decision Processes" naukowcy z USA, Kanady i Holandii.

Badacze pod kierunkiem profesor Leah Sheppard z Washington State University stwierdzają, że wprowadzana w niektórych korporacjach po kampanii #MeToo polityka "zera tolerancji" dla jakichkolwiek form męsko-damskiej interakcji w miejscu pracy idzie za daleko, prowadząc czasem do niezręcznych sytuacji.

Ruch obywatelski #MeToo pojawił się w 2017 roku w Stanach Zjednoczonych, a konkretnie w Hollywood, po skandalu dotyczącym oskarżenia producenta filmowego Harveya Weinsteina o molestowanie wielu kobiet. Akcja, która szybko rozszerzyła się też na inne kraje, miała na celu nagłośnienie problemu molestowania seksualnego w ogóle. W odpowiedzi na skandal wiele korporacji podjęło decyzję o wprowadzeniu ścisłych zasad kontaktów kobiet i mężczyzn w miejscu pracy, w tym zakaz dłuższych niż 5 sekund spojrzeń, zakaz wspólnych podróży taksówką, czy regulacje dotyczące publicznego obejmowania się. Zdaniem autorów najnowszej pracy, niektóre z tych ograniczeń są przesadzone. Z drugiej strony pojawiły się też sytuacje, w których mężczyźni "na wszelki wypadek" zaczęli ograniczać się do spotkań we własnym gronie. 

Opublikowana właśnie i zapewne kontrowersyjna praca koncentruje się na tym, co autorzy określają jako pozytywne doświadczenia społeczne o zabarwieniu seksualnym, takie jak beztroskie żarty, aluzje, spojrzenia, czy komplementy. Zdecydowanie odróżniają też takie niewinne sytuacje od przypadków faktycznie krępujących, niechcianych zachowań ze strony współpracowników, czy - jeszcze gorzej - przełożonych. Zdaniem pierwszej autorki pracy, prof. Sheppard, ofiara molestowania odczuwa silny stres, osoba będąca obiektem flirtu może przy tej okazji nawet stres odreagować. 

Reklama

- Delikatny flirt zdarza się często i jest praktycznie nieszkodliwy - podkreśla prof. Sheppard. Nawet jeśli jego odbiorca nie jest nim zachwycony, nie przekracza to zwykle progu molestowania seksualnego i nie prowadzi do nasilenia stresu. 

Sheppard wraz ze współpracownikami przeanalizowała wyniki ankiet dotyczących sytuacji w miejscu pracy, przeprowadzonych na różnych grupach pracowniczych w USA, Kanadzie i na Filipinach, przed i po pojawieniu się ruchu #MeToo. Okazało się, że o ile większość ankietowanych neutralnie wypowiadała się na temat seksualnych żartów, czy aluzji, generalnie pozytywnie odnosząc się do przejawów niewinnego flirtu. 

- Przekonaliśmy się, że jeśli flirt odbierany jest pozytywnie, może przynieść pewne pożytki, poprawić samopoczucie, samoocenę, nawet ochronić przed wpływem innych stresów - dodaje Sheppard. Zauważono na przykład, że flirt w miejscu pracy pomagał znosić przypadki niesprawiedliwego traktowania w sprawach zawodowych. 

Autorzy pracy przekonują, że nadmiernie restrykcyjna polityka zmierzająca do zapobieżenia molestowaniu seksualnemu może przesadnie sugerować, że wszelkie przejawy nawet tych pozytywnych doświadczeń społecznych o zabarwieniu seksualnym powinny być monitorowane, kontrolowane i karane. Zwracają jednak uwagę, że o ile flirt ze strony równych rangą pracowników może być odbierany pozytywnie, zdecydowanie negatywnie wpływa na pracownika podobne zachowanie ze strony przełożonych. Ich zadaniem jest znalezienie złotego środka, unikanie nadmiernej restrykcyjności, ale bez promocji flirtu, a już szczególnie, bez włączania się w takie zachowania samemu, czy samej. 

- Zasady zera tolerancji mogą wprowadzić niezręczności w sferze zachowań, które w zaprzyjaźnionym środowisku są zupełnie naturalne - podkreśla Sheppard. 

- Nie zachęcamy kierownictwa do promocji takich zachowań, jeśli już to pojawiają się naturalnie. Zwracamy natomiast uwagę, że flirt w sytuacji zależności służbowej, dość łatwo może być jednak odebrany jako molestowanie. 

Autorzy zachecają, by w dalszych badaniach naukowych poddać sprawę jeszcze dokładniejszej analizie. Przyznają, że w swoich badaniach ograniczyli się do wrażeń osób bezpośrednio zaangażowanych w tego typu zachowania, nie brali pod uwagę reakcji otoczenia, która też może mieć znaczenie. Temat wydaje się jednak bardziej złożony, niż chcieliby do tej przyznać zwolennicy "zera tolerancji". Może warto go lepiej przemysleć. 

RMF24

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje