Jak ułożyć święta na nowo, gdy w życiu zachodzą zmiany

Rozwodzimy się, rodzice odchodzą, dzieci idą na swoje. O tym, jak zorganizować wtedy Boże Narodzenie, rozmawiamy z psycholog Ewą Woydyłło.

Cały rok czekamy na Boże Narodzenie, a jednocześnie dużo ludzi przyznaje, że to dla nich trudny okres. Skąd biorą się takie mieszane uczucia?

Reklama

Ewa Woydyłło: - Bo w święta oczekiwania boleśnie zderzają się z rzeczywistością. Ten czas ma być przecież uroczysty  i ciepły. A staje są wyzwaniem, gdy rodzinna konstrukcja wali się w gruzy. Bo mąż odchodzi, ktoś bliski umiera, dzieci wyjeżdżają... Lecz nawet bez takich przeżyć sporo z nas ma po prostu złe świąteczne doświadczenia.

Podobno w te dni najczęściej dochodzi między bliskimi do kłótni.

- Jeśli pielęgnujemy w głowie obraz szczęścia i miłości przy wigilijnym stole, najmniejsze odstępstwo od tego ideału staje się źródłem przykrości i rozczarowań. Wszyscy są obrażeni, a miało być tak fajnie! Marzyłyśmy o nowej torebce i znowu dostałyśmy skarpety. Lub zaprosiliśmy mnóstwo gości i bez przerwy trzeba było im usługiwać. W efekcie padamy ze zmęczenia, jesteśmy sfrustrowani.

- W naszej tradycji święta oznaczają też morze alkoholu. A alkohol, niestety, ma to do siebie, że osłabia hamulce, pozbawia oporów. Nawet w zżytych rodzinach po kilku kieliszkach wychodzą na jaw tłumione urazy i pretensje. Tymczasem Boże Narodzenie jest najmniej odpowiednią chwilą, by do nich wracać.

Niektórzy twierdzą, że nie sposób wtedy uniknąć sporów. Spędzamy ze sobą cały dzień, nigdzie się nie spieszymy. Mamy więc czas, żeby wygarnąć złośliwej kuzynce prawdę w oczy...

- Jeśli chcemy, żeby w święta nic nie zepsuło atmosfery, spróbujmy załagodzić animozje na 2-3 miesiące wcześniej. Załóżmy, że stryj się do nas nie odzywa, bo w sprzeczce padło kilka ostrych słów. Zadzwońmy do niego lub napiszmy. Wyjaśnijmy, że nie zamierzaliśmy go obrazić, ale nie wytrzymaliśmy ciśnienia, a teraz żałujemy itd. Jeśli zawczasu rozładujemy negatywne emocje, nerwy nie puszczą nam podczas śpiewania kolęd. Szczerze będziemy mogli podzielić się opłatkiem.

A jeśli się nie uda?

- To rozważmy, czy jest sens w ogóle się spotykać? W Polsce święta mają sztywną, żelazną formułę. Stół musi się uginać od potraw, mieszkanie powinno błyszczeć. Żeby wszystkiemu sprostać, już na miesiąc przedtem żyjemy w niebywałym pośpiechu. A pośpiech zawsze wiąże się ze stresem obciążającym psychikę. Dla własnego dobra warto się czasem z tego rytuału wyłamać.

Wspomniała pani o sytuacji, w której ktoś bliski odchodzi. Jest tęsknota i poczucie, że coś się skończyło. 

- Jeśli to wydarzyło się niedawno, to trzeba sobie otwarcie powiedzieć, że smutek nie zniknie tak po prostu. Dlatego nie zagłuszajmy żalu, nie unikajmy rozmowy o zmarłym. Możemy pojechać na cmentarz, zapalić na grobie znicz, a wieczorem położyć nakrycie na stole. Powspominajmy wspólne szczęśliwe chwile, zabawne zdarzenia, anegdoty. To będzie wspierające doświadczenie, bo poczujemy obecność ukochanej osoby. Możemy też przejąć jego rolę gospodarza, który podczas świątecznych uroczystości jednoczył rodzinę. Wtedy nie będziemy skupiać się tylko na rozpamiętywaniu.  

A jeśli na skutek różnych okoliczności losowych zostaniemy zupełnie sami?

- Przede wszystkim wyjdźmy do ludzi. Mamy dalszą rodzinę, koleżanki ze szkoły i z pracy, znajomych. Przecież nie urodziliśmy się wczoraj, a na świecie żyje nas prawie osiem miliardów. Nie musimy spędzać tych dni w pojedynkę.

Ale nie wszyscy orientują się  w naszym położeniu. A my nie chcemy się nikomu narzucać.

- Myśląc tak, stawiamy się w roli cierpiętnicy. Zachęcam, żeby o tym rozmawiać, traktować ten temat naturalnie. Nawet gdy z różnych powodów nie doczekamy się zaproszenia, powiedzmy dobrej koleżance albo przyjaciółce wprost: "Słuchaj, nie chcę siedzieć sama w święta. Czy mogłabym przyjść do was?". Przed laty miałam znajomą, która tak mnie zapytała. I spędziliśmy wspólnie bardzo udane dwa dni.

Widok ciepłej, kochającej rodziny może być dla samotnej osoby przykry.

- Odpowiem na to, że lepiej grzać się w cudzej radości, niż siedzieć we własnym nieszczęściu. Użalanie się nad sobą tylko pogorszy sytuację. Uważamy, że jesteśmy nikomu niepotrzebne? Odwiedźmy szpital dziecięcy. Są tam mali pacjenci, których nikt nie odwiedza, również w święta. Poczytajmy im bajki. Zapewniam, że od razu poczujemy się docenione i pożyteczne. Jeżeli z lękiem myślimy o pierwszym, po rozstaniu  z partnerem albo śmierci rodziców, Bożym Narodzeniu, nie czekajmy bezczynnie do grudnia. Przygotujmy zawczasu plan wizyt i aktywności, a te kilka dni minie bez zadręczania się.

Tylko że z dobrą koleżanką nie łączą nas więzy krwi...

- Z mężem też nie łączą nas przecież więzy krwi. Mądra psychoterapia radzi: jeśli nie masz kochającej rodziny, stwórz sobie zastępczą. Rozejrzyjmy się wokół. Może mam sympatycznych sąsiadów? Ich synek siedzi w domu, dopóki nie wrócą z pracy, więc zaproponuję, żeby wpadał do mnie, odrobił lekcje, zjadł coś ciepłego. Innej sąsiadce będę wyprowadzać psa. No i w święta okazuje się, że jest wiele miejsc, w których jestem mile widziana.

A co, gdy po rozwodzie dzielimy się opieką nad dzieckiem z byłym mężem? Córka idzie do taty w pierwszy dzień świąt. A my nie możemy się z tym pogodzić. Czujemy się opuszczone, trochę zazdrosne. I dobry nastrój pryska.  

- Pamiętajmy, że przede wszystkim jesteśmy matką. I to jest naprawdę ważniejsze od bycia zranioną kobietą. Postarajmy się patrzeć na sytuację  z punktu widzenia dziecka: ma dwa kochające domy, przyrodnie rodzeństwo i ojca, który się o nie troszczy. Podejrzewam, że kobietom chodzi tu raczej o brak kontroli i poczucia bezpieczeństwa. Bo święta są takim sprawdzianem, czy jestem wzorową matką, gospodynią, żoną. A tu dawny porządek poszedł w rozsypkę. Czyli nie sprostałam zadaniu.

Ale możemy mieć świadomość porażki. W końcu jesteśmy samotnymi matkami, eksmąż ułożył sobie życie, a my nie.

- W ten sposób tylko niepotrzebnie się obwiniamy i obniżamy poczucie własnej wartości. Dlatego nie lubię określenia "samotna matka". Rzadko która matka jest samotna. Wprawdzie żyje bez partnera, ale ma rodziców, rodzeństwo, oddane ciocie, przyjaciółki. Nie trzeba myśleć o sobie jak o kimś opuszczonym. W święta bądźmy dla siebie łagodne. Nie narzekajmy, że kiedyś było pięknie, a ja nie umiałam podtrzymać tradycji i wszystko zepsułam. Partner wybrał inną. Dzieci mieszkające za granicą też nie palą się do powrotu na Boże Narodzenie, wymawiając się, że nie dostały tyle wolnego, no i bilety strasznie drogie. Może ze mną jest coś nie tak?

A może kiedyś nie było aż tak wspaniale?

- No właśnie. To, że pewien rytuał powtarzał się latami i czujemy do niego sentyment, nie znaczy, że nie możemy go zastąpić nowym, lepiej dopasowanym do sytuacji. Miałam okazję obchodzić święta  w kilku krajach i bardzo mi się podobały niektóre zwyczaje. Na przykład w Danii ludzie wybierają się na łyżwy albo na sanki, bawią się na składkowych przyjęciach. Panuje tam atmosfera luzu, relaksu.

- Skoro nie obrazimy już niczyich uczuć, bo rodzice nie żyją, a dzieci mają inne pomysły na spędzenie tego czasu, może warto coś zmienić? Skrzyknąć kilka koleżanek, które znalazły się w podobnym położeniu, i urządzić taką składkową kolację? Prawdopodobnie będziemy miały z nimi więcej wspólnych tematów niż z dalekim wujem, którego widzimy raz do roku drzemiącego przy wigilijnym stole. Może nawet dojdziemy do wniosku, że nie ma za czym tęsknić? Bo dawniej siedzieliśmy godzinami, tylko jedząc i słuchając w kółko tych samych opowieści. Dziś jest inaczej, ale za to ciekawiej.  

Proponuje pani małą rewolucję.

- Wprowadzanie zmian jest jak nauka obcego języka. On początkowo jest trochę wbrew naszej naturze, nie umiemy się w nim odnaleźć. Ale kiedy go już opanujemy, świat się otwiera, a my komunikujemy się ze sobą znacznie lepiej.

Nasza rozmówczyni dr Ewa Woydyłło - psycholog, terapeutka uzależnień, autorka książek

Maria Barcz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje