Reklama

Reklama

Kultura bycia razem. Co mówią badania o empatii Polaków

Ostatnie badania CBOS potwierdzają opinię, że najmniej skłonni do nawiązywania bliskich relacji z sąsiadami są przede wszystkim mieszkańcy miast i dużych miejscowości. To właśnie tam kontakty międzyludzkie bywają najczęściej zdawkowe i ograniczone zwykle do konwencjonalnego "dzień dobry", towarzyszącego raczej przypadkowym spotkaniom. Zgoła inaczej wygląda zaś sytuacja na wsiach i w małych miejscowościach, których mieszkańcy są z sobą zdecydowanie bardziej zżyci, a ich relacje przybierają często formę towarzyską.

Z drugiej jednak strony, badania CBOS-u przynoszą dowody, że konflikty sąsiedzkie są przede wszystkim domeną... miast liczących od 20 tys. do 100 tys. mieszkańców, co - jak nietrudno dostrzec - zakrawa na niemały paradoks. Skoro bowiem ludzie zamieszkujący w dużych ośrodkach miejskich są zdecydowanie bardziej anonimowi i mniej dla siebie serdeczni niż mieszkańcy wsi, to zdawałoby się, że mają także zdecydowanie mniej okazji do kłótni i niesnasek. Sytuacja wygląda tymczasem całkiem odwrotnie: zdaniem ankieterów CBOS-u, o sąsiedzkich sporach i utarczkach wspominają najczęściej właśnie "mieszczuchy".  

Reklama

Żywe relacje towarzyskie z sąsiadami zawierają najchętniej osoby w wieku od 45 do 54 lat, wykonujące na co dzień rozmaite profesje i prowadzące zróżnicowany tryb życia. Są to zarówno przedsiębiorcy, specjaliści wyższego szczebla i przedstawicie kadry kierowniczej, jak i bezrobotni czy rolnicy. Na marginesie pozostają tymczasem, jak można by się tego zresztą spodziewać, seniorzy z nieco większych i bardziej ludnych miast (liczących od 100 tys. mieszkańców wzwyż), zwykle raczej słabo lub przeciętnie wykształceni.  

Główną przyczyną wykluczenia w Polsce wciąż zatem, jak widać, pozostaje wiek. Rosnącej anonimowości i postępującemu rozluźnianiu więzi społecznych sprzyja zaś przede wszystkim życie w dużych miastach. To właśnie ich mieszkańcy wyrażają statystycznie najmniejszą chęć na to, by ze swoimi sąsiadami zacieśniać relacje czy wchodzić w większą zażyłość.  

Obserwując sytuację dużych ośrodków miejskich - i sięgając do najnowszych danych CBOS-u - nie sposób zatem nie odnieść wrażenia, że coraz rzadziej otwieramy się na innych. Że na ich potrzeby pozostajemy po prostu zamknięci, głusi i niewrażliwi.  

Dokładnie z tych powodów sprawą postanowiła się ostatnio zająć Amica. Jej najnowszy projekt - Amica for others - podejmuje problem zanikających relacji sąsiedzkich i ma być odpowiedzią na zmniejszającą się empatię Polaków. W przedsięwzięcie zaangażowali się również pracownicy naukowi Instytutu Socjologii UAM z Poznania, którzy rozpoczęli wraz z marką Amica projekt badawczy na temat stosunków sąsiedzkich w polskim społeczeństwie. Obraz, jaki wyłania się z tych badań, potwierdza problem zanikania więzi sąsiedzkich, ale daje też nadzieję - przynosi bowiem dowody, że zdarzają się sytuacje, gdy drobny gest czy odruch serca jest w stanie zaowocować bardzo dużą zmianą. Jedną z takich historii Amica przedstawiła w swoim nowym filmie Amica for others.

  

Wyjątki dają nadzieję. Historia pierwsza

Są takie przypadki, które rozganiają nawet najczarniejsze chmury. Należą do nich historie, które dowodzą, że ludzie - mimo otaczającej ich kultury indywidualizmu i współzawodnictwa - wciąż jeszcze potrafią nie tylko być, ale też żyć razem. Przykład pierwszy. A w nim - wałbrzyski wielkopłytowiec i mieszkająca w nim pani Halina. Czy raczej, jak jeszcze do niedawna mawiały o niej dzieci sąsiadów, osiedlowa Baba Jaga, która - gdyby wręczyć jej odpowiednie rekwizyty i tylko odrobinę ją ucharakteryzować - mogłaby się rzeczywiście sprawdzić jako baśniowy czarny charakter. 

Pani Halina nosi w sobie jednak historię, o której jej sąsiedzi nie wiedzą. Samotność nie była bowiem jej wyborem: owdowiała prędko, a za mąż już później nie wyszła. Dzieci się więc nie doczekała. Pierwszego męża kochała tak mocno, że o tym, by pójść do ślubu po raz kolejny, nigdy nawet nie pomyślała. Gdy zmarł ostatni z członków jej rodziny, została na świecie sama jak palec.Z początku wystarczał jej telewizor, niespieszne przechadzki i drobne zajęcia, jakich zawsze wiele znajdzie się w domu. Z czasem jednak dokuczająca jej na co dzień samotność zaczęła przybierać na sile. Stała się dla niej paląca, nieznośna. Wreszcie zamieniła się w gorycz. Pod jej wpływem pani Halina stała się kimś, kim nigdy zapewne nie chciała się stać: w uosobienie antypatii. W osobę, do której nawet najbardziej wyrozumiali sąsiedzi nie umieli się przemóc. 

Jej dotychczasowe życie miał jednak odmienić pewien incydent. Oto bowiem jedno z dzieci, które na co dzień widywała w bloku - ośmioletnia dziewczynka mieszkająca dwa piętra wyżej - zaczęła ją traktować jak babcię. To się oczywiście nie stało od razu, ale stopniowo, z czasem. W tempie, które pozwoliło jej zapomnieć o lęku i przekroczyć próg samotności.

Dzięki sąsiadce-ośmiolatce pani Halina wróciła wreszcie do ludzi. Zaczęła odwiedzać ją w domu, przynosząc jej smakołyki i od czasu do czasu zajmując się nią pod nieobecność rodziców. Niedawno towarzyszyła jej także na szkolnym przyjęciu z okazji Dnia Babci. Gdy od przyszywanej wnuczki dostała laurkę, poczuła się tak, jakby ktoś ujął jej lat i trosk, a w zamian dodał skrzydeł.  

Sąsiad sąsiadowi bratem. Historia druga

A oto przykład drugi. Panią Marzenę wykluczyła z życia niepełnosprawność syna. Gdy jej wieloletni partner dowiedział się o jego chorobie, zniknął bez słowa pożegnania. Przepadł bez śladu, zostawiając matkę swego dziecka samą sobie, bez jakiejkolwiek pomocy. Bez środków do życia, których w takiej sytuacji potrzebowała chyba bardziej niż powietrza. Jej życie po prostu wypadło z kolein, wywróciło się do góry nogami. I to nawet nie z dnia na dzień, jak się zwykle w takich sytuacjach mówi. Raczej z minuty na minutę.  

Takie scenariusze rzadko obchodzą się z ludźmi łagodnie, a jeszcze rzadziej przynoszą im niemal filmowe happy endy. Tak się jednak, na szczęście, tym razem nie stało. Sytuację pani Marzeny dostrzegła bowiem jej nowa sąsiadka. Zauważyła, że choć kobieta ledwo wiązała koniec z końcem, to po pomoc nigdy i do nikogo nie wyciągała ręki. Swoją sytuację od lat znosiła milcząco i z godnością. Wolała bowiem zaciskać zęby niż roztkliwiać się nad sobą i wszystkich dokoła zajmować swoimi problemami.  

Najpierw sąsiadka pani Marzeny zaczęła jej pomagać z wyprowadzaniem syna na spacer, za zajęcia rehabilitacyjne i do lekarza. Potem robiła dla niej zakupy i pomagała w niektórych codziennych pracach, wychodząc z założenia, że skoro i tak musi sobie codziennie zrobić jakiś obiad, to może go przecież od razu przygotować trochę więcej. Tyle, by starczyło też dla jej sąsiadki i dla jej niepełnosprawnego syna.  

Sąsiadka pani Marzeny nigdy nie zaproponowała jej wsparcia finansowego czy nawet pożyczki. Zbyt dobrze zdawała sobie bowiem sprawę, że choć toczy ona z życiem heroiczny bój o przetrwanie swoje i syna, to jałmużny pod żadnym pozorem od nikogo nie przyjmie. Szukając rozwiązania, które nie byłoby dla pani Marzeny krępujące, postanowiła stworzyć osiedlową samopomoc. W ten sposób zapewniła jej wsparcie i opiekę dla jej niepełnosprawnego syna.  

Osobne życie czy kultura bycia razem?

Historia pani Marzeny i jej sąsiadki potwierdza popularne ostatnio powiedzenie, że nie wszyscy bohaterowie noszą peleryny. Ale dowodzi też, że nasza wrażliwość, dobra wola i uważne spojrzenie mogą prędko i zauważalnie odmienić czyjeś życie. Właśnie tyle trzeba, żeby nie przeoczyć i nie zbagatelizować cudzych problemów. Resztę zrobi za nas empatia - wystarczy tylko, że pozwolimy jej działać.  

To, czy stajemy się mieszkańcami wysp i archipelagów, których drogi nie mają prawa się przeciąć, zależy przecież wyłącznie od nas. Czasem wystarczy po prostu otworzyć oczy i dostrzec sytuację ludzi, którzy żyją obok nas albo raczej: razem z nami. Zmiana, która czyni świat lepszym i bardziej przyjaznym miejscem, nie wymaga wcale wielkich gestów. Rodzi się bowiem z empatii i wrażliwości na drugą osobę. Z potrzeby zmiany. Z przekonania, że nie wszystko musi być takie, jakie jest.  

Starajmy się więc, by naszemu światu kształt nadawała kultura bycia razem - najtrwalsze spoiwo każdego porozumienia, każdej wspólnoty. Niech stanie się ona wreszcie alternatywą dla życia osobnego i niezaangażowanego.  

Artykuł powstał we współpracy z marką Amica organizatorem projektu Amica for others.

 

materiały promocyjne

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje