Reklama

Reklama

Lekarz nie dawał ci szans, ja wierzyłam

Myślałam, że każda ciąża jest taka sama: mdłości, radosne oczekiwanie, zachcianki...

Chciałam mieć dziecko, zawsze wiedziałam, że kiedyś zostanę mamą. Uznałam, że dwa lata po ślubie to już najwyższa pora. Mój Krzysiek też stwierdził, że jest gotowy na to, by być ojcem. Zaczęliśmy starania i dość szybko zorientowałam się, że jestem w ciąży. Zrobiłam test, pokazał dwie kreski - jedna z nich była wprawdzie dużo cieńsza, słabsza, ale z całą pewnością widoczna.

Reklama

Ucieszyłam się, Krzysztof też. Zgłosiłam się do mojej lekarki, ale ostudziła mój zapał.

- Owszem, macica jest nieco powiększona i ukrwiona, co mogłoby wskazywać ciążę, jednak na USG jeszcze nic nie widzę. Widocznie to bardzo wczesna ciąża, musimy czekać - powiedziała.

- Tak? A jak długo? - spytałam.

- Myślę, że minimum dwa tygodnie. Kiedyś nie było tak czułych testów ciążowych, wie pani, dlatego kobiety trafiały do ginekologa w bardziej zaawansowanej ciąży - wyjaśniła. - A teraz często trafiają się pacjentki po dwóch, trzech tygodniach od zapłodnienia, kiedy nie widać jeszcze nawet zarodka.

Wyszłam od niej spokojna, nie przeczuwałam żadnych komplikacji. Postanowiłam spokojnie poczekać.

Minęło kilka dni, zaczęłam odczuwać pewne ciążowe niedogodności. Przeszkadzały mi zapachy, często kręciło mi się w głowie, rano mnie mdliło. Nawet mnie to cieszyło, było takie... babskie, pozwalało naprawdę poczuć ten "błogosławiony" stan.

Jednak po jakimś czasie zaczęłam odczuwać dziwne, kłujące bóle w dole brzucha. Przeczytałam w internecie, że takie objawy miewa pewien procent ciężarnych, ale nie uspokoiło mnie to. Zwłaszcza że któregoś popołudnia zobaczyłam na papierze toaletowym ślad krwi. Wystraszyłam się już na poważnie. Zadzwoniłam do mojej lekarki, ale okazało się, że jest na zwolnieniu chorobowym.  

Mąż zawiózł mnie więc na ostry dyżur do szpitala. Najpierw czekaliśmy dwie godziny na korytarzu, bo podobno wszyscy lekarze byli zajęci. Wreszcie wyszedł do nas wysoki, młody doktor.

- Co się dzieje? - spytał mało życzliwie.

- Żona jest w ciąży... - zaczął mąż, ale uznałam, że to ja powinnam mówić. W kilku zdaniach opisałam swoje objawy, dodałam, że jestem we wczesnej ciąży. Skrzywił się, co mnie trochę zdziwiło.

- Dobrze, proszę panią do gabinetu - gestem zachęcił, bym poszła za nim. Kazał mi się rozebrać i ułożyć na fotelu ginekologicznym, a potem mnie zbadał. Nie silił się na delikatność, trochę mnie bolało, ale zacisnęłam zęby.

- Dobrze, teraz USG - zdecydował. Badał mnie chyba jeszcze bardziej niedelikatnie. Wzdychał przy tym, ale wcale nie odpowiadał na moje pytania. Wreszcie kazał mi się ubrać.

- I co, panie doktorze? Co się dzieje?

- A co się ma dziać? - burknął. - Żadnej ciąży tu nie widzę.

- Ale jak to? - łzy nabiegły mi do oczu.

- Zwyczajnie - wzruszył ramionami. - Jest mały pęcherzyk ciążowy, ale raczej nic z tego nie będzie.

- Nie rozumiem... - wydukałam, starając się panować nad głosem.

- A co tu rozumieć? Może i była jakaś ciąża, ale się nie rozwinęła... Serca płodu nie widzę.

- Może po prostu jeszcze nie...? - rzuciłam z nadzieją, a on, zamiast mnie pocieszyć, roześmiał się.

- Wszystkie kobiety są tak samo naiwne - rzucił. - Koniecznie chcą być mądrzejsze od natury, od biologii...

- To nie rozumiem... Co ja mam teraz zrobić? - jęknęłam.

- Jak pani tak bardzo zależy, to wypiszę skierowanie do szpitala. Tam możemy zrobić więcej badań - stwierdził sucho i sięgnął po jakiś plik kartek.

Krzysiek zawiózł mnie do szpitala, a potem pojechał do domu po rzeczy dla mnie. Dostałam łóżko na patologii ciąży, obok kobiety ze sporym brzuchem. Pobrano mi krew i zostawiono samej sobie. Krzyśka wpuścili do mnie tylko na chwilę, bo na oddziale panował zakaz odwiedzin ze względu na panującą grypę. Leżałam i wsłuchiwałam się w swój organizm. Nie wiedziałam, co robić, co myśleć... Nie zajrzała do mnie żadna pielęgniarka, nie przyszedł ani jeden lekarz. Po prostu czekałam.

Potem jedna z sióstr przyniosła mi leki i zmierzyła temperaturę.

- Co to za tabletki? - spytałam nieufnie.

- Na podtrzymanie ciąży. To się musi rozpuścić pod językiem - poinstruowała mnie i wyszła.

Coś zaczęło się dziać rano. Przyszła jakaś młoda lekarka, poprosiła mnie do gabinetu lekarskiego i zrobiła USG.

- Niewiele widać... Trudno ocenić, skąd to krwawienie. Z badań poziomu beta HCG wynika, że może pani być w szóstym tygodniu ciąży, ale obraz z ultrasonografu za tym nie przemawia. No nic, musimy obserwować - wyjaśniła i kazała mi wracać do łóżka.

Byłam strasznie zagubiona i niepewna. Nie spodziewałam się problemów, wydawało mi się zawsze, że w ciążę po prostu się zachodzi, nosi dziecko pod sercem przez dziewięć miesięcy, a potem się je rodzi. Następnego dnia znowu pobrano mi krew do badań.

- A będę miała znowu USG? - zapytałam.

- Kilka dni trzeba odczekać - usłyszałam tylko.

Leżałam więc w szpitalu, zdana właściwie sama na siebie. Brzuch wciąż mnie pobolewał, ale mogłam tylko łykać leki i zadręczać się. Wiedziałam od pielęgniarek, że poziom beta HCG, czyli hormonu, pod wpływem którego rozwija się ciąża, wzrasta. To mnie trochę pocieszyło. Zaklinałam w myślach moje maleńkie dziecko, żeby się trzymało, żeby rosło, żeby było silne. Minęły dwa dni i znowu poproszono mnie na USG. Tym razem badał mnie starszy lekarz, powiedziano mi, że to wiceordynator. Długo milczał, wpatrując się w ekran.

- Nie no, ta ciąża nie ma szans - mruknął wreszcie.

Serce na moment mi się zatrzymało.

- Jak to? - wyszeptałam z trudem. W gardle czułam nieznośny ścisk.

- Widzę tu krwiaka... Tuż obok zarodka...

- Zarodka? - uczepiłam się tej myśli jak koła ratunkowego. Poprzednio przecież nie był widoczny! Jeśli teraz lekarz go dostrzegł, to znaczyło, że coś się zmienia, że moje dziecko wciąż ma jakieś szanse!

- Tak, ale serca tu nie widzę. Nie bije. Moim zdaniem toto się nie utrzyma. Robimy zabieg - powiedział znużonym, zniechęconym tonem. Nie dostrzegłam w nim współczucia, ludzkiego zainteresowania, żadnych cieplejszych uczuć.

- Jaki zabieg? - wydukałam.

- Skrobankę - wyjaśnił cierpko.

- Nie zgadzam się! - rzuciłam z taką stanowczością, na jaką było mnie stać.

- Ale ta ciąża jest martwa, nie rozumie pani? - wycedził.

- Nawet jeśli tak, wolę jeszcze poczekać. Najwyżej... poronię. Ale bez ingerencji, na zabieg się nie zgadzam! - powtórzyłam. - Poza tym... Może moje dziecko jeszcze ma szansę.

Rozłożył ręce. - Jak tam sobie pani chce. Ale ja jestem lekarzem z trzydziestoletnim stażem i powtarzam pani, ta ciąża jest martwa! Nie ma mowy o żadnym dziecku!  

Wróciłam do sali zapłakana. W myślach zaczęłam się żegnać z moim dzieckiem. "Byłaś bardzo dzielna, malutka fasolko", powtarzałam. I mimo wszystko nie potrafiłam wyrzucić z serca nadziei. "Przecież lekarze się mylą, a sprzęt bywa zawodny. Wmawiali mi, że i tak dziecko nie przeżyje, ale przecież był postęp, i w badaniach krwi, i w USG. Wcześniej było widać tylko pęcherzyk, teraz, po kilku dniach, zarodek... Może w końcu będzie i serduszko...", analizowałam w myślach, z zazdrością zerkając na moją sąsiadkę. Była w ósmym miesiącu i jej dziecko przeżyłoby, nawet gdyby urodziło się jako wcześniak.

Ku zdumieniu wiceordynatora przestałam krwawić, a na kolejnym badaniu USG widoczne było... serduszko dziecka! Popłakałam się z radości, ale ostudził mój zapał.

- Serce bije bardzo słabo, moim zdaniem nieprawidłowo - orzekł. - Na pani miejscu bym się zbytnio nie cieszył.

Tylko że ja już nie chciałam go słuchać, nie zamierzałam mu wierzyć. Postanowiłam czekać i... modlić się. Dobrze zrobiłam. Moje dziecko rosło i rozwijało się. Kolejne badanie robiła mi znana już młoda lekarka. Powiedziała, że na jej oko wszystko jest w porządku.

Byłam wstrząśnięta. Poszłam nawet do wiceordynatora, żeby z nim pomówić. Chciałam, by mi wyjaśnił, jak mógł mnie tak źle potraktować, ale wyrzucił mnie z gabinetu. Nie usłyszałam nawet słowa "przepraszam". Wypisano mnie ze szpitala w dziesiątym tygodniu ciąży. Wszystkie badania były w normie, kolejne też.

Mój synek urodził się trzy tygodnie przed terminem, ale był zdrowiutki. Jestem szczęśliwą mamą słodziutkiego chłopczyka. O tamtych tygodniach w szpitalu nie chcę pamiętać. Cieszę się, że zaufałam sobie i że się nie poddałam.

Ewa K., 28 lat

Z życia wzięte 6/2013

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje