Reklama

Reklama

Mąż jest jak naleśnik: pierwszy zawsze do wyrzucenia. Czy możliwa jest miłość na całe życie?

A poza komunikacją?

Reklama

- Wszystkie udane związki, które znam, mają czas dla siebie. Czas, gdy skupiamy się na partnerze i robimy coś razem. Gotowanie, rozmowa, codzienne sprawy, które sprawiają, że życie jest fajne. Gdybyśmy spędzali razem więcej czasu, wiele związków mogłoby być uratowanych.

Co jeszcze?

- Piękne cele. Może nawet niekoniecznie duże, ale wspólne. W tym szalonym, zabieganym życiu ludzie zapomnieli o celach. Oczywiście mamy cele codzienne: zrobić zakupy, zapłacić rachunki. Ale czy mamy cele związane z fajnym życiem? Z dbaniem o to, by być blisko? Przykład: tej zimy zwiedzę z ukochanym wszystkie krakowskie parki. To romantyczne przeżycie, które zbliża, sprawia, że jesteśmy razem. Że życie jest magiczne. To piękna codzienność sprawia, że mało jest między nami miejsca na złe rzeczy.

Wiele par rozbija się o to, że nie zmieniają się w tym samym rytmie. Zakochujemy się, gdy jesteśmy młodzi, trochę przerażeni życiem. Potem rośnie nasza samoocena, przychodzą pieniądze i siła. Kobieta wraca z pracy, w której odnosi sukcesy, a na kanapie widzi sfrustrowanego nudziarza.

- Nawet kiedy doszłyśmy już do etapu nudziarza, wciąż jeszcze można coś zrobić z tym związkiem. Zawsze jeśli ty zaczynasz się zmieniać, na przykład biegasz albo zdrowo gotujesz, osoba, która żyje obok ciebie, zaczyna się zmieniać. Kiedy ty przechodzisz przez swoje zmiany, zamiast się obrażać, po prostu zachęcać drugą osobę do tego samego. Powiedz: Ja chcę schudnąć, więc zapraszam cię na spacer, chodzenie po górach. Pomóż mi zmobilizować się do biegania.

- Ważne jest też, żeby nie pozostawać człowiekiem bez pasji. To często widzę po matkach, które rezygnują ze wszystkiego dla rodziny. Sama mam troje dzieci, więc wiem, jak wiele osób oczekuje, że zrezygnuję ze wszystkiego dla rodziny. W całym tym szalonym świecie powinniśmy rękami i nogami bronić się przed poświęcaniem się dla miłości. Warto trzymać swój świat, swoją pracę, swój rozwój. Nie warto być męczennikiem za miłość, to zawsze się kończy źle. Warto szukać swoich pasji, choćby po to, by mieć do czego wrócić w chwili kryzysu.

- Jeżeli tworzymy małżeństwo i rodzinę, musimy jednocześnie tworzyć samych siebie, cały czas.

A seks? Na początku związku w naszej sypialni latają motyle, potem na nic nie mamy siły ani ochoty. Poddajemy się, zmęczenie bierze górę. Seks najbardziej cierpi w tych szalonych czasach.

- Jeśli widzimy, że w naszym życiu brakuje czasu i miejsca na szalony, spontaniczny seks, zaplanujmy go. Po prostu, to wcale nie oznacza, że będzie gorszy. Szczególnie, gdy mamy dzieci i milion spraw na głowie. Warto zawalczyć o wspólne - na przykład - małżeńskie środy. Nawet jeśli zaśniemy, trzymając się za ręce, i tylko na tyle znajdziemy siłę, będziemy razem i to się liczy. Nie rezygnujmy z tego, bo rezygnacja prowadzi do frustracji.

A frustracja prowadzi do złych decyzji.

- I do kłótni nie wiadomo o co, choć przecież dobrze wiadomo. Walczmy o miejsce na seks, na bliskość.

A może udany związek to po prostu kwestia spotkania swojej połówki jabłka? Moim zdaniem to głupia i szkodliwa teoria, ale ludzie ciągle w nią wierzą.

- Warto wierzyć, że na każdego ktoś czeka. Ja sama w to wierzę. Inna rzecz, że miłość rzadko jest usłana różami. Rzadko jest tak, że spotykamy się i od razu jesteśmy szczęśliwi do śmierci. Każda miłość wymaga pracy, ale ta praca to przecież nasza wspólna droga, wspaniała przygoda. Ale nie uznawałabym romantycznej wizji miłości za zupełnie negatywną, raczej powiedziałabym, że trzeba ją wspomóc rozmową, autorefleksją, pracą. Zresztą czy miłość byłaby taka super, gdybyśmy dostali idealny związek na tacy?

- Nie jest możliwe, żeby dwie osoby, które mają różne potrzeby, osobowości, zranienia, komunikowały się perfekcyjnie przez całe życie. Przecież my samych siebie często nie rozumiemy, nie wiemy, czemu staramy się komuś coś udowodnić albo czemu koniecznie musimy się przed kimś popisywać. Często nie umiemy zgrać się z samym sobą, więc jakim cudem mamy się idealnie zgrać z kimś innym?

Gdy żar namiętności stygnie, wiele osób boi się że to koniec. Czy miłość na całe życie może być letnia?

- No pewnie! Dzięki temu, że są spadki, są też wyże i to jest wspaniałe. Nawet jeśli ten etap nie jest naszym najlepszym etapem, możemy zrobić dużo, by rozgrzać ten związek, ruszyć z miejsca, by coś się działo.

W takich chwilach zwykle myślimy: skoro nic się między nami nie dzieje, może już się nie kochamy?

- To zrób coś, żeby się działo! Jak mawiał Einstein, bez sensu jest oczekiwać innych rezultatów, kiedy wciąż robisz to samo. Więc jeśli jest letnio, zrób coś, żeby to zmienić. Nie czekaj, aż zrobi to ktoś inny!

A może w dzisiejszych, szalonych czasach nie jest możliwa miłość na całe życie? Skoro na przestrzeni lat zmieniamy się tak mocno, może powinnyśmy mieć jednego męża na wspólne założenie rodziny i drugiego na spokojną emeryturę?

- Nie zgadzam się z tym. Jestem wielką zwolenniczką poglądu, że można złapać jednego człowieka za rękę i przejść z nim przez życie. Ta ręka będzie nam się czasem wysuwać, czasem będziemy musieli złapać ją mocniej. Nie warto walczyć tylko o relację, która nas krzywdzi. Ale o każdą inną, także o relację trudną, warto. Warto pokonywać wzloty i upadki, lepić tę filiżankę, uzupełniać uszczerbki.

A kiedy warto porzucić miłość na całe życie i znaleźć miłość numer dwa albo nawet trzy?

- Wierzę, że na każdego czeka ta właściwa osoba. Czasem, jeśli mamy szczęście, nawet dwie. Warto szukać miłości, ale zawsze dobrze robić to w zgodzie ze sobą, nie dlatego, że jest takie oczekiwanie. Całe nasze życie jest filiżanką. Czasem najbardziej cennym kawałkiem złota jest właśnie rozpad relacji i nowy związek, który nas uleczy i sprawi, że nasze życie będzie arcydziełem.

Jak odróżnić związek, o który warto walczyć, od tego, na który szkoda energii?

- Wierzę w siłę intuicji, której zazwyczaj na wszystkie możliwe sposoby próbujemy nie słuchać. Czy ten związek jest krzywdzący? Czy ufam? Czy boję się o swoje bezpieczeństwo? W głębi duszy znamy odpowiedzi na te pytania, jeśli tylko pozwolimy im dojść do głosu.

Edyta Zając jest psychologiem, trenerem oraz autorką psychologicznych książek i bloga. Od kilku lat prowadzi kursy online, które umożliwiają współpracę z psychologiem bez wychodzenia z domu. Jest żoną Mirka oraz mamą trójki dzieci.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje