Reklama

Reklama

Mój chłopak się żeni...

Gdzie jesteś, chłopczyku?

Reklama

Jeszcze niedawno drogę do sklepu wybierała tak, żeby na trasie znalazł się plac zabaw. Wychodziła po zakupy w południe, porzucając laptop z pracą przerwaną w połowie akapitu - o tej porze bawi się najwięcej dzieci. Dzisiaj omija to miejsce, coraz trudniej znosi widok i głosy maluchów. - Chcę adoptować dziecko - mówi Wanda. Jest tłumaczem literatury bałkańskiej. Ma 40 lat i drugiego męża. Z pierwszym rozwiodła się, bo oboje "pękli". Stres związany z tym, że Wanda nie może zajść w ciążę, dla niej był powodem depresji, dla niego - coraz częstszych drinków wypijanych z kolegami, byle dalej od domu. - Nie było sensu tego ciągnąć - opowiada Wanda. - Jednych takie rzeczy wiążą mocniej, innych rozpędzają w przeciwne strony świata. Tak było z nami.

Drugiego męża poznała rok po rozwodzie. Miała wtedy 37 lat i otrzepała się jako tako z traumy po rozstaniu. Jan był wdowcem, miał córkę gimnazjalistkę. - Najpierw była przyjaźń. Razem pracowaliśmy nad adaptacją bułgarskiej sztuki dla jednego z krakowskich teatrów. Było lato, wieczorem chodziliśmy na Kazimierz na kolacje, przegadaliśmy mnóstwo czasu. Opowiedziałam mu o sobie bardzo dużo, więc wiedział, z kim chce się związać, gdy po kilku miesiącach zaproponował mi małżeństwo. Wiele nas łączy: czytamy te same książki, słuchamy tej samej muzyki, oboje jesteśmy domatorami, kochamy dzieci. Lubiłam patrzeć, jak troskliwie, mądrze Jan opiekuje się Alą, córką, jak odwozi ją do szkoły, zabiera na wystawy, do kina, na zakupy. I wcale nie jest znudzony kupowaniem dziewczyńskich ciuchów, butów, torebek. "Świetny z niego ojciec", myślałam i narastała we mnie chęć posiadania dziecka, które byłoby nasze wspólne. Chęć pomieszana z żalem, że nigdy mu go nie dam... Ale jak by to było cudownie, gdyby Ala mogła mieć brata, a Jan syna. To scementowałoby nasz związek. Z poprzednim mężem nie braliśmy pod uwagę adopcji. Teraz to wyjście wydało mi się wybawieniem. Mały, uśmiechnięty chłopczyk stał się moim największym marzeniem - opowiada Wanda. Pierwsza rozmowa z Janem i... - Wydawało mi się, że zareaguje radością.

A on był bardzo poważny, zdystansowany. Zrozumiałam, że potrzebuje czasu - wspomina Wanda. Czekała na dobry moment, żeby wrócić do tematu i godzinami czytała internetowe fora. Już wiedziała, że procedury są trudne i długotrwałe, że czeka się latami, że w ogóle można się nie doczekać. Nie szkodzi. - Tak bardzo chciałam zostać matką. Na parę lat porzuciłam to pragnienie, ale teraz obudziło się znowu. Wyobrażałam sobie, jak we czwórkę chodzimy na spacery, wyjeżdżamy na wakacje, jemy kolację przy rodzinnym stole. Gdzieś jest ten chłopiec, który na pewno czeka, aż go odnajdziemy, damy mu dom! - opowiada Wanda. Druga rozmowa z Janem i jego pytania: "Dlaczego uważasz, że tego potrzebujemy? Nie wystarcza ci to, co jest?". Potem trzecia: "Wando, mnie jest dobrze, nie potrzebuję już niczego, nie rozumiesz?". - Ale nie powiedział zdecydowanie: "nie". Sądzę, że tego pragnie, ale trochę boi się odpowiedzialności - tłumaczy Wanda. - Kiedy zobaczy to dziecko, zrozumie, że to dla nas szansa na nowe życie. Bo mnie coraz trudniej przechodzić koło piaskownicy pełnej maluchów. Tak mnie boli w środku, o tutaj.

Dowiedz się więcej na temat: marzenia | szefowa | firma | oczy | chłopak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje