Reklama

Reklama

Monika Janiszewska: Boimy się usłyszeć prawdę

Czy komunikacja jest łatwiejsza, kiedy jesteśmy do siebie podobni - mamy te same wartości, zasady?

Reklama

- Myślę, że jest to spore ułatwienie. Podobne wartości/zasady/cele życiowe są jak solidny fundament, spoiwo dla związku. Jednak nie powiedziałabym, że gwarantują wieczną szczęśliwość, bo jeśli zabraknie w takim związku rozmów i ciekawości partnera, to taka para również ma dużą szansę na ugrzęźnięcie na uczuciowej mieliźnie. Podobne wartości, zbieżne poglądy. Stąd już tylko krok do przeświadczenia, że wszystko o nim/niej wiemy. Mylnie uznajemy, że nie mamy już w partnerze niczego do odkrycia, że nie musimy się już uczyć siebie nawzajem. A przecież wchodząc w związek, jesteśmy pewną wersją siebie, która z czasem ewoluuje. Ludzie zmieniają się, gdy rodzą dzieci, tracą pracę, gdy podupadają na zdrowiu ich bliscy. Nasz czterdziestoletni Tomasz nie jest już tym samym dwudziestoletnim Tomciem, którego poznałyśmy w czasach studenckich. Obie strony muszą co jakiś czas przeprowadzić update w odniesieniu do oczekiwań,  potrzeb, marzeń, tęsknot ukochanego/-nej. Jeśli nie będziemy aktualizować wiedzy o partnerze, to prędzej czy później związek zaczynie się destabilizować.

Jak sobie radzić, gdy pojawia się dziecko i każdy z nas ma inny pomysł na wychowanie?

- Dziecko to swego rodzaju sprawdzian dla każdej pary, papierek lakmusowy dla związku. Wraz z jego narodzinami życie ulega radykalnej zmianie. Nic już nie jest takie samo. Nie jest ani lepsze, ani gorsze. Jest po prostu inne. I chodzi o to, by być przygotowanym na przyjęcie tej inności. Mieć gotowość do dopasowania się do tego nowego modelu partnerstwa. Pojawiają nowe obowiązki, dylematy, niepokoje. Na horyzoncie pojawiają się różne modele wychowawcze. Załóżmy, że ona skłania się ku rodzicielstwu bliskości, on - ma wpojony wzorzec autorytarnego ojcostwa. No i pojawia się dylemat, bo są to zupełnie inne podejścia. Dwa różne światy. Kiedy zaczną się w tych swoich wizjach okopywać, ich związek ucierpi, a najgorsze, że ucierpi też dziecko, szarpane od lewej (posłuchaj mamusi), do prawej (liczę do trzech!). A jeszcze gorzej, gdy w te szkoły wychowawcze włączą się teściowie ("Moja córka nie dostawała kar i, proszę, na jaką wspaniałą kobietę wyrosła" kontra "Mój syn dostawał porządne manto, gdy zasłużył, i nie wyszło mu to na złe). Pojawienie się dziecka wymaga uruchomienia nieskończonych pokładów wyrozumiałości i cierpliwości, nie tylko w stosunku do malca, ale także wobec partnera. Tu nie ma miejsca na "moje musi być na wierzchu", potrzebna jest troska o partnera, wspieranie się w trudnych chwilach, otwartość na racje drugiej strony.

Czy istnieje sposób na to, by poradzić sobie z osobami trzecimi (teściowa, bratowa), które zawsze wiedza lepiej, jak nasz związek powinien wyglądać?

- Osoby trzecie często są przez nas samych zapraszane do związku. Wygląda to w ten sposób, że najpierw stale podpytujemy, co zrobić, a później jesteśmy zdziwieni, że roszczą sobie prawo do dawania wskazówek. Bardzo ważnym zadaniem dla pary jest umiejętność wytyczenia  jasnych granic od samego początku i nie pozwalanie osobom postronnym na jakąkolwiek decyzyjność odnośnie relacji partnerskiej. Gdy już tkwimy w mechanizmie wiecznych rad (rodziców, teściów, bratowych czy znajomych), podejmijmy próbę odsunięcia naszych "ekspertów". Byle nie gwałtownie i z awanturą, a łagodnie - z życzliwością i szacunkiem, by potraktowali to jako odciążenie ich od naszych spraw, a nie odrzucenie. Warto przy tym pamiętać, by nie stosować podwójnych standardów czyli odrzucamy wszelkie sugestie, gdy nie są dla nas wygodne, a jednocześnie sami przybiegamy po pomoc, gdy trafi nam się jakaś "zagwozdka związkowa". Dojrzały związek nie potrzebuje suflerów.

Mówi się, że kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa. Czy rzeczywiście istnieją zauważalne różnice w sposobach komunikacji u kobiet i mężczyzn? W książce spojrzenie na problem z Jej i z Jego perspektywy rzeczywiście się różni...

- Te różnice zna chyba każda para. Inaczej formułujemy wypowiedzi, inaczej dobieramy słownictwo. Wydaje mi się, że my kobiety dążymy w rozmowie do podkreślania bliskości, więzi, jesteśmy bardziej emocjonalne. Mężczyźni z kolei zdają się o wiele częściej podkreślać swój autorytet, siłę, wiedzę. Wypowiadają się konkretnie, zwięźle i praktycznie, odnosząc do faktów. My nastawiamy się na uczucia/emocje, oni - na informacje, opinie. W przytoczonych w książce historiach par różnice w stylu komunikowania się to jednak wierzchołek góry lodowej. Sedno zupełnie innego odbioru danej sytuacji prze obie strony wynika przede wszystkim z faktu innych doświadczeń gromadzonych przez nią i niego całymi latami. To setki bodźców, jakie oboje odbierali w dzieciństwie, uczucia, jakimi byli obdarowywani przez najbliższych. Każdy z nas ma jakieś swoje utarte nawyki, zachowania, przekonania.  Jesteśmy z nimi zżyci, stanowią dla nas oczywistą oczywistość. Co ciekawe - to, co dla nas jest nie do zniesienia, innych nie razi wcale, a może nawet stanowi w ich oczach zaletę.

Kiedy przychodzi ta chwila, że lepiej jest zadecydować o zakończeniu związku?

- Myślę, że ten moment nadchodzi, kiedy przestajemy swojego wybranka/-ę zwyczajnie lubić i szanować. W wielu przypadkach jest tak, że jedna strona robi wiele, by uratować związek, podczas gdy druga ma w nosie wszelkie zmiany na zasadzie: "O co ci chodzi? Jestem jaki jestem. Widziały gały, co brały". Warto przyjrzeć się partnerowi uważnie i zastanowić czy to nie jest aby tak, że to my chcemy "bardziej mu wybaczyć, niż on sam, by mu wybaczono". Czy tylko my się staramy, czy on też coś daje z siebie? A może od dawna jest mu wszystko jedno? Warto pokusić się o swego rodzaju bilans zysków i strat. Jeśli straty i wysiłek, jakie ponosimy oraz przykrości, jakich doznajemy od partnera przewyższają zdecydowanie wszelkie plusy (zyski, przyjemności, "głaski"), to  jest to właśnie moment, kiedy można rozważyć podziękowanie sobie za dotychczasowe wspólne życie i pójście dalej własną drogą. 

Warto przeanalizować swoje uczucia, jakie pojawią w momencie, gdy myślimy o rozstaniu i to, co dzieje się w naszej głowie, gdy wyobrażamy sobie dalsze trwanie w obecnym związku. Być może prawdziwą motywacją naszego pozostawania w relacji nie jest tlące się uczucie, a jedynie lęk przed samotnością, obawa, że nie poradzimy sobie finansowo lub brak wiary we własne możliwości.

Zobacz również:

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje