Reklama

Reklama

Niektórzy rodzą się źli

Nie wiem, za co Bóg tak mnie pokarał. Przecież robiłam wszystko, żeby dobrze wychować  wnuczkę.

Mój Boże! Nie tak wychowywałam Izę, nie tak! Może powinnam być dla niej bardziej surowa, wymagająca? Ale czy to by coś dało? Czy nie byłoby jeszcze gorzej? Sama już nie wiem.

Reklama

Z tego wszystkiego spać nie mogę, oczy wypłakałam. Boże, za co mnie to wszystko spotyka? Najpierw Ewa, matka Izy, z dnia na dzień spakowała się i wyjechała do Niemiec. Tam poznała jakiegoś Turka, wyszła za mąż i zapomniała o swojej córce. Na początku jeszcze jakieś paczki dla małej wysyłała, a potem to i tego już nawet nie robiła. Jak miałam wytłumaczyć dziecku, że matka ma już nową rodzinę i go nie potrzebuje? Kłamałam, że niedługo przyjedzie do niej, że się spotkają, że bardzo ją kocha. Ale Iza chyba czuła, że tak nie jest.

Przestała wypytywać o mamę, zamknęła się w sobie, przestała ze mną rozmawiać. Wpadła w złe towarzystwo, zaczęła wagarować, pić, palić... Co ja z nią miałam... Tłumaczyłam, że tak nie można, że nigdzie w życiu nie zajdzie, jeśli nie będzie się uczyć.

- No i co z tego? - wzruszała lekceważąco ramionami.

- Iza, jak skończysz szkołę, może na studia pójdziesz, znajdziesz dobrą pracę...

- Mam w nosie szkołę, studia i pracę. To dla frajerów! - prychnęła z pogardą.

- A z czego będziesz żyć? - zapytałam.

- Masz rentę i jakieś zasiłki - odparła, wkładając do ust gumę do żucia.

- Dziecko, ale ja nie będę żyć wiecznie. Kiedyś umrę i co zrobisz?

- Wtedy będę się martwić, co dalej. Nie nudź już, dobra? Daj mi lepiej pięć dych na dyskotekę - powiedziała, leniwie przeżuwając gumę.

- A skąd ja mam wziąć?

- Przecież wczoraj był listonosz, to masz kasiorę - westchnęła zniecierpliwiona.

- Mam, ale trzeba zapłacić rachunki...

- A tam, przestań ględzić, rachunki-srunki. Jak raz nie zapłacisz, nic się nie stanie, nie?

- Nie mam pieniędzy na twoje dyskoteki.

- To co? Nie dasz, tak? - zapytała wyzywająco.

Zaprzeczyłam ruchem głowy.

- To sobie sama wezmę - odparła i pobiegła w kierunku szuflady, gdzie trzymałam portfel.

- Ani mi się waż! - krzyknęłam i pokuśtykałam w jej stronę, ale ona była szybsza.

Wyjęła portfel i uciekła na drugi koniec kuchni.

- No i co? - zaśmiała się.

- Zostaw! - krzyknęłam.

- Nie ma mowy! Potrzebuję, więc biorę - odparła, wzruszając ramionami. - Tak już mam.

- Dziecko, co się z tobą dzieje? Dlaczego taka jesteś?

- Nie histeryzuj. Ogarnij się, babka!

Usiadłam na taborecie i rozpłakałam się. Nie dawałam już rady. Byłam stara, schorowana, ledwo nogami powłóczyłam przez ten gościec, a tu jeszcze taka udręka. Iza z trudem skończyła zawodówkę. Do pracy nie paliła się, ale za to wysiadywała na ławce pod blokiem z tymi chłopakami w kapturach. Siedzieli do nocy na ławce i pili piwo albo wino.

- Iza, już ludzie zaczynają o tobie różnie mówić - zwróciłam jej kiedyś uwagę.

- A wiesz, co mnie to? - wydęła pomalowane usta. - Wychodzę.

- Dokąd znowu idziesz?

- Tam, gdzie ciebie nie ma - zaśmiała się i wyszła.

Znów zabrała mi pieniądze z portfela. "Ciągle pożyczam od sąsiadów parę groszy, żeby jakoś przeżyć do kolejnej renty, a ta kradnie mi i szasta na prawo i lewo, żeby się zabawić", pomyślałam. Schowałam portfel do kieszeni fartucha i już się z nim nie rozstawałam.

Następnego dnia chciała, żebym jej dała  na papierosy.

- Idź do pracy, zarób - odparłam ostro.

- Przestań chrzanić i daj mi forsę.

- Nie mam.

Podeszła do szuflady. A kiedy nie znalazła tam pieniędzy, wściekła się.

- Dawaj kasę! - wycedziła przez zęby i nagle się roześmiała, patrząc na mnie. - Myślisz, że jesteś taka sprytna? Że nie wezmę, bo masz w kieszeni? Oj babka, babka... No dawaj, bo nie mam czasu.

- Nie dam ci ani grosza.

Wywróciła oczami i podeszła do mnie. Zasłoniłam ręką kieszeń. Iza chwyciła mnie mocno za tę rękę i wyjęła portfel. Zaczęłyśmy się szarpać. W końcu mnie popchnęła. Dobrze, że za mną stała wersalka. Upadłam na nią i rozpłakałam się.

- Nie płacz, krzywda ci się przecież nie dzieje. No, to ja spadam. Nie czekajz kolacją - zaśmiała się, zarzucając na siebie kurtkę.

To był pierwszy raz, kiedy podniosła na mnie rękę. Potem szturchańce, popychanki były na porządku dziennym. Bałam się odezwać do niej, cokolwiek powiedzieć, a nie daj Boże zwrócić uwagę. Wpadała w szał, krzyczała na mnie, wyzywała od najgorszych.

Któregoś dnia, zaraz po śniadaniu, pobiegła do łazienki. Słyszałam, jak wymiotuje.

- Co ci jest? - zapytałam trochę zaniepokojona, kiedy stamtąd wyszła. - Jesteś w ciąży?

- A jakby nawet, to co z tego?

- Powinnaś przestać palić papierosy i pić.

- I co jeszcze? - zapytała zaczepnie.

- Musisz dbać o siebie i dziecko...

- Nic nie muszę, rozumiesz? Nic! Może ja nie chcę tego bachora?

- Iza, tak nie można...

- Jezu! Znowu zaczynasz truć?! Dlaczego tak nie można? Bo co?

- Bo...

- Bo, bo, bo...?! - przedrzeźniała mnie.

Łzy napłynęły mi do oczu.

- Nie chcę tego bachora! Do szczęścia on mi niepotrzebny.

- Ale chyba nie usuniesz ciąży?

- Jakbym miała kasę, dawno bym to zrobiła, ale w tym zasranym kraju nie można się wyskrobać, bo zaraz do pierdla wsadzą! - wzruszyła ramionami.

- Dziecko, nie bluźnij!

- Bo co? Pójdę do piekła i będę się w mękach smażyć? - zaśmiała się. - Wiesz, gdzie ja to mam?

- Bój się Boga, dziewczyno!

- Ja niczego się nie boję, a zwłaszcza tego twojego Boga! Gdzie był, kiedy matka mnie zostawiła i pojechała w siną dal? I co, pokarał ją? Nie. Żyje, ma się dobrze, więc przestań mi tu wciskać głodne kawałki. I odczep się w końcu ode mnie!

Każdego dnia modliłam się za nią, żeby się opamiętała, żeby zmądrzała, bo przecież nosi w sobie dziecko. I myślałam, że moje modlitwy zostały wysłuchane, kiedy któregoś dnia przyprowadziła do domu Adama.

- To babka - wskazała na mnie ruchem głowy. - To Adam, będzie z nami mieszkał - oznajmiła.

- ...bry - bąknął wysoki, szczupły, może dwudziestodwuletni chłopak.

- To on zrobił tego bachora, jakbyś chciała wiedzieć - dodała Iza.

I zamieszkaliśmy we trójkę. Adam był całkiem miły. Nawet go polubiłam. Iza przy nim tak jakby złagodniała. Już nie wystawała przed blokiem, Adam pilnował, żeby nie piła alkoholu i nie paliła papierosów, ale ona i tak ukradkiem popalała. O to coraz częściej się kłócili.

- To też moje dziecko! - krzyknął któregoś dnia, kiedy nakrył ją palącą w otwartym oknie. - Ile razy mam ci tłumaczyć, że to szkodzi dziecku?

- Widzę, że ten cholerny bachor, chociaż jeszcze się nie urodził, jest ważniejszy niż ja! - Iza podniosła głos.

- Iza, nie bądź śmieszna... Nie chcę, żeby dziecko było chore. Czy to tak trudno zrozumieć? Po prostu nie truj go, okej? Przestań palić...

- Ja muszę zapalić, bo zwariuję!

- Nie zwariujesz...

- Mam dosyć tego: nie rób tego, nie rób tamtego. Co ja jakaś nienormalna jestem, czy co? Troskliwy tatuś się znalazł! Rzygam już tym wszystkim. Jakbym miała kasę, nie musiałabym słuchać twojego mendzenia!

- Co chcesz mi powiedzieć?

- Myślisz, że dlaczego jestem z tobą? No, no rusz tą swoją makówą! Zrobiłeś bachora, to musisz teraz mnie i jego utrzymać! - wyrzuciła z siebie.

- To tylko o pieniądze ci chodzi?

- Bingo! W końcu zajarzyłeś. Myślisz, że do czego mi jest potrzebny taki frajer jak ty, co? Jak się tak na ciebie patrzę, to niedobrze mi się robi. Jezu... Ja naprawdę musiałam być nieźle wstawiona, że poszłam z tobą do łóżka - roześmiała mu się w twarz.

- Iza... - próbowałam ją powstrzymać.

- Nie wtrącaj się, dobrze? To nie twoja sprawa! Nic ci do tego! - naskoczyła na mnie.

Adam bez słowa poszedł do pokoju, w którym mieszkał z Izą. Po chwili wyszedł z torbą przerzuconą przez ramię.

- Idź, idź! - krzyknęła do niego i zapaliła papierosa. - Nikt tu po tobie nie będzie płakał!

Adam podszedł do niej i wyjął jej z ust papierosa. A ona uderzyła go w twarz.

- Wynocha! - krzyknęła. - Już! Ale nie myśl, że się wymigasz od alimentów! Jak tylko urodzę tego bachora, z gardła wyciągnę ci te pieniądze. A teraz paszoł won!

- Do widzenia - powiedział do mnie i wyszedł.

- Iza, dziecko, dlaczego? Dlaczego taka jesteś? Co cię opętało? Taki dobry chłopak...

- Zamknij się, dobrze?! Na ciebie też już nie mogę się patrzeć. Mogłabyś w końcu kopnąć w kalendarz - powiedziała i wyjęłaz paczki papierosa.

Poszła do siebie. Włączyła muzykę tak głośno, aż dudniło. Otarłam mokre od łez policzki. "No to się doczekałam na starość...", westchnęłam ciężko. "Boże, wybacz jej", modliłam się. "Zagubiła się... Może zrozumie, że źle postępuje... Ocal ją od złego, uchroń ją, przecież to dobre dziecko", jeszcze wtedy głęboko w to wierzyłam, no bo przecież nikt nie rodzi się zły...

A jednak...

Kubuś przyszedł na świat latem. Kiedy Iza przyjechała z nim do domu, rozpłakałam się na jego widok. Był taki malutki, drobniutki. Taka bezbronna kruszynka. Iza nie miała pokarmu i nie karmiła go piersią. Mały cały czas płakał, może głodny był, a może potrzebował, żeby go tuliła, była blisko niego. Ale Iza wtykała mu tylko na siłę smoka w buzię i zakładała słuchawki na uszy, żeby nie słyszeć płaczu dziecka. To ja stara, schorowana, ledwie trzymająca się na nogach, zajmowałam się nim. Dokarmiałam, brałam na ręce, przewijałam, śpiewałam kołysanki, jak kiedyś Izie... Ona w ogóle nie interesowała się dzieckiem. Jak tylko lepiej się poczuła, poszła po becikowe. Wróciła po dwóch dniach. Przytargała jakiś stary, brudny wózek.

- Ucisz, do cholery, tego bachora, bo łeb mi pęka! - krzyknęła, leżąc na łóżku.

Mały miał kolkę, próbowałam go kołysać na rękach, ale on nie przestawał płakać.

- Zamknij ryja, bachorze!!! - krzyknęła, zrywając się z wersalki.

Podbiegła do mnie, wyrwała małego, wrzuciła do wózka i przyłożyła mu poduszkę do twarzy! Zamachnęłam się kulą i zdzieliłam ją po plecach.

- Ty wredna starucho! - wrzasnęła, odwracają się w moją stronę.

Wyrwała kulę i uderzyła mnie w ramię.

- Masz za swoje! - krzyknęła. Narzuciła na siebie kurtkę i wyszła z mieszkania, trzaskając drzwiami.

Nie było dnia, żeby nie wydzierała się na dziecko, nie wyzywała od najgorszych. Nieraz krzyczała, że któregoś dnia udusi go albo utopi. Jak mogłam, tak starałam się opiekować dzieciątkiem, ale Bóg mi świadkiem, nie dawałam już rady, nie miałam siły. I nie mogłam patrzeć, jak ona traktuje to dziecko, z jaką nienawiścią się do niego odnosi. Dlatego któregoś dnia powiedziałam, że lepiej byłoby, jakby Kubusia wziął Adam, albo żeby dała go komuś do adopcji. Bo u obcych będzie dziecku lepiej niż u niej.

- No, chętnie pozbyłabym się tego małego parszywca, tylko powiedz mi, z czego będę żyć, jak go oddam, co? Adam przestanie płacić i co ze mną? Pomyślałaś o tym? Nie, bo za głupia jesteś.

Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Jak można być tak złym człowiekiem? Jak? Jak potrafiła być okrutna, przekonałam się jakiś czas potem. Wróciła z kolejnej libacji i poszła spać. Kubuś bawił się w kąciku samochodem, który dostał od Adama na pierwsze urodziny. Samochód wydawał różne dźwięki, co zdenerwowało Izę, bo wpadła do pokoju, wyrwała mu autko i rzuciła za wersalkę. Mały się rozpłakał.

- Zamknij się! Masz być cicho, jak śpię! - chwyciła go za rączkę, szarpnęła do góry i zaczęła bić, gdzie popadło: po pupie, brzuszku, głowie...

- Przestań! Izka, zostaw dziecko! Słyszysz! - krzyczałam.

A do niej jakby nic nie docierało, biła małego na oślep. Kubuś płakał i wołał:

- Mama, nie, mama!!!

Stanęłam między nią a Kubusiem. Iza popchnęła mnie z całej siły, poleciałam na krzesło, przewróciłam je i upadłam na podłogę. Kubuś płakał głośno, a ona jeszcze głośniej krzyczała, żeby był cicho i szarpała nim, potrząsała. Z trudem się pozbierałam i podeszłam do niej. Chwyciła mnie za poły fartucha.

- Zejdź mi z drogi, bo cię ukatrupię! - grymas nienawiści wykrzywił jej twarz.

Puściła mnie i poszła sobie. Kubuś nie przestawał płakać. Z noska leciała mu krew. Po chwili usłyszałam głośne pukanie. Ktoś musiał wezwać policję. Powiedziałam policjantom, co się stało. Po kilku minutach przyjechało pogotowie, lekarz opatrzył Kubusia i zabrano go do szpitala. Miał wywichniętą rączkę, wstrząśnienie mózgu... Izę aresztowano wieczorem. Jak mnie wezwali na przesłuchanie w sprawie znęcania się nad dzieckiem, to jeszcze raz wszystko powiedziałam. Za długo tolerowałam zachowanie Izy, wierząc, że się opamięta. W końcu musiałam spojrzeć prawdzie w oczy. Iza nie jest dobrym człowiekiem i nigdy nie będzie dobrą matką. Kubusia zabrał do siebie Adam.

Zapowiedział, że zrobi wszystko, by w końcu pozbawić Izę praw rodzicielskich.

 Danuta D., 75 l

Dowiedz się więcej na temat: babcia | wnuczka | macierzyństwo | konflikt

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje