Reklama

Reklama

Potrójna kara śmierci

Moja wnuczka chciała się dowiedzieć, czy któryś z naszych krewnych brał udział w wojnie.

Jedno niewinne pytanie mojej wnuczki uruchomiło lawinę.     

Reklama

- Dziadku, a ta siostra prababci, Janina, brała udział w wojnie? - rzuciła Wiki tuż po spokojnym niedzielnym obiedzie. Zamrugałem, a moja córka skrzywiła się na moment.

- Wiktoria, co ci znowu chodzi po głowie? - mruknęła.

- Oj mamo, mówiłam ci przecież! - zawołała wnuczka. - Zadali nam taką pracę. O udziale naszej rodziny w ważnych dla kraju historycznych wydarzeniach. No i nie bardzo wiem, co napisać...

Wzruszyłem ramionami.  

- Mało wiem na ten temat, bo urodziłem się już po wojnie. Ale nie wydaje mi się, by walczyła. Coś by mi się raczej obiło o uszy...

- To ja jeszcze spytam prababcię, jak wstanie - rzuciła Wiki, a ja machnąłem ręką i wróciłem do rozmowy z zięciem.

Niecałą godzinę później moja mama rzeczywiście przebudziła się po poobiedniej drzemce i dołączyła do nas w salonie. Wiktoria dosiadła się do niej i zaczęły sobie coś szeptać.

W pewnej chwili mama podniosła głos. - A może już pora przestać się bać? - powiedziała. - Janko, jak myślisz? Może już czas?

Drgnąłem i spojrzałem na nią zdumiony. Miała 85 lat i choć trochę dokuczała jej tarczyca, była naprawdę witalną kobietą, aktywną, całkowicie sprawną umysłowo. A te słowa zabrzmiały nagle jak... majaczenia starszej, schorowanej pani.

- No, nie patrz tak, Wiktor - uśmiechnęła się. - Wiem, co mówię. Moja siostra była żołnierzem. Świetnym żołnierzem, oddanym ojczyźnie do ostatnich dni. Zginęła za Polskę.

- Co ty mówisz, mamo? - uniosłem brwi. - Źle się czujesz? Przecież ona umarła w czterdziestym ósmym, trzy lata po wojnie, na zapalenie płuc!

- To wciąż była wojna - rzuciła mama ponuro. - Tylko wróg nazywał się inaczej.

Wiktoria miała oczy wielkie jak spodki, jej rodzice też zamilkli. A mama poprawiła się w fotelu i powiedziała:

- Podaj mi okulary z komody i wyjmij album. Ten w płóciennej brązowej oprawie.

Zrobiłem to, o co prosiła, a potem przysiadłem obok niej.

Mama zaczęła przeglądać bardzo dobrze mi znane zdjęcia.

- To ja i moja siostra, Janka - wskazała palcem jedną z czarno-białych, wyblakłych fotografii. Były na niej dwie dziewczynki w sukienkach z kołnierzykami. - Ona urodziła się w roku 1919, ja w 1927. Mimo różnicy wieku byłyśmy sobie bardzo bliskie. Kiedy wybuchła wojna, ja miałam dwanaście lat, ona dwadzieścia. O, to zdjęcie zrobiono w 1940 roku, gdy rodzice zdecydowali się wywieźć mnie do babki na wieś - postukała palcem w inną fotkę. - Janka uparła się, że zostanie w mieście. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, ale ona właśnie zaczynała działać w konspiracji.

- Nigdy o tym nie wspominałaś - zdziwiłem się.

- Miałam swoje powody, zaraz do tego dojdę - rzuciła mama.

Kątem oka dostrzegłem, że moja wnuczka słucha z wypiekami. Byłem zdziwiony, a nawet trochę zdenerwowany. Nie rozumiałem, dlaczego mama niespodziewanie zaczęła opowiadać o sprawach sprzed ponad sześćdziesięciu lat. Prawdę mówiąc, przez głowę przemknęło mi nawet, że coś sobie wymyśliła.

- Janka była łączniczką. Bardzo odważną, sprawną, można było na niej polegać. W 1943 roku w czasie jednej z akcji poznała Zygmunta i zakochała się. Wzięli skromny wojenny ślub, a potem razem działali w podziemiu. Zygmunt był dowódcą leśnego oddziału, bardzo dobrym żołnierzem, niczego się nie bał... Za jedną z akcji odznaczono go nawet orderem Virtuti Militari. Po kapitulacji nie złożyli broni, oboje działali w Zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość.

- WiN! - ożywiła się moja wnuczka. - Uczyłam się o tym w szkole! Ta organizacja domagała się, by Armia Czerwona i NKWD opuściły Polskę. Nie zgadzali się na kształt granicy wschodniej ustalony w Jałcie. Organizacja sprzeciwiała się też prześladowaniom politycznym i dewastacji Polski przez wojska radzieckie. Członkowie WiN chcieli stworzyć własną, niezależną armię, uniezależnić się politycznie od Związku Radzieckiego - wyrecytowała, jakby była na lekcji.

Moja mama z ledwo dostrzegalnym uśmiechem pokiwała głową.

- Dokładnie tak. Janka i jej mąż byli w oddziałach zbrojnych, jako członkowie oddziałów leśnych, które nie złożyły broni. Bardzo rzadko ich wtedy widywałam, ukrywali się, Zygmunt prawie nie pojawiał się u nas, Janka zjawiała się zawsze niezapowiedziana, raz na kilka tygodni, w przebraniu. Podczas którejś z takich wizyt wyznała nam, że jest w ciąży. Żyła wtedy w strasznym napięciu, bo kilku członków jej oddziału rozpracowali ubecy. Wiele osób trafiło do więzienia, a Zygmunt, jako ich dowódca, był najważniejszym celem Sowietów.

- Wreszcie ktoś go wystawił i mąż Janki trafił do więzienia. Janka akurat czekała na rozwiązanie i ta straszna wiadomość przyspieszyła poród. Ukrywała się wtedy na wsi u naszych kuzynek, ja i mama byłyśmy z nią. Bałam się o siostrę, ale to była bardzo twarda dziewczyna. Bardzo. Jak stal. Razem ze swoją teściową próbowała poruszyć niebo i ziemię.

- Matka Zygmunta za jej namową pisała prośby o zwolnienie z więzienia, wyjaśnienia, petycje. Kilka tygodni później ubecy przygotowali pułapkę na Jankę. Jej dawna koleżanka z lasu została ich agentką i to ona wystawiła moją siostrę. Janka, która i tak ze względu na dziecko zamierzała się ujawnić, trafiła do więzienia. Była bita, pozbawiano ją snu, trzymano w nieocieplonej celi, poddawano koszmarnym torturom, by wydała swoich, tych, którzy nie zdecydowali się ujawnić. Wszystko w imię utrwalania władzy ludowej... - mama ukradkiem otarła łzę.

- Pewnego lutowego dnia matka Zygmunta poszła zanieść mu do więzienia cieplejsze ubrania, usłyszała od strażnika, żeby to zabierała, bo "temu bandycie nic już po nich". W ten sposób dowiedziała się, że jej syn nie żyje... Dotarła do informacji, że na Zygmunta wydano karę śmierci. Potrójną, to znaczy z trzech paragrafów...

- Możliwe, że Jankę też spotkałaby kara śmierci, ale nie zdążyli jej osądzić. Umarła w listopadzie 1948 roku. W akcie zgonu napisano, że z powodu zapalenia płuc, ale my wiedzieliśmy od przekupionych pracowników więzienia, że to była śmierć w wyniku odniesionych ran. Zakatowali ją... Rodzicom udało się wydostać ciało. Pochowaliśmy ją w rodzinnym grobie.

- A jej mąż? Gdzie leży? - zapytał mój zięć.

- Nie wiedzieliśmy, gdzie został pogrzebany - westchnęła. - Tak naprawdę nie mieliśmy pewności, czy w ogóle go pochowano. Wtedy wrogowie władzy ludowej dostawali kulkę w tył głowy. Potem wrzucano ich ciała do pierwszego lepszego dołu i zasypywano ziemią albo wapnem. Przez wiele miesięcy ich bliscy nawet nie wiedzieli, że nie żyją...

- W ten sposób zginęło wiele tysięcy żołnierzy, także bardzo wysokich rangą. Przez jakiś czas matka Zygmunta próbowała się dowiedzieć, chodziła pod więzienie, przepytywała ludzi. Ale nie trafiła na żaden ślad. Niektórym rodzinom udawało się czasem ustalić miejsce pochówku i potajemnie ekshumować zwłoki, by przenieść je do innego, najczęściej ukrytego grobu. Nam się to nie udało mimo wielomiesięcznych starań. Sowieci chcieli zniszczyć Zygmunta, wymazać pamięć o nim. A może nie chodziło wcale konkretnie o niego, może tak dalece nienawidzili wszystkich działaczy podziemia, że traktowali ich jak masę, niewartą nawet godnego pogrzebu? - mama na moment urwała. - Tak, moja Janka i jej mąż przetrwali wojnę, ciężką walkę z faszystami, żeby zamordowali ich Sowieci...

Zamilkła i zapatrzyła się w okno.

- Nie rozumiem, czemu przez tyle lat utrzymywałaś to w tajemnicy - rzuciłem, wykorzystując chwilę ciszy. Starałem się, by w moich słowach nie było urazy, ale chyba mi się nie udało. Miałem w rodzinie bohaterów, a kompletnie o tym nie wiedziałem!

- W jednym z grypsów z więzienia Janka poprosiła mnie tylko o jedno - odezwała się mama, nagle dziwnie badawczo patrząc mi w oczy. - O to, żebym zajęła się jej synkiem. Żebym postarała mu się stworzyć dom, jakiego ona nigdy nie mogła mu dać, bo była zajęta walką.

Zrobiło mi się gorąco.

- Synkiem?... - spytałem ochryple. - I... co się z nim stało?

Byłem prawie pewny, że usłyszę: "umarł", ale gdzieś na dnie serca zacząłem podejrzewać... Przeprowadziłem w myślach szybki rachunek... Daty by się zgadzały! A jednak to było niemożliwe! Ręce mi się spociły, w głowie zaczęło huczeć.

- Zajęłam się nim. Dałam mu dom, pokochałam go jak własne dziecko - powiedziała spokojnie mama.

- Więc tym dzieckiem jestem... ja? - szepnąłem, chociaż właściwie jej słowa zabrzmiały jednoznacznie.

Kiwnęła głową.

- Ale jak to możliwe? Sowieci się nie dowiedzieli, że ich wrogowie mieli dziecko? - zapytała bystro Wiktoria.

- Zygmunt nie wiedział, czy Janka donosiła ciążę, co się stało z ich synkiem. A Janina w czasie przesłuchań utrzymywała, że jej dziecko zmarło kilka dni po porodzie. Bardzo długo, uparcie to powtarzała, nawet swoim współwięźniarkom, bo bała się, że one doniosą. Możliwe, że pod koniec sama w to uwierzyła... Ciebie ukryliśmy u dalekich krewnych, jeździłam do ciebie, kiedy tylko mogłam...

- Ale jak to się stało, że... No, że potem miałem legalne papiery? W moim akcie urodzenia jesteś przecież wpisana jako moja mama, tata też...

- Wzięłam szybki ślub z moim narzeczonym. To był czas, kiedy dokumenty ginęły, dzieci rodziły się w domach, ludzie wędrowali po kraju... Łatwo było wyrobić ci fałszywy akt urodzenia, no, może nie tyle wyrobić, co załatwić.  

- Dlaczego nigdy mi o tym nie opowiedziałaś?

- Najpierw byłeś za mały, potem... bałam się. To nie był dobry czas, niepokoiłam się, że jako dziecko AK-owców będziesz miał problemy w szkole, potem, że nie przyjmą cię na studia. Dla władzy byłbyś dzieckiem "zaplutego karła reakcji" i "bandyty", pewnie takim samym wrogiem. Wtedy dzieci też zabijano, jeśli miało się to przysłużyć władzy... Zresztą o siebie także się bałam. Dwa razy mnie przesłuchiwano w czasie śledztwa w sprawie Janki, cudem niczego im nie powiedziałam. Nie chciałam trafić do więzienia, nie zniosłabym kolejnych przesłuchań. Ja nie jestem typem bohaterki... - zawiesiła głos.

Pokręciłem głową. Wzięła do siebie czyjeś dziecko, wychowała je jak swoje, pokochała... Co z tego, że nie walczyła? Przecież była bohaterką!

- Tyle lat milczałam... - podjęła znów mama. - Może powinnam dalej trzymać to wszystko w tajemnicy. Ale wystraszyłam się, że umrę i nikt nie pozna historii Janki i Zygmunta. Moja siostra ma swój grób, a jej mąż leży w jakiejś nieznanej ziemi, pewnie w zbiorowej mogile, razem ze swoimi towarzyszami niedoli... Kilka osób z ich oddziału wciąż żyje. Odwiedzają grób Janiny, palą znicze, a dla Zygmunta zostawiają kamyczki. To taki znak pamięci.

Wszyscy milczeliśmy. Moje dzieci chyba nie wiedziały, jak się zachować. Wiktoria wpatrywała się w swoją prababcię z zagadkowym wyrazem twarzy. Wreszcie mój zięć zaczął coś mówić o jakiejś książce, w której reporterka pisała o podobnej historii, córka podjęła temat, mama kiwała głową, dorzucając coś od siebie.  

Kilka tygodni po tej rozmowie zmarła, spokojnie, we śnie, a ja zostałem z tłukącymi się po głowie pytaniami.

Wiedziałem więc jedynie, że moimi rodzicami biologicznymi nie byli ci, do których mówiłem "mamo" i "tato". Ale czy to coś zmieniało? Biologicznego ojca przecież nie znałem, z matką spędziłem tylko kilka pierwszych miesięcy życia. Nie czułem z nimi praktycznie żadnego związku. Moimi prawdziwymi rodzicami byli ci, którzy mnie przygarnęli i wychowali, którzy troszczyli się o mnie przez lata, dali mi miłość i wsparcie.

A jednak serce podpowiadało mi, że powinienem zrobić coś jeszcze. Najpierw poszedłem do biblioteki i wypożyczyłem kilka książek o latach terroru stalinowskiego. Czytałem je ze ściśniętym sercem. Owszem, często mówi się, że PRL był straszny, ale zapomina się o jego pierwszych latach, o latach masowych mordów Polaków i permanentnego strachu...

Zadzwoniłem też do regionalnego oddziału IPN-u i dowiedziałem się, że rzeczywiście bardzo wielu żołnierzy Polski Podziemnej zostało skazanych na karę śmierci przez stalinowskich prokuratorów. Do dziś nieznane są miejsca pochówku większości z nich, ale historycy prowadzą wciąż poszukiwania, mają wiele tropów i doniesień.

Ludzie z instytutu zapisali moje dane i obiecali kontakt w razie uzyskania nowych informacji.

1 marca jest obchodzony Narodowy Dzień Pamięci "Żołnierzy Wyklętych". Wcześniej w ogóle nie zdawałem sobie sprawy z tego, że istnieje takie święto. W tym roku pójdę odwiedzić grób Janiny. Wciąż nie umiem o niej myśleć jak o mamie. Ale zapalę na jej grobie znicz i zostawię kamyk dla uczczenia pamięci mojego ojca, jej męża, żołnierza, który nigdy się nie poddawał. Jestem pewny, że znajdę na nagrobku kilka innych kamyków. Z roku na rok jest ich coraz mniej, ale wiem też, że kiedy mnie zabraknie, te kamyki będą zostawiać moje dzieci, a potem wnuki.

Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione.

Wiktor I., 56 lat

Z życia wzięte 6/2013

 

 

Dowiedz się więcej na temat: nkwd | adopcja | rodzina | okładka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje