Reklama

Reklama

Rozterki współczesnego kawalera

Dlaczego mężczyzna boi się oświadczyn? Rozmowa z psycholog Aliną Henzel-Korzeniowską.


Katarzyna Kasińska, INTERIA.TV: Coraz więcej mężczyzn uważa, że ślub "to tylko papierek", który i tak niczego nie zmienia w relacji między partnerami. Czy to pragmatyzm, czy może niedojrzałość?

Reklama

Alina Henzel - Korzeniowska, psycholog-seksuolog, psychoanalityk, konsultant seksulogia.com - Żadne z tych wyjaśnień nie pasuje do sytuacji współczesnego mężczyzny. Małżeństwo nie straciło na wartości. Oświadczyny, po których zazwyczaj następuje zawarcie związku małżeńskiego, są dla mężczyzny bardzo ważne. I właśnie dlatego mężczyzna tak bardzo boi się popełnić błąd. Woli nierzadko odłożyć decyzję w czasie, sprawdzić się, żyjąc w wolnym związku, zanim złoży przysięgę "na całe życie". W tle odraczania tej decyzji, czasami w nieskończoność, kryje się obawa przed niepowodzeniem. Rozpad związku  traktowany jest nadal jako dość duża porażka życiowa.

Mężczyzna ma zatem świadomość tego, jak ważna jest decyzja o wstąpieniu w związek małżeński.

- Oświadczyny i następujące po nich zawarcie związku małżeńskiego mają przecież charakter umowy. Słowo tworzy rzeczywistość. Przysięga złożona w obecności świadków, w majestacie prawa - a tym bardziej, jeżeli ma ona charakter sakramentu - jest bardziej zobowiązująca, niż sam dokument. Liczy się symboliczna siła wypowiedzianych słów; deklaracja, która zobowiązuje. Dokument sam w sobie nie ma aż tak dużego znaczenia dla tych dwóch osób - to jest informacja dla instytucji państwowych, które od tego momentu na mocy prawa troszczą się o dzieci i majątki małżonków. Z jednej strony to poważne traktowanie owej umowy bardzo dobrze świadczy o mężczyznach, ponieważ w takiej postawie jest zawarty przejaw ich honoru: jeśli już składają przyrzeczenie, to chcą, żeby miało ono dla nich wartość. A ponieważ z wielu powodów obawiają się, że nie dotrzymają tej obietnicy - to jej nie składają.

A zatem, wbrew obiegowym opiniom, mężczyznami nie kieruje wygoda ani niepewność uczuć względem partnerki. Można tutaj wręcz mówić o powodach godnych pochwały.

- Tak. Kryje się za tym odpowiedzialność. Aczkolwiek istnieją też inne powody, które zewnętrznie jawią się jako chęć funkcjonowania w życiu w sposób wygodny. Nie da się ukryć, że bycie singlem - albo decydowanie się na doraźne tylko związki z kobietami - wiąże się z dużą swobodą. Natomiast bycie w stanie narzeczeństwa, bądź już w związku małżeńskim, siłą rzeczy nakłada na mężczyznę zobowiązania. Sytuację, w jakiej przychodzi mężczyźnie funkcjonować, można by wtedy porównać do fabryki prosperującej na trzy zmiany bez przestojów. Wejście w związek małżeński to dla mężczyzny również poszerzenie kręgu rodzinnego - co dla jednych będzie naturalnym wsparciem społecznym, a dla drugich intensyfikacją kontroli społecznej odczuwanej subiektywnie jako niewygodna presja  otoczenia.

- Istnieje jeszcze jeden powód, dla którego mężczyzna może mieć kłopot z podjęciem decyzji o stworzeniu związku z kobietą, oświadczynach czy małżeństwie - powód ważny, aczkolwiek często niedoceniany. Jest to utrzymująca się silna więź z matką, uświadomiona bądź na pół uświadomiona. Dotyczy to matek, które wykluczyły ze swego życia mężczyznę. W takim układzie matka  nie jest gotowa na to, by syn ją "zostawił" i nie daje mu na to swojego przyzwolenia, czasami również nie będąc tego świadomą. Mężczyzna jest wówczas w swoistych kleszczach, bo - posłużę się tutaj pewnym skrótem myślowym - nie wie, z którą kobietą być. A jeśli dodatkowo kobieta, w której się zakochał, nie jest zbyt stanowcza, siłą rzeczy przeciągany jest na stronę matki.

- W psychoanalizie lacanowskiej taką sytuację przyrównuje się wręcz do paszczy krokodyla, w której matka trzyma swojego syna, pozwalając mu zerkać na świat - ale nie wypuszczając z niej.  Mężczyzna ma poważny kłopot, by wyrwać się z tej paszczy, nawet, jeśli jest rzeczywiście zakochany w kobiecie. Nawet wtedy, kiedy nie konsultuje swoich poczynań z matką, w głowie kołacze mu się myśl: "Co by ona na to powiedziała?". Problem ten ujawnia się bardzo brutalnie wówczas, kiedy mężczyzna ma kłopoty natury seksualnej. Nie potrafi rozpocząć życia seksualnego właśnie dlatego, że nie rozstał się z matką. W jego odczuciu byłaby to wręcz forma zdrady matki. Podkreślam, że jest to skrótowe przedstawienie problemu, wynikające z wiedzy klinicznej. Niemniej jednak rola matek jest tutaj ogromna. Dobrze by było, aby godziły się one na odchodzenie swoich synów do  świata dorosłych i popierały ich samodzielne decyzje. Będzie to możliwe, jeśli same zadbają o własne życie osobiste, miast układać synowi relacje z kobietami.

Na fakt, że liczba związków nieformalnych wzrasta, wpływają też zapewne przemiany społeczne. Wielu młodym ludziom instytucja małżeństwa jako związku zalegalizowanego wydaje się anachroniczna. Tym bardziej, że można przecież być ze sobą i wychowywać dzieci, nie będąc małżeństwem.

- Przyzwolenie na tak zwane wolne związki  jest rzeczywiście większe - zważywszy, że prawo w warunkach polskich troszczy się o dzieci urodzone w takich związkach, a i instytucje finansowe patrzą dziś łaskawszym okiem na konkubinaty.  Jeśli dla dwojga osób sam akt złożenia sobie obietnicy bez formalności urzędowych czy kościelnych jest wystarczająco ważny, to instytucjonalna legalizacja związku jest im rzeczywiście zbędna. Niemniej jednak, jak się okazuje, dla kobiet ma to znaczenie. Zależy im na tym, aby bycie w związku z partnerem zostało podkreślone poprzez akt małżeństwa. Można wręcz powiedzieć, że - ku szczeremu zdziwieniu mężczyzn - domagają się tego, mimo iż na początku związku deklarowały zbędność formalizowania istniejącego układu. I, chociaż wiedzą, że trwałości małżeństwa nie zagwarantuje im nawet przysięga przypieczętowana (dosłownie) na papierze,  to jednak żywią nadzieję, iż tak właśnie będzie.  A mężczyźni - cóż, mężczyźni dokonują tutaj swoistej racjonalizacji, twierdząc, że nie jest to ważne. A przecież, gdyby to rzeczywiście było nieważne, to byłoby im wszystko jedno, czy mają ten przysłowiowy "papier", czy też nie.

Porozmawiajmy w takim razie o sytuacji, w której partnerka czuje się zaniepokojona odwlekaniem decyzji o małżeństwie przez partnera. Czy powinna ona dążyć do wyjaśnienia tej sytuacji za wszelką cenę - ryzykując nawet rozstanie, jeśli okaże się, że poglądy jej i partnera są w tej kwestii rozbieżne?

- Jeśli kobieta kocha mężczyznę, z którym jest (albo jeśli chce z nim być z jakichś innych powodów) i jeśli zależy jej na nim, często bywa tak, że nie ośmiela się ona nawet domagać zalegalizowania związku. Z punktu widzenia mężczyzny, jego sytuacja pogarsza się, gdy takie stanowcze żądania się pojawiają. Wówczas bywa, że wysyła sygnały, które są w istocie tylko zbywaniem partnerki "dla świętego spokoju", podczas gdy on sam nie jest gotowy na sformalizowanie związku w krótkiej perspektywie czasowej, albo wręcz kiedykolwiek. Wielu kobietom takie sygnały przynoszą jednak swego rodzaju uspokojenie - a tymczasem lata lecą... Zdarza się też, że kobieta podchodzi do sprawy bardzo stanowczo i stawia mężczyźnie ultimatum: jeśli nie godzisz się na małżeństwo, nie będziemy razem. Mężczyzna wówczas znajduje się w położeniu, w którym musi jasno określić swoją postawę i dokonać wyboru.

Co w takim razie z parami, w przypadku których do zawarcia małżeństwa doszło po dość długim okresie pozostawania w związku nieformalnym? Czy taki scenariusz zwiastuje problemy w późniejszym wspólnym życiu?

- Wiele jest takich związków, w których legalizacja bycia ze sobą niewiele zmienia: partnerzy nadal są razem. Ale jest też wiele związków, nazywanych "przechodzonymi", które rozpadają się w wyniku rozmów na temat problemów między partnerami, podejmowanych w gabinetach psychoterapeutów lub w gronie przyjaciół. Zaryzykuję tezę, że opowiadanie o tych trudnościach osobie trzeciej przyspiesza decyzję o rozstaniu - tak, jakby związek ten od dawna był już w stanie agonalnym. Nie dzieje się tak dlatego, że psychoanaliza czy psychoterapia szkodzi, lecz dlatego, że przyspiesza ona zobaczenie tego, czego od dawna już nie było w tym związku.  Ludzie "udają", że jest dobrze. W trakcie psychoterapii partnerzy z większą odwagą werbalizują swoje uczucia. Partnerka zaczyna zastanawiać się, dlaczego wcześniej nie odeszła od mężczyzny, albo stanowczo nie domagała się sformalizowania związku. Również on zaczyna  zadawać sobie pytania, dlaczego tak długo tkwił w tej relacji, a nawet zdobywa się na odwagę, by skonfrontować się z samym sobą, i powiedzieć sobie: "To jednak nie ta".

Często spotykamy się z obiegowymi opiniami co do długości okresu poprzedzającego zaręczyny, jak również okresu samego narzeczeństwa. Czy z punktu widzenia psychologii takie kwestie da się w ogóle ująć w ramy czasowe?

- Moja propozycja brzmi: żadnych harmonogramów. Zdaję sobie sprawę, że chcielibyśmy mieć jakieś terminarze w tym zakresie, ale w każdym związku wygląda to inaczej. Nie jest przecież tak, że każdy ze wspomnianych "związków przechodzonych" jest ostatecznie skazany na rozpad - partnerzy mogą go zalegalizować i wieść udane wspólne życie. Oczywiście, możemy mówić o jakiejś mądrości opartej na doświadczeniu naszego społeczeństwa, w świetle której narzeczeństwo powinno trwać, powiedzmy, rok. Ale co, jeśli partnerzy zdecydują się na ślub po trzech miesiącach znajomości? Będziemy im tego zabraniać? Nie, w tej sprawie trzeba zdać się na żywość wzajemnych uczuć, na namiętność  - bo to właśnie stanowi o tym, że ludzie wiążą się ze sobą. Rzecz jasna, jest w tym pewien paradoks, bo im bardziej żywe uczucie, tym mniej jest w nas krytycyzmu w stosunku do partnera. A brak krytycyzmu nie do końca jest dobry, bo kiedy namiętność minie, może okazać się, że jednak nie jesteśmy sobie przeznaczeni.

- O ile dawanie recept co do optymalnej długości kolejnych etapów związku jest niewskazane, to można podać dwie wskazówki, przydatne każdemu człowiekowi, który decyduje się na bycie w związku. Pierwsza z nich to: nie bać się mówić, kiedy coś się dzieje źle; jeśli czujemy, że coś jest nie tak. Warto otwarcie mówić drugiej osobie o swoim dyskomforcie i domagać się od niej, by odwzajemniła nam się tym samym. Nie przesadzajmy jednak z tą szczerością i otwartością, bo, primo, nie da się wszystkiego powiedzieć -  czasami brakuje słowa, o czym nam zresztą poeci przypominają; secundo, za dużo słów w związku "zabija" namiętność; tertio, jak zauważa Jacques Lacan, język ludzki, mowa, najmniej służy do porozumiewania się. Tak więc niedobry jest nie tylko "przechodzony" związek, ale i związek "przegadany".

- I wskazówka druga: zaprzestać podsycania złudzenia, że spotka się w swoim życiu przysłowiową "tę jedyną" czy "tego jedynego". Mężczyźni często mówią o kobietach, z którymi się wiążą: "To nie ta", i przez całe życie szukają  ideału. Owszem, ideał istnieje, ale tylko w naszej głowie. To produkt naszej imaginacji podsycany przez mity, bajki, media.

Rozmawiała: Katarzyna Kasińska, INTERIA.TV

 

 


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje