Reklama

Reklama

SOS po stosunku? Nie dla każdego...

W Polsce tabletka "po stosunku", mimo że nie jest zarejestrowana jako środek wczesnoporonny, przez wielu lekarzy jest za taki uznawana. Jakie prawa ma osoba próbująca uzyskać na niego receptę, a jakie obowiązki względem niej ma lekarz?

- "Aborcje to nie u nas" - wykrzyczała mi na całą izbę przyjęć pielęgniarka jednego z krakowskich szpitali, kiedy poprosiłam ją o pilną konsultację ginekologiczną. Nawet nie zdążyłam wyjaśnić, po co do nich przyszłam tego niedzielnego popołudnia. Dodam, że poczekalnia była pełna oczekujących pacjentów, a wiec upokorzenie było tym większe... - relacjonuje 28-letnia Ola, której podczas stosunku seksualnego ze stałym partnerem pękła prezerwatywa, w związku z czym zdecydowała się na antykoncepcję awaryjną - tabletkę "po stosunku". W owym szpitalu pomocy jej nie udzielono.

Reklama

- Nasze (moje i mojej kobiety), poszukiwania recepty na tabletkę "po stosunku" trwały prawie dobę i przetykane były bezpodstawnym poniżaniem za strony niewyedukowanych lekarzy, którzy "walcząc ze złem" odmawiali nam pomocy. To żenujące... - napisał w liście do redakcji oburzony Piotr, któremu podczas seksu zsunęła się prezerwatywa.

Na wypadek awarii...

W Polsce wciąż najczęściej stosowaną metodą antykoncepcji jest właśnie prezerwatywa. Na jej zastosowanie decyduje się aż 61 proc. Polaków. I choć jest w miarę skuteczna (najskuteczniejsza jest tabletka antykoncepcyjna), to trzeba mieć na uwadze, że tylko wtedy, gdy zostanie prawidłowo użyta, gdy nie zsuwa się, nie pęka. A tego przewidzieć, niestety, się nie da. Jeśli realizuje się ten czarny scenariusz, para ma jeszcze jedną możliwość, by zapobiec niechcianej ciąży - zastosować tabletkę "po stosunku".

Tak zwana antykoncepcja awaryjna działa do 72 godzin po odbyciu stosunku (im wcześniej tabletka zostanie zażyta, tym większa jest jej skuteczność), więc dokładnie tyle czasu kobieta ma na zdobycie recepty (tabletkę można uzyskać wyłącznie na receptę). Jak się okazuje, bywa, że czasu, choć nie jest go znowu tak mało, nie wystarcza... Dlaczego?

Zadzwoniłam do kilkudziesięciu krakowskich publicznych i niepublicznych przychodni i gabinetów prywatnych w celu sprawdzenia, czy faktyczne tak trudno, jak skarżą się nasi rozmówcy, uzyskać receptę. Dzwoniłam zarówno w środku tygodnia, jak i w weekend. Efekt?

Nie wykonujemy aborcji

- Ja się nie zajmuję TAKĄ działalnością - usłyszałam przy pierwszym telefonie wykonanym do ginekologa z prywatnego gabinetu i poczułam się, jakbym właśnie podejmowała próbę usunięcia ciąży. Kolejny telefon, wykonany do internisty (każdy lekarz może przepisać "tabletkę po stosunku"!) z prywatnego gabinetu w weekend również zakończył się odmową, ale powód był inny.

- Nie przepiszę pani recepty, bo nie chcę brać odpowiedzialności. Konsekwencją zażycia tej tabletki często jest krwotok i utrata życia - zastraszył mnie lekarz. - Niech pani poszuka ginekologa.

Podobne odpowiedzi słyszałam jeszcze wielokrotnie.

Ale zdarzyły się też próby zakończone sukcesem. W jednej z przychodni udało mi się nawet zarejestrować na wizytę do internistki, która - zapytana na moją prośbę przez panią w rejestracji, czy mi pomoże - bez żadnego problemu wyraziła zgodę na wystawienie recepty podczas standardowej konsultacji.

Zapłacisz to dostajesz

W innej, prywatnej klinice oznajmiono mi, że po wizycie za 100 zł, podczas której wykonane zostanie badanie USG (80 zł), przepisana zostanie mi tabletka (20 zł). 100 zł za samo wystawienie recepty bez kontaktu z lekarzem zaproponowano mi w kolejnym prywatnym gabinecie, działającym również w weekendy. Jeśli zdecydowałabym się także na konsultację z ginekologiem, koszt wzrośnie do 130 zł.

W krakowskich szpitalach bywa różnie. W jednym, po wstępnej rozmowie telefonicznej z dyżurującym lekarzem, usłyszałam - proszę do nas przyjść jak najszybciej. W innym lekarz ginekolog tłumaczył mi, że absolutnie, choćby chciał, to nie może przepisać mi recepty na tabletkę "72 h po stosunku", bo Narodowy Fundusz Zdrowia zabronił lekarzom wystawiania recept w trakcie dyżuru w szpitalu osobom nie będącym pacjentami placówki.

Okazało się, że lekarz zwyczajnie mnie zbył.

- Lekarz, o ile lek nie jest refundowany, a tak jest w przypadku tabletki "po stosunku", może wypisać receptę w każdej chwili. Podczas dyżuru w szpitalu tym bardziej. Nie jest nawet konieczna w tym celu rejestracja w przychodni przyszpitalnej, gdyż lek jest pełnopłatny, więc nie trzeba sprawdzać, czy pacjentka jest osobą ubezpieczoną - tłumaczy Wanda Pawłowicz, rzecznik prasowy Mazowieckiego Oddziału Wojewódzkiego NFZ

Z moich ustaleń wynika, że tak naprawdę to, czy receptę się zdobędzie czy też nie, zależy wyłącznie od podejścia lekarzy. W weekendy jest zdecydowanie gorzej, gdyż kontakt z nimi jest dodatkowo utrudniony.

Kilka koniecznych sprostowań

Gdy dzwoni się do lekarzy-specjalistów z pytaniem, czy wystawią receptę na antykoncepcję awaryjną, czasami można usłyszeć tyle wygłaszanych przez nich bzdur, że dla dobra psychicznego naszych użytkowników postanowiłam sprostować kilka z nich.

Po pierwsze, tabletka "72 h po" w bezpośredni sposób nie powoduje śmierci.

- Po tabletce często następuje przesunięcie cyklu miesiączkowego, bo tabletka składa się głównie z dużej dawki gestagenu, który może zadziałać w ten sposób. Jednak po takiej tabletce się nie umiera - tłumaczy Zenon Kszyk, ginekolog, który za swój obowiązek uważa pomoc kobiecie w takiej sytuacji.

- Można oczywiście dostać obfitych plamień, czego nie nazwałbym od razu krwotokiem, choć i one, rzadko, ale się zdarzają - wyjaśnia ginekolog.

- Ja, gdy przepisuję tę tabletkę, na wszelki wypadek zostawiam pacjentce kontakt do siebie w razie, gdyby pojawiły się niepokojące ją objawy - dodaje.

Niektórzy lekarze, z różnych powodów nie decydujący się wypisać recepty, zasłaniają się dobrem pacjentki. Czy słusznie?

Niechęć, nadgorliwość czy zwykła odpowiedzialność?

- Pacjentki, które przychodzą po te tabletki, najczęściej są pacjentkami przypadkowymi, których nie znam, więc nie wiem, czy są zdrowe. Jest to sytuacja nagła. Tabletki "po stosunku" są przeciwwskazane w ciąży, w ciężkich zaburzeniach przewlekłych wątroby, zakrzepowo-zatorowych, w nowotworach hormonozależnych np. piersi i ostrej porfirii - wyjaśnia ginekolog, który nie zdecydował się ujawnić swojego nazwiska, gdyż, jak stwierdził, swoimi wypowiedziami zrobi antyreklamę firmom farmaceutycznym produkującym środek. A przecież za nimi stoją wielkie pieniądze...

- Zatem, jeśli przychodzi pacjentka, która nie ma żadnych badań, a przecież z badania fizykalnego nie jestem w stanie stwierdzić, czy nie ma ostrej czy przewlekłej niewydolności wątroby, nie przepisuję jej tego środka. Jeśli kobieta się uprze, wymagam pewnych badań - tłumaczy ginekolog. - Jakich? Test ciążowy, próby wątrobowe, układ krzepnięcia, USG piersi, cytologia i testy w kierunku porfirii.

Dla jasności dodajmy, że zlecanych badań kobieta nie jest w stanie wykonać przed upływem 72 godzin. Jednak ginekolog nie zleca ich, jak twierdzi, bezpodstawnie...

- W środowisku lekarskim jeszcze jakiś czas temu było głośno o przypadku pacjentki, która zażądała od ginekologa wypisania recepty na taką tabletkę. Zarówno kobieta, jak i lekarz (nie wykonał badań w tym kierunku), nie wiedzieli, że pacjentka ma raka piersi. Po zażyciu tabletki nastąpiła szybka progresja choroby - dodaje ginekolog.

Zapewne zastosowanie tabletki o tak dużej dawce hormonów wiąże się z pewnym ryzykiem. Jakie badania pozwolą je zminimalizować? O to, jakich badań w takiej nagłej sytuacji lekarz może wymagać, jakich powinien, a co jest już zbędne, zapytałam dr Stefana Bednarza, przewodniczącego Komisji Etyki Naczelnej Izby Lekarskiej.

Wywiad + badania = recepta

- Badanie lekarskie składa się z wywiadu i badania fizykalnego. Jeżeli wizyta kończy się przepisaniem środka, to badanie powinno być pełne. Jeśli pacjentka nie zostanie zbadana, tylko przeprowadzony zostanie wywiad, a coś się jej stanie, to faktycznie ma prawo oskarżyć lekarza, że nie była zbadana, a mimo to recepta została wystawiona. Dlatego i pacjenci, dbając o swoje zdrowie, i lekarze, o swoje kompetencje, powinni się zabezpieczyć, czyli przepisanie recepty powinno być zawsze poprzedzone badaniem - tłumaczy dr Bednarz.

- Jednak zakres badania, nawet w przypadku tabletki "po stosunku", każdorazowo określa lekarz i zapewne może ono być bardziej lub mniej szczegółowe np.: badanie ciśnienia, badanie palpacyjne brzucha, dokładny wywiad, czy pacjentka nie ma jakichś krwawień, może w zupełności wystarczyć - dodaje dr Bednarz.

USG piersi, zdaniem przewodniczącego Komisji Etyki NIL, byłoby już za bardzo specjalistyczne dla takiego leku.

- Jeżeli coś wynikałoby z wywiadu, to oczywiście, robimy dodatkowe badanie. Ale kwestia zakresu badań, jak już wcześniej powiedziałem, które lekarz potrzebuje do oceny stanu zdrowia pacjentki, jest pozostawiona jemu samemu. W kodeksie jest zapis, że lekarz ma swobodę wyboru w zakresie metod postępowania, które uzna za najskuteczniejsze. Jednak w tym samym kodeksie etyki jest też inny zapis - wyjaśnia Bednarz - lekarz powinien ograniczyć czynności medyczne do rzeczywiście potrzebnych choremu zgodnie z aktualnym stanem wiedzy.

Tak mówi kodeks, ale, zdaniem naszego specjalisty, działalność medyczna lekarza jest mocno zindywidualizowana pomimo standardów postępowania. W efekcie daje możliwość zlecanie takich badan, których ilość i czasochłonność, na przykład, uniemożliwia kobiecie zastosowanie na czas tabletki "po stosunku" .

Lekarz i jego sumienie

- Tabletka po stosunku często mylona jest, albo kojarzona z tabletką wczesnoporonną - twierdzi nasz rozmówca, ginekolog Zenon Kszyk.

Zasłanianie się własnym sumieniem jest kolejnym argumentem, którym lekarz może się posłużyć, odmawiając przepisania tabletki "72 h po". Ten argument jest już nie do zbicia.

- Ja nie przepisuję tabletek "po stosunku" - mówi ginekolog, który chce pozostać anonimowy. - Po pierwsze, tak jak już mówiłem, ze względu na dobro pacjentki, która z reguły zjawia się u mnie przypadkowo i nie wiem tak naprawdę nic o jej stanie zdrowia. Po drugie - dla katolika jest to tabletka wczesnoporonna. Ja jestem katolikiem - wyjaśnia.

Tabletka "po stosunku" zapobiega zagnieżdżeniu się ewentualnej zygoty (jeśli doszło do zapłodnienia) w macicy. Środowisko lekarskie składa się, jak całe nasze społeczeństwo, w większości z katolików. Kościół zaś już samo powstanie zygoty uznaje za początek życia - stąd tak częste uznawanie tabletki "72 h po" wczesnoporonną.

Jednak nie wszyscy lekarze - mimo, iż są wyznawcami religii katolickiej - mają problem z przepisaniem tego preparatu...

- Według mnie to kobieta powinna decydować o tym, czy zastosuje antykoncepcję awaryjną czy nie, a nie lekarz, społeczeństwo czy dana partia. To jest jej organizm i to, czy zażyje tę tabletkę powinno być tylko jej, ewentualnie jej partnera, decyzją. Nikt inny nie powinien się w to wtrącać - uważa Zenon Kszyk, ginekolog, który, jeśli stan zdrowia pacjentki na to pozwala, przepisuje antykoncepcję awaryjną, mimo, iż również uważa się za katolika.

Zastanawiające jest zatem to, na ile światopogląd lekarza może wpływać na decyzje podejmowane podczas wykonywania jego pracy. W celu rozstrzygnięcia tej kwestii o zdanie ponownie spytałam przewodniczącego Komisji Etyki Naczelnej Izby Lekarskiej.

- Światopogląd lekarza nie powinien wpływać na jego pracę, na podejmowane podczas jej wykonywania decyzje. Ktoś, kto wybiera ten zawód, powinien się liczyć z tym, że niejednokrotnie będzie musiał udzielić pomocy osobie z innymi przekonaniami. W sytuacji wypisania recepty na tabletkę "po stosunku" światopogląd nie powinien przeważać nad dobrem pacjentki.

Tak być powinno. Ale w katolickiej Polsce tak nie jest. Dlaczego? Zdaniem dr Bednarza problem leży, między innymi, w programie studiów medycznych, w którym mało miejsca poświęca się tak istotnym zagadnieniom etycznym.

Pacjent też ma swoje prawa

Co ma zatem zrobić pacjentka, której odmówiono przepisania recepty na tabletkę? W końcu niezażycie pigułki w porę może w znaczny sposób zaważyć na dalszym jej życiu. Takie sytuacje, jak pęknięta prezerwatywa, albo zupełny brak zabezpieczenia, zdarzają się i zdarzać będą. Jeśli jednak istnieje sposób, który umożliwia uniknięcia ewentualnych konsekwencji, to dlaczego lekarz ma stać na drodze do tego? Jeśli, oczywiście, nie widzi medycznych przeciwwskazań...

Okazuje się, że w takiej sytuacji pacjentka może jedynie poszukać pomocy u innego specjalisty. Zdaniem dr Bednarza, klauzula sumienia nie zwalnia lekarza od obowiązku wskazania innych specjalistów, u których można uzyskać pomoc.

- Lekarz może zastosować ustawę o zawodzie lekarza, która mówi, że ma on prawo odstąpić od leczenia pacjenta, odmówić mu, o ile nie zachodzi przypadek nagłego zagrożenia życia. Jednak ustawa ta mówi też, że wtedy lekarz powinien wskazać realne możliwości uzyskania tego świadczenia u innego lekarza lub w innym zakładzie opieki zdrowotnej - informuje przewodniczący Komisji Etyki Naczelnej Izby Lekarskiej.

- O tym samym mówi artykuł 7. kodeksu etyki lekarskiej. Jeśli lekarz odmawiając udzielenia pomocy nie wskazuje innego lekarza, to łamie ustawę. Jeżeli pracuje w poradni publicznej, nie jest w swoim gabinecie, dodatkowo powinien poinformować kierownika poradni, że coś takiego miało miejsce i odnotować fakt, że nie udzielił takiego świadczenia w dokumentacji lekarskiej, jednocześnie wskazując, że to świadczenie może być wykonane u innego specjalisty - dodaje ekspert.

Lekarz ma prawo wyboru, pacjentka ma prawo wybrać lekarza

Zastanawiało mnie, czy nasz anonimowy lekarz, który bez żadnych problemów odmawia przepisania preparatu "72 h po", bo tak dyktuje mu wiara, jego sumienie, może spać snem sprawiedliwych, wiedząc, że przez jego decyzję któraś z jego pacjentek będzie musiała stawić czoła niechcianej i nieakceptowanej przez siebie ciąży.

Na tak postawione pytanie ginekolog odpowiada, że moralnie czuje się zdecydowanie lepiej ze świadomością, że nie przyczynił się do aborcji...

Magdalena Tyrała

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje