Reklama

Reklama

Szanuj ojca swego...

Wszyscy wiedzieliśmy, że z tatą dzieje się coś niedobrego, ale nic nie zrobiliśmy. Baliśmy się plotek...

W  drodze z łazienki do pokoju minęłam tatę. Powiedziałam do niego "cześć"... Nie odpowiedział. Ścisnęło mi się serce. A więc znowu się zaczyna...

Reklama

Od czasu do czasu tata robił się mrukliwy i rozdrażniony - zupełnie bez powodu. Rzucał pod naszym adresem złośliwe uwagi, a kiedy mama wołała go na posiłki, potrafił powiedzieć:

- Mam truć się tym świństwem, które gotujesz? Niedoczekanie!

Wtedy ona zaczynała płakać, a on z kamienną twarzą wychodził. Najczęściej po prostu szedł do stodoły albo garażu.

"Jeżeli chce być obrażony na cały świat, jego problem", pomyślałam, próbując zapanować nad nerwami. "Ja mam swoje sprawy na głowie".

Musiałam jeszcze przed wyjściem do pracy zjeść śniadanie i się umalować. Od półrocza w ramach zastępstwa za nauczyciela biologii w naszej szkole pracował Dawid. Wpadł mi w oko. Pochodził z powiatowego miasta i choć dyrektorka zaproponowała mu, by został u nas na stałe, on tylko z uśmiechem podziękował. Potem powiedział mi na osobności, że zupełnie nie rozumie, jak ludzie mogą z własnej woli mieszkać na takiej zapadłej wsi.

- Już po tych dzieciakach, które nawet na pięć minut nie są w stanie się skupić, widać, że tu nie ma życia - kręcił głową. - Mózgi jeszcze przed urodzeniem mają zniszczone przez alkohol, przecież ich rodzice chleją non stop z braku perspektyw.

Dawid planował, że założy z bratem firmę handlującą karmą dla zwierząt. Bardzo dobrze go rozumiałam. Sama wolałabym przenieść się do miasta i zacząć żyć na własny rachunek... Ale ponieważ mój brat jest policjantem, z nim nie mam szans założyć biznesu.

- Cóż, rodziny się nie wybiera - zażartował Dawid, gdy mu o tym powiedziałam.

Od tamtej pory rozmawialiśmy częściej. Starałam się utrzymywać lekki ton, żeby go do siebie nie zniechęcić. Czułam, że zaczyna mi na nim zależeć. W okolicy nie było żadnych innych interesujących mężczyzn w odpowiednim dla mnie wieku... Okazało się, że właśnie ten niezobowiązujący ton podziałał. Tamtego popołudnia mieliśmy po koleżeńsku, ale tylko we dwójkę, wyskoczyć do kina w mieście.

Szykowałam się właśnie na spotkanie, kiedy usłyszałam, że w przedpokoju tata mówi do mamy:

- Co ona tu robi?

Najwyraźniej chodziło mu o mnie.

- Jak to "co ona tu robi"? - odpowiedziała mu pytaniem mama. - Mieszka przecież! To twoja córka!

- Ja jej tu nie zapraszałem!

Zamurowało mnie. Co miał na myśli? Nic z tego nie rozumiałam. Pamiętam, jak rano dogryzał mamie i narzekał na jej kuchnię. Wiem, że bardzo ją to bolało. Dla mnie też ojciec często bywał niegrzeczny. Przeżyłam jakoś, że nie odpowiadał na moje powitania, choć przecież nie zrobiłam nic, o co mógłby się gniewać. A teraz wymawiał mi, że mieszkam w rodzinnym domu?! "Zwariował?!", zastanawiałam się.

Przecież sumiennie opłacałam swoją część rachunków, dokładałam się do jedzenia i środków czystości, pomagałam w domu i gospodarstwie... Gdzie niby mam mieszkać, skoro pracuję w szkole w sąsiedniej wsi, a w okolicy brak kawalerek do wynajęcia? Mama poprosiła ojca, żeby przestał gadać bzdury. On natychmiast zaczął krzyczeć. Ich głosy oddalały się stopniowo. Widać tata znowu szedł do stodoły. To było ostatnio jego ulubione miejsce. Ciągle chował się tam przed nami.

"Mam tego dość", myślałam, dusząc w sobie łzy. "Dom wariatów... Gdybym tylko poznała kogoś, zakochała się tak na poważnie... Mogłabym wtedy nareszcie się  stąd wyprowadzić i zapomnieć o humorach taty! Tak jak Arek, który już dawno temu wyniósł się z domu". Otworzyłam szafę, żeby wybrać odpowiedni strój na randkę, ale wszystko leciało mi z rąk. Z przedpokoju dobiegł mnie płacz mamy. Wybiegłam do niej, żeby zobaczyć, co się znowu stało.

- Ja już tego dłużej nie wytrzymam! - szlochała. - Przecież jemu się całkiem w głowie pomieszało! Ciągle się czepia, wszystko mu przeszkadza. Bez przerwy ma jakieś pretensje. Tak się nie da żyć. Niedługo zamęczy nas na śmierć tym swoim gadaniem.

Westchnęłam ciężko. Tylko tego mi było teraz potrzeba... Zrozpaczonej mamy, kiedy zupełnie nie mam czasu jej pocieszać. Nie mogłam się przecież spóźnić.

- Nie przejmuj się tak bardzo ojcem - powiedziałam, żeby ją uspokoić, choć mną też nieźle trzęsło. - Wiesz, jaki on jest. Po prostu go nie słuchaj. Nie bierz tego do siebie, mamo.

- Mówię ci, że on zupełnie stracił rozum - szlochała. - Boję się go! Powinien się leczyć!

- Mamo, on po prostu bywa złośliwy - przekonywałam. - Fakt, że to z jego strony okropne, zwłaszcza kiedy się tak zachowuje wobec ciebie, swojej żony. Powiem Arkowi, żeby z nim pogadał. Ty po prostu go dzisiaj unikaj.

Zadzwoniłam do brata i choć od razu zaznaczył, że jest na komendzie i niespecjalnie może rozmawiać, poprosiłam go, żeby wpadł do nas i spróbował wpłynąć na tatę.

- Kiedy ty mieszkałeś w domu, nie był jeszcze taki - zauważyłam. - Teraz zupełnie przestał szanować mamę. Może mu przemówisz do rozumu?

Arek westchnął.

- Próbowałem. On ma coś nie tak z głową, mówię ci. Te dziwne humory, nieuzasadnione napady agresji... Szczerze? Moim zdaniem powinni go zamknąć w zakładzie psychiatrycznym.

Parsknęłam, ale gdzieś w głębi duszy odżyło we mnie uczucie lęku, które ogarnęło mnie, kiedy tata powiedział, że on mnie do domu nie zapraszał...

To było dziwne, można powiedzieć, że chore nawet... Tak, tacie naprawdę powoli odbijało, ale po co zaraz wysyłać go do szpitala? Tego tylko brakowało, by po całej gminie rozeszła się wieść, że nasz tata jest psychiczny! Jedno dziecko sąsiada rozgada drugiemu i następnego dnia na dużej przerwie już cały pokój nauczycielski będzie wiedział, że mój ojciec ma problemy z głową! Jeszcze Dawid coś usłyszy i pomyśli, że i ja mam genetycznie obciążony mózg. Jak te dzieci alkoholików, o których ostatnio opowiadał.

- Nie przesadzaj, brat. Zaraz tam szpital psychiatryczny. Nasz tato to nie wariat - powiedziałam Arkowi. - Po prostu ma trudny charakter i tyle.

- Od kiedy pracuję w policji, inaczej na wszystko patrzę - tłumaczył. - Są rzeczy, z którymi trzeba się rozprawić jak najszybciej. Udawanie, że problem nie istnieje, nieraz prowadzi do tragedii.

- Gdybyś chciał wsadzić do psychiatryka wszystkich mężczyzn, którzy są złośliwi w stosunku do swoich żon, to na świecie nie przetrwałoby żadne małżeństwo. Wystarczy, że trochę na niego wpłyniesz.

- Tobie się wydaje, że ja się w życiu nudzę? - burknął. - Pracuję, mam rodzinę, szkoda mi czasu na potyczki z ojcem.

Nie lubiłam, kiedy wykręcał się swoją rodziną. Zawsze czułam się wtedy jak dziecko. Jak ktoś niekompletny w świecie, w którym wszystkie moje rówieśnice dawno powychodziły za mąż. Mamie chyba odpowiadało moje staropanieństwo - gdybym i ja wyniosła się z domu, zostałaby z tatą i jego humorami całkiem sama. Nawet trochę rozumiałam jej samotność, bo przecież też byłam sama, ale nie zamierzałam z tego powodu rezygnować ze swojego szczęścia. Miałam prawo jakoś ułożyć sobie życie.

Wypad z Dawidem do kina był całkiem udany. Obiecałam sobie na tych kilka godzin zapomnieć o wszystkich problemach i po prostu cieszyć się chwilą.

- Warto by było kiedyś to powtórzyć - uśmiechnął się do mnie na pożegnanie. - Przynajmniej jest okazja spokojnie pogadać, a nie tylko narzekać na bezwład umysłowy tutejszej dzieciarni, jak codziennie w pokoju nauczycielskim.

Wróciłam do domu cała w skowronkach. Przed domem stał samochód Arka, co dodatkowo poprawiło mi humor. "No, na szczęście znalazł dla nas czas", pomyślałam z ulgą. Kiedy jednak weszłam na podwórko, usłyszałam od strony stodoły głośne krzyki.

- Wynoście się! - wrzeszczał tata. - Dobrze wiem, że chcecie mnie zabić!

Serce zaczęło mi walić jak młotem. Chcemy go zabić? O czym on mówi? I do kogo? Co ojciec sobie znowu ubzdurał? Zamiast do domu, poszłam w stronę stodoły. Byłam w połowie drogi, kiedy wybiegł z niej przerażony Arek.

- Uspokój się! - krzyczał, oglądając się za siebie w panice.

Wreszcie zauważył mnie i zbladł.

- Uciekaj do domu! - zawołał. - Ojciec dostał szału!

Ze stodoły wybiegł tata. Przez chwilę biegał bezładnie po podwórku, a potem podbiegł do pieńka do rąbania drew. Wyrwał z niego siekierę i uderzył nią w wieko stojącego obok ciężkiego metalowego kubła, do którego wrzucaliśmy zardzewiałe gwoździe i inne podobne żelastwo. Ten dźwięk był upiorny. Zmroził mi krew w żyłach. Potem wściekły ruszył w stronę Arka.

- Ha! Nigdy nie weźmiecie mnie żywego! - krzyknął.

Brat złapał mnie za ramiona i siłą wcisnął do domu. Mama stała w przedpokoju przy samych drzwiach i płakała. Obie rzuciłyśmy się do okna, żeby patrzeć na to, co działo się na zewnątrz. Arek z rękami uniesionymi w górę odsuwał się w stronę płotu.

- Wszystko w porządku, tato, nikt cię nie chce skrzywdzić - mówił powoli i spokojnie. - To ja, Arek. Majka o ciebie pytała. Pamiętasz swoją wnuczkę, prawda?

Ojciec stał na szeroko rozstawionych nogach, gotów do obrony, ale opuścił siekierę. Arek dalej mówił o swojej córce, o tym, że chciała przyjechać obejrzeć nasze króliki. Tata powoli się uspokajał. Potem nagle spojrzał na siekierę w swojej dłoni z jakimś zdziwieniem, jakby nie wiedział, skąd się tam wzięła. Podszedł do pieńka, i wbił ją w drewno.

- No to kiedy przyjedziecie z małą? - odezwał się w końcu zupełnie normalnie. - Już dawno u nas nie byliście.

Przez kilka minut rozmawiali o królikach, a potem tata wrócił do stodoły. Arek, przygarbiony jakby w pojedynkę rozładował wagon węgla, wszedł do domu.

- Trzeba zadzwonić po pogotowie - powiedział kategorycznie. - Jest niebezpieczny. Powinni go wziąć na badania i leczyć przymusowo. Zanim stanie się coś nieodwracalnego.

- Żeby potem cała wieś miała go na językach? - wyszeptałam. - Co drugi facet tutaj codziennie przesiaduje w barze, po pijaku naparzają się jak nienormalni i nikt nie dzwoni na policję, a wy chcecie tatę wysłać karetką do szpitala psychiatrycznego? Straciliście rozum?

- Tłumaczę ci, że ojciec nie był pijany! - syknął Arek. - Z nim jest po prostu coraz gorzej! Chcecie ryzykować życie?!

Mama spojrzała na mnie.

- Chyba może spać w stodole, z dala od nas... - powiedziała niepewnie.

Zagryzłam buntowniczo wargi, a Arek przewrócił oczami.

- A skąd wiesz, że w nocy nie przyleci z siekierą do domu?! Porąbie was obie we śnie, tego chcecie?

Mama znów się zawahała, ale ja nie chciałam widzieć niebezpieczeństwa.

- Może on się po prostu zdrzemnął w tej stodole i przyśniły mu się jakieś koszmary? - odezwałam się. - Wszedłeś, obudziłeś go nagle i sen pomieszał mu się z jawą.  Zresztą, sam widzisz, że przed chwilą rozmawiał z tobą normalnie.

Arek pokręcił głową, ale przestał się sprzeczać, bo zadzwoniła do niego żona.  Ich córeczka dostała gorączki i trzeba było kupić leki. Pojechał do domu.

W nocy nie mogłam spać. Zastanawiałam się, czy po tym, co się wydarzyło, ktokolwiek z naszej rodziny zazna dzisiaj spokojnego snu. Może jednak trzeba było wezwać pogotowie? "Jeśli to się powtórzy, nie będzie innego wyjścia", pomyślałam. "Ale może wszystko samo się uspokoi. Przynajmniej do czasu, aż Dawid wróci do miasta... Po wyjeździe raczej nie będzie utrzymywał kontaktów z nikim poza mną, a ja nie będę musiała mu wszystkiego opowiadać".

Rano dostałam SMS-a od Arka: "Jak tam? Daj znać, bo się denerwuję".

- Widziałaś dziś tatę? - spytałam zaraz mamę. - Arek o niego pyta.

- Nie... Ani widu, ani słychu - zagryzła wargi. Była zdenerwowana.

- To chyba dobrze... - pocieszałam się. - Zawsze tak się zachowuje. Najpierw wszystkich zirytuje, a potem nagle mu przechodzi. Pewnie siedzi teraz w stodole obrażony na cały świat.

- Na którą idziesz do pracy? - spytała mnie. - Zrobię nam jajecznicę na śniadanie, chcesz?

Nie miałam apetytu, ale wiedziałam, że przygotowywanie posiłków uspokaja mamę, więc po prostu przytaknęłam, kiwając głową.

- Może tata jest głodny? - pomyślałam na głos, kiedy skończyłyśmy. - Kiedy ostatnio jadł z nami w domu?

- Wczoraj jak zwykle zabrał z lodówki pęto suchej kiełbasy - odpowiedziała cicho. - Pójdę i sprawdzę, czy ma się czym przykryć w stodole. W nocy było chłodno.

- Wystarczy, że zagrzebie się w słomie - mruknęłam.

Mówiąc to, zastanawiałam się, co bym poradziła uczniowi albo uczennicy, gdyby opowiedzieli mi, że ich tata sypia w stodole. Na pewno zadzwoniłabym do opieki społecznej, bo przecież to nie jest całkiem normalne...

- Nie idź tam - poprosiłam. - Poczekajmy, aż humory mu przejdą.

Mimo wszystko mama wstała od stołu. Unikała mojego wzroku.

- Mam jakieś złe przeczucia - spojrzała na mnie krótko.

- Źle spałaś, więc jesteś rozdrażniona - stwierdziłam tak rzeczowym tonem, na jaki tylko było mnie stać. - Mówię ci, lepiej go zostawić w spokoju.

- Ale ja się boję - wbiła we mnie zrozpaczony wzrok. - Boję się, że on sobie coś zrobi.

- Co? - głos uwiązł mi w gardle. - Przecież... on się właśnie bał śmierci. Obawiał się, że chcemy go zabić. Czemu miałby sobie coś robić?

- A skąd mam wiedzieć? - głos jej się załamał. - Skąd mam wiedzieć, co mu chodzi po głowie?! Wszystko mu się pomieszało! Kto wie, na jaki szalony pomysł wpadnie tym razem?

- W takim razie pójdę z tobą - zdecydowałam, choć tak naprawdę chciałam być jak najdalej od stodoły i od taty.

- Nie, zostań. Po co ci to? Zajrzę przez szparę, żeby mnie nie widział...

Ale najpierw zaczęła jeszcze odkładać talerze do zlewu i starannie je myć. W normalnych okolicznościach zaproponowałabym, że zrobię to za nią. Teraz jednak cieszyłam się, że ma zajęcie i odwleka moment wyjścia.

W końcu jednak poszła. Obserwowałam ją przez kuchenne okno. Skradała się wzdłuż ściany stodoły, ale kiedy już skręciła za róg, zniknęła mi z oczu. Wtedy nagle dobiegł mnie odgłos parkującego przed domem samochodu. Rozpoznałam silnik auta Arka. Poszłam do drzwi na podwórko. Brat wysiadł i kiwnął mi na powitanie. Miał na sobie mundur, był w drodze do pracy. Uświadomiłam sobie, że nie odpowiedziałam na jego SMS-a. Pewnie się zmartwił i postanowił do nas zajrzeć.

Wchodził na podwórko, ale czujnie patrzył na wrota do stodoły. Wtedy rozległ się stamtąd krzyk taty:

- Nie dam się wziąć żywcem! Wiedziałem, że przyjdziecie, ale nie myślcie sobie, że pójdzie wam ze mną łatwo! Co to, to nie!

Zobaczyłam, że mama biegnie w stronę domu. Nagle pośliznęła się i upadła na kolana. Oboje z Arkiem rzuciliśmy się ku niej, żeby pomóc jej wstać, ale byliśmy zbyt daleko.

- Wracajcie do swoich! - krzyczał tata jak opętany. - Wynoście się! Diabły!

Nagle porwał z ziemi metalowy kubeł. Nie chciało mi się wierzyć, że mu się to udało - ten złom zawsze wydawał mi się wrośnięty w ziemię! Tata uniósł kubeł nad głowę i zamierzył się nim na mamę...

Wtedy rozległ się huk. Tata się wyprostował, a potem jego prawe ramię ogarnął nagły bezwład. Osunął się na ziemię, ciężko upadł na plecy. Kubeł spadł na jego głowę...

Krzyczałam ja, krzyczała mama i krzyczał Arek. Arek, w którego ręce tkwił służbowy pistolet...

- Pogotowie! - wołałam. - Niech ktoś wezwie pogotowie!

W pobliżu nie było nikogo, kto mógłby zadzwonić po karetkę. Jak w transie pobiegłam do domu, żeby skorzystać z telefonu stacjonarnego. Pomimo płaczu jakoś udało mi się podać adres.

Z podwórza dobiegał mnie rozpaczliwy szloch mamy. Trzymając się ściany, na drżących nogach podeszłam do drzwi i wyjrzałam na zewnątrz. Bezwładne ciało taty wciąż leżało w takiej samej pozycji, kompletnie nieruchome. Kubeł został odsunięty na bok, ale głowy taty nie widziałam, bo pochylała się nad nią mama. Arek klęczał obok, zasłaniając sobie twarz dłońmi.

- Trafiłem w rękę! Tylko w rękę! - krzyczał tonem usprawiedliwienia. - Chciałem tylko, żeby upuścił to żelastwo!

Mój brat był zrozpaczony i zdesperowany. Zobaczyłam, że unosi pistolet do skroni...

- Nieee! - krzyknęłam tak głośno, że musiał to usłyszeć nawet poprzez swoją rozpacz.

Spojrzał na mnie. Paraliż nagle opuścił moje ciało i w ciągu kilku sekund znalazłam się przy Arku. Wyrwałam mu pistolet i odrzuciłam daleko od nas. Przynajmniej tym razem zapobiegłam nieszczęściu.

Tata trafił do szpitala, lekarze z trudem uratowali mu życie. Nie wrócił już do domu. Leczy się psychiatrycznie w zakładzie zamkniętym.

Dawid wyjechał do miasta, a ja nie utrzymuję z nim kontaktu. Wstydzę się plotek, które mógł usłyszeć o mojej rodzinie...

Ewelina W., 31 lat


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje