Reklama

Reklama

Szczęśliwi są wśród nas

Każdy może być szczęśliwy, to kwestia decyzji - przekonuje Urszula Dudziak. Kiedy przeczytała "Sekret" Rhondy Byrne, miała wrażenie, że to książka o niej. Zawsze czuła, że pozytywne myślenie przyciąga dobre zdarzenia, a negatywne - złe, tylko nie umiała z tego świadomie korzystać. Zamartwiała się o bliskich: córka długo nie dzwoni - pewnie spotkało ją jakieś nieszczęście; ktoś leciał samolotem - katastrofa murowana. Odkąd odrzuca czarne myśli i skupia się na tym, czego pragnie, wciąż przytrafiają jej się dobre rzeczy, jakby miała czarodziejską różdżkę.

Reklama

Rok temu namówiona przez koleżanki pojechała w góry do Szwajcarii. W wieku 64 lat zaczęła jeździć na nartach. - Dopiero zaczynałam się uczyć, pokracznie mi to wychodziło, a tu telefon z Polski, dzwonią z radia i mówią: "Pani Urszulo, gratulujemy!". W pierwszej chwili przeraziłam się, bo pomyślałam, że mają jakiegoś szpiega. A oni, że nie chodzi o narty, tylko o "Papaya Dance". O co? Nie mogłam zrozumieć. "Niech Pani zajrzy na YouTube, cały świat oszalał na punkcie Pani piosenki". To było niesamowite, po ponad trzydziestu latach "Papaya Dance" stała się przebojem.

Polska Amelia nazywa się L.U.C

Dobre energie nie znają granic i przyciągają się bez względu na różnice wieku - tym można tłumaczyć wpływ, jaki artystka ma na młodych ludzi. "Jeśli zamarzysz, zaśpiewa ci nawet pani Ula Dudziak" - napisał Łukasz Rostkowski (pseudonim L.U.C) muzyk, poeta, kompozytor i performer, autor multimedialnego wydawnictwa: książki, płyty i filmu pod wspólnym tytułem "Planet LUC". Opatrzył je dedykacją: "By każdy Polak miał swoje Witu. Krainę mitu, gdzie nic nie jest do kitu". - Początkowo miało być o filozofii trzeciego palca w lewej nodze, czyli o radowaniu się drobnostkami, ale potem cała historia rozrosła się w traktat filozoficzny ogarniający całe moje życie - opowiada 27-letni artysta z Wrocławia.

O takich jak on mówi się: oryginał. Przyciąga uwagę, intryguje. - Wszędzie, gdzie się pojawi, razem z nim pojawia się coś dobrego - opowiada Leszek Możdżer. - L.U.C jest kimś wyjątkowym - zapewnia. - Jest duszą towarzystwa, lubi zaskakiwać i zabawiać innych. I nie jest to żadne pajacowanie, raczej naturalna potrzeba sprawiania radości.

L.U.C ma też sporo dystansu do siebie. "Śmieję się, dygocząc swoim chudym ciałkiem. Ważę 71 kilo, z tego 70 to myśli i psychozy, a 0,2 kg to kamienie w nerkach. Jem orzeszki, strofuję ludzi, którzy czynią złe uczynki" - przedstawia się w swojej książce.

Na spotkanie wbiega spóźniony i natychmiast skupia na sobie uwagę otoczenia. Wysoki, szczupły, w charakterystycznych wielkich okularach. ("Nie widzę na jedno oko. Problemy z czytaniem rekompensuję sobie bujną wyobraźnią"). Ruchliwy ("Mam ADHD, ale długo o tym nie wiedziałem"). Ubrany w bluzę z wizerunkiem małego powstańca warszawskiego na... deskorolce. Przekonuje, że w głębi serca pozostał "dzieckiem totalnym". Śmieje się, że jest "polską Amelią". Chciałby uszczęśliwiać ludzi. - Zachęcam ich, by mieli odwagę burzyć nawyki i rutynę, uciekać od schematów. W tym jest sens i wielka wartość.

Król jest nagi!

Robert Górski z Kabaretu Moralnego Niepokoju przyznaje, że najbardziej chce mu się żartować wtedy, kiedy wszyscy są smutni. Na przykład na pogrzebach. Albo podczas różnych drętwych oficjałek, gdzie nad wszystkimi unosi się balon napuszenia. Ma ochotę go przebić i parsknąć śmiechem. - Po kabaretowych występach spotykamy się często z burmistrzami i miejskimi urzędnikami - wspomina. - Ludzie na stanowiskach tracą często poczucie humoru. Władza ich tak usztywnia. Wtedy zawsze mam coś na końcu języka, ale koledzy odciągają mnie na bok. A czyż żart nie przywraca światu równowagi?

Robert Górski ma naturę dziecka, które potrafi krzyknąć: "Król jest nagi!". Od piętnastu lat wraz z przyjaciółmi tworzy skecze, z których śmieje się cała Polska. - W ten sposób konserwujemy naszą młodość - wyjaśnia. - Prawda jest taka, że nadal lubimy się bawić. A kabaret to dobre alibi.

- Robert pod błazeńską czapeczką chowa naturę wrażliwca - opowiada Katarzyna Pakosińska, koleżanka z Kabaretu Moralnego Niepokoju. - Przyciąga do siebie ludzi z poczuciem humoru. Na pierwszym roku studiów marzyłam, by się znaleźć w jego grupie, ale byłam bardzo nieśmiała. Aż kiedyś podszedł do mnie w bibliotece i zapytał, czy zagram z nimi w skeczu. To był najszczęśliwszy dzień w moim życiu.

Niczego nie udaje

Dominika Kluźniak, aktorka Teatru Dramatycznego w Warszawie, przypomina bohaterkę filmu Mike´a Leigh "Happy-Go-Lucky". Filmowa Poppy jest zwariowaną 30-latką. Nosi kolorowe, dziwaczne stroje. Jest spontaniczna jak dziecko, często wybucha śmiechem. Na pierwszy rzut oka wydaje się niepoważna, ale to tylko pozory. Tak naprawdę imponuje pogodą ducha i tym, że nie boi się być sobą. - Ze mną jest podobnie - zapewnia aktorka. - W życiu prywatnym nie umiem udawać kogoś, kim nie jestem. Wcale nie ukrywam, że bywam dziecinna. Trudno by mi to było robić przy moim wyglądzie. Mam 28 lat, a wszyscy myślą, że 18.

Jeszcze młodsza wydawała się w roli Pippi Pończoszanki w przedstawieniu Agnieszki Glińskiej w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Dzieci z widowni sądziły, że jest ich rówieśniczką. Mówiły swoim mamom: "Zobacz, ta dziewczynka wygrała casting i teraz gra w teatrze, ja też tak chcę". Za swoją kreację Kluźniak dostała prestiżową nagrodę Feliksa. - Lubię ją obserwować - mówi koleżanka z teatru Agata Kulesza. - Dominika jest zjawiskowa na scenie. A prywatnie niebywale przyjazna i otwarta. Niczego nie udaje. Dzięki temu wyzwala w ludziach pozytywne emocje. A oni chcą jej odpłacić tym samym.

Budzę się i skaczę

Przy Urszuli Dudziak świat staje się kolorowy i swobodny jak jazzowa improwizacja. Co chwilę ktoś do niej podchodzi, pozdrawia ją serdecznie. A ona z uśmiechem odpowiada, żartuje, zagaduje. - Ilu mam przyjaciół? - zastanawia się. - Trudno zliczyć. Na święta dostałam kilkaset SMS-ów z życzeniami.

- W Uli lubię temperament, entuzjazm, "figle w oczach" - opowiada jej wieloletnia znajoma, fotografka Hanna Prus. - Czas działa na jej korzyść. Nauczyła mnie nie przejmować się wiekiem. Może być przykładem dla kobiet, które zamartwiają się zmarszczkami i myślą o operacjach plastycznych. Patrząc na nią, wiem, że nie wygląd jest najważniejszy, ale to, jaką się ma energię.

Podczas sesji zdjęciowej do "Pani" Urszulę Dudziak poproszono, by skakała z radości.

- Byłam w swoim żywiole. Przecież tak zaczynam każdy dzień, mam w domu batut, budzę się i skaczę - opowiada. Poranki są dla niej bardzo ważne. Chodzi wcześnie spać, wstaje o świcie. Codziennie rano pobudza energię, uprawiając tradycyjne chińskie ćwiczenia Qigong. Potem gotuje śniadanie, makrobiotyczne. Do tej diety namówiła ją starsza córka Kasia, specjalistka w tej dziedzinie.

- Lubię te poranne rytuały, dobrze nastrajają mnie do życia. Wyglądam za okno, tam zawieja, a ja się cieszę, bo dla mnie nie ma brzydkiej pogody.

Powody do radości

Czy miłości do życia i optymizmu można się nauczyć? Urszula Dudziak przekonuje, że tak. - Wszystko może być powodem do radości, muzyka w radiu, spacer z psem, piękny widok - wylicza.

Dominika Kluźniak posuwa się jeszcze dalej.

- Nic nie musi się dziać, żebym się cieszyła - mówi, kiedy spotykamy się po wieczornym spektaklu. Zdążyła się już przebrać i oto jesteśmy w jej garderobie przed starymi, zmatowiałymi lustrami, w których przeglądały się całe pokolenia aktorek. Dominika siedzi w kucki na krześle i gryzie jabłko. Zwykle po przedstawieniu wraca od razu do domu. Jedzie samochodem i śpiewa na cały głos. Czasem inni kierowcy uśmiechają się do niej. Widzą, że jest szczęśliwa. Śpieszy się do dwuipółletniej córeczki Julki i swojego partnera, też aktora, Bartosza Głogowskiego. Cieszy ją zarówno zwykłe siedzenie w domu, jak i wyjście z córką na sanki. Albo kiedy Bartek coś ugotuje.

Urszula Dudziak uważa, że szczęście człowiek osiąga wtedy, kiedy nie koncentruje się na tym, czego mu brakuje.

- Ważne jest to, co dzieje się tu i teraz - przekonuje. - Czasem myślę: "Mam wszystko, fantastyczne dzieci, wspaniałych przyjaciół, fajne psy. Mieszkam w Warszawie i w Nowym Jorku, w szufladzie leżą dwa paszporty, nie mam problemów finansowych. Boże, jaka jestem happy!".

Niedawno starsza córka Kasia zapytała ją: "Mamo, co robić, żeby mieć taki "bliss"? (ang. zachwyt). Urszula Dudziak odpowiedziała: "Kochaj szczęśliwych, współczuj tym, którym się źle powodzi, i zdecydowanie unikaj złych".

Gotowi na inność

Robert Górski jest szczęśliwy, gdy może pójść z czteroletnim synem Antosiem do kina. Ostatnio byli na filmie o psie Piorunie.

- Podkładam tam głos pod zezowatego gołębia numer trzy. Mój bohater jest trochę głupkowaty, boję się, że oni mnie specjalnie pod tym kątem dobrali - śmieje się "Góral" (tak go nazywają koledzy). Sam pisze bajki dla dzieci i przymierza się do scenariuszy filmowych. Oczywiście, komediowych. Swoją naturę żartownisia odkrył w drugiej klasie szkoły podstawowej, po tym jak dostał dwóję z plastyki. Trzeba było zrobić laurkę dla babci. Wszyscy rysowali kwiatki lub słoneczka, a on zespół Boney M. I napisał wierszyk.

Materiał do programów czerpie z obserwacji. Na przykład zauważył, że w przedszkolu, do którego odprowadza syna, wszystkie dzieci są do siebie podobne. Różnice pojawiają się później i w pewnym momencie prawnicy wyglądają jak prawnicy, a bankowcy jak bankowcy. - Cieszę się, że znalazłem się w szufladce z napisem "satyrycy", bo w niej jest dużo weselej.

Swoją inność Robert Górski odczuwa czasem boleśnie, na przykład gdy ma coś załatwić w jakimś banku czy biurze. - Mózg mi się wyłącza, przestaję widzieć i słyszeć. Najgorzej, gdy ktoś wyciąga jakieś papiery i próbuje mi coś tłumaczyć, a ja i tak nic nie rozumiem. Na szczęście mam swój kabaret - uśmiecha się. - W grupie łatwiej przeżyć.

Odmieńcy

Dla swojej medyczno-prawniczej rodziny z ambicjami L.U.C był odmieńcem. Bliscy popychali go do zdobycia poważnego zawodu. "Interesuje się historią, powinien pójść na prawo" - zadecydowano. Został magistrem, ale nie marzy o karierze w kancelarii i wyścigu szczurów. Pierwszą płytę nagrał z pomocą Andrzeja Smolika i Leszka Możdżera. - Dali mi mnóstwo dobrej energii. "Planetą LUC" chciałbym spłacić ten dług w myśl idei "podaj dalej". Poprzez muzykę, słowo, obraz przekazuję swój sposób patrzenia na świat w nadziei, że to komuś pomoże.

- Nie umiałam nawiązywać kontaktów z rówieśnikami. Byłam odmieńcem, introwertyczką - wyznaje Dominika Kluźniak. - Do tego stopnia, że jak zdałam do szkoły teatralnej, tata nie mógł uwierzyć. "Przecież ten zawód wymaga ekspresji!". Za to mama była pewna, że mi się uda i bardzo mnie wspierała.

Jako dziewczynka dużo czytała i pisała powieści do szuflady. Uważa, że to był rodzaj ucieczki, bo w jej dzieciństwie nie wszystko wyglądało różowo. Często brakowało pieniędzy. Żeby nie wydawać na bilety tramwajowe, do szkoły chodziła na piechotę. Po drodze wszystkie smutne wydarzenia przerabiała w myślach na historie z happy endem. Lubiła marzyć. - To niebywałe, ale większość z tych marzeń mi się spełniła - zauważa po latach.

Punkt odniesienia

Dominika Kluźniak i Bartek Głogowski grali w filmach o miłości. Ona w "Tylko mnie kochaj", on w "Warto kochać". Ale w roli kochanków na ekranie spotkali się tylko raz w "Co słonko widziało".

- Mieliśmy zagrać scenę miłosną - wspomina Kluźniak. - Byliśmy nago i czułam się bardzo zestresowana. Nie wiem, jak bym to przeżyła, gdyby nie Bartek. Pomógł mi przełamać wstyd.

Nie ona jedna miała takie problemy.

- Kabaret Moralnego Niepokoju wymyśliłem, żeby zwalczyć nieśmiałość - zdradza Robert Górski. - Na scenie można się schować za postacią i mówić to, czego normalnie by się nie powiedziało. Na tym polega atrakcyjność tego zawodu, dzięki niemu stałem się bardziej otwarty. Nabrałem dystansu do siebie, potrafię stanąć przed widownią i powiedzieć, że mam krzywy nos, że łysieję i śmiać się z tego. Teraz noszę aparat na zębach. Niedawno za kulisami jadłem tort, bo koledze urodziło się dziecko. Wychodzę na scenę, coś mówię i nagle z ust wylatuje mi kawałek ciasta. Nie udawałem, że to się nie stało, tylko obróciłem wszystko w żart.

Urszula Dudziak też nie zawsze była odważna. Wyznaje, że uwierzyć w siebie pomógł jej kompozytor Krzysztof Komeda. - To on mnie odkrył i zaprosił, żebym śpiewała w klubie Hybrydy. Wierzył we mnie i ta jego wiara była dla mnie bardzo ważna.

Drugą osobą, która pomogła jej pokonać zahamowania, był były mąż Michał Urbaniak, który "zawsze czuł się bardzo pewnie". Jednak największą próbę przeszła w trwającym cztery lata związku z Jerzym Kosińskim, pisarzem, autorem "Malowanego ptaka".

- On był niesamowicie błyskotliwy i dowcipny. Przy nim wpadałam w kompleksy i dla kurażu przed każdą randką musiałam się napić. Miałam też inną wadę: rzucałam słowa na wiatr. Denerwowało mnie to. Postanowiłam walczyć ze słabościami.

W Nowym Jorku znalazła kurs "za całe 3 tysiące dolarów". Po dwóch weekendach prania mózgu poczuła się uleczona. Odtąd jak powie: "I promiss" (ang. obiecuję), musi zrobić to, co przyrzekła. Potrafi też obiecać coś samej sobie, na przykład, że nie wypije przez rok ani łyka alkoholu czy kawy albo że nie będzie palić. Warunek jest taki, że obietnice muszą mieć konkretny termin.

Bardzo przeżyła samobójczą śmierć Kosińskiego, o którym mówi: "moja największa miłość". Były też inne traumy, rozwód z Michałem Urbaniakiem, ciężka choroba.

- Bolesne wydarzenia są wpisane w pejzaż życia - tłumaczy. - Nikogo nie omijają, ale to właśnie one uczą zwalczać lęk, smutek i zwątpienie. Są punktem odniesienia dla radości.

Lubi dzielić tę radość z innymi, z publicznością, przyjaciółmi, a przede wszystkim z rodziną, która jest dość nietypowa i rozrośnięta. Bliskie więzi łączą ją nawet z dwoma byłymi mężami. Dorosłe córki, Kasia i Mika, mogłyby żyć w Nowym Jorku, ale wolą być blisko mamy. Wygląda na to, że świat się kręci wokół szczęśliwych ludzi. To oni wprawiają go w ruch.

To, co w życiu ważne

Najwspanialszy moment w życiu? - zastanawia się Dominika Kluźniak. - Jak po trzynastu godzinach porodu bez znieczulenia ujrzałam swoją córeczkę. I zobaczyłam, że ona naprawdę jest moja, taka ruda. Tej pierwszej nocy byłyśmy same, księżyc do nas zaglądał przez okno. Byłam totalnie zmęczona, ale to najpiękniejsza noc w moim życiu. Tego się nie da opisać.

Jako studentka od razu zaczęła odnosić sukcesy. Na początku czuła się winna, że tak dobrze jej się wiedzie. Myślała o tych, którzy mają mniej szczęścia. Wspomina, że jak skończyła studia i dostała angaż do teatru, rodzice zaprosili ją na kolację i powiedzieli, że są z niej dumni. - Tata stwierdził: "Ty chyba przy urodzeniu wylosowałaś szczęśliwy numerek".

- A ja myślę, że to nie tak - oponuje Dominika. - Po prostu cały czas dokonuję właściwych wyborów. A jak łapię się na tym, że coś mnie gnębi, to mówię do siebie: "Chwileczkę. Mam rodzinę, kochamy się, wszyscy jesteśmy zdrowi. W czym problem?".

Niedawno znowu musiała podjąć ważną życiową decyzję. Starają się właśnie z Bartkiem o kredyt mieszkaniowy. Zdecydowali, że kupią małe mieszkanie, 45 m kw. - Są ludzie, którzy biorą milionowe kredyty, a potem żyją z miesiąca na miesiąc w strachu, pracując ponad siły. To nie dla mnie - mówi Dominika Kluźniak. - Wolę mieć mniej, ale za to wolną głowę i czas dla rodziny.

L.U.C przyznaje, że wielokrotnie myślał o tym, żeby uciec z Polski. - Jestem perfekcjonistą - zaznacza. - Dobija mnie krzywy krawężnik, tynk odpadający ze ścian, peerelowski beton... Ale czuję się też patriotą, kocham ten kraj i jego historię. Dlatego zostałem.

Szybko jednak przekonał się, że Polska to nie Ameryka i nie wystarczy mocno wierzyć w to, co się robi. Chcąc wyprodukować swój nowy album, zdany był wyłącznie na siebie. Wszędzie spotykał się z odmową. - Pomyślałem: "Trudno, nie mam wsparcia, ale i tak to zrobię, dam radę". Wielu młodych ludzi ma talent i pomysły, ale brakuje im siły przebicia - mówi L.U.C. - Ja mam siłę. Album wydałem własnym kosztem, teraz jestem "pracusiem na minusie", ale dałem przykład, że można zrobić rzecz niekomercyjną, nienastawioną na zysk. Ten projekt jest ideą, w którą wierzę.

Urszula Dudziak pamięta tylko dobre rzeczy ze swego życia, o złych zapomina. Dlatego pisze pamiętniki, bo wie, że po czasie ma tendencję do przekręcania faktów. Dziś te wspomnienia nabierają nowego znaczenia, bo Kasia, córka Urszuli Dudziak, pracuje z mamą nad jej biografią. - To niesamowite, ale przywołując przeszłość, nie mam żadnej autocenzury. Na przykład powiedziałam córce, że był czas, kiedy kochałam dwóch mężczyzn jednocześnie. A ona na to: "A wiesz, ja coś czułam". A po chwili: "Chyba nie zamierzasz opowiadać o tym w naszej książce?". I próbuje mnie przekonać, by usunąć te fragmenty. A niby dlaczego?

Dudziak daje ludziom kredyt zaufania, a jak ją zawiodą, to jeszcze jedną szansę. Bo a nuż się zmienili? Może coś zrozumieli? Sama chętnie pomaga innym i często słyszy: "Ty tak wszystkich wspierasz, nie boisz się, że ktoś cię wykorzysta?". - Nie rozumiem takich obaw - odpowiada. - A jeśli nawet tak się stanie, to znaczy, że następnej osobie mam już nie pomagać? Przecież ja tym sprawiam sobie przyjemność. Trochę tak jak wyjściem na scenę. Gdy widzę, jak publiczność reaguje, jak patrzy na mnie błyszczącymi oczami, to jest jak narkotyk.

Urszula Dudziak czuje potem, że ta dobra energia do niej wraca. Jest zadowolona z życia, spełniona jako artystka. Z uśmiechem wspomina, że starszy o cztery lata brat Leszek nie przestawał się o nią troszczyć. - Jak skończyłam czterdzieści lat, mówił: "Wiesz co, Ula, powinnaś zdobyć jakiś dobry zawód, czegoś się nauczyć, bo śpiewanie to nic pewnego. Przyjdą młodzi, wygryzą cię". Obchodziłam 50. urodziny, a on swoje: "Martwię się o ciebie, pół wieku ci stuknęło, ostatni gwizdek, żeby się czymś poważnym zająć. Rany boskie! Uluś, jeszcze możesz się załapać". Jak skończyłam 60 lat, to powiedział coś, co było do niego absolutnie niepodobne: "Uluś, ja się na tobie w ogóle nie znam".

Magda Rozmarynowska

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: kabaret | bartek | szkoły | Radość | świat | córka | Górski | szczęśliwi | robert | Urszula | Dudziak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje