Reklama

Reklama

Szczęśliwi są wśród nas

Odmieńcy

Reklama

Dla swojej medyczno-prawniczej rodziny z ambicjami L.U.C był odmieńcem. Bliscy popychali go do zdobycia poważnego zawodu. "Interesuje się historią, powinien pójść na prawo" - zadecydowano. Został magistrem, ale nie marzy o karierze w kancelarii i wyścigu szczurów. Pierwszą płytę nagrał z pomocą Andrzeja Smolika i Leszka Możdżera. - Dali mi mnóstwo dobrej energii. "Planetą LUC" chciałbym spłacić ten dług w myśl idei "podaj dalej". Poprzez muzykę, słowo, obraz przekazuję swój sposób patrzenia na świat w nadziei, że to komuś pomoże.

- Nie umiałam nawiązywać kontaktów z rówieśnikami. Byłam odmieńcem, introwertyczką - wyznaje Dominika Kluźniak. - Do tego stopnia, że jak zdałam do szkoły teatralnej, tata nie mógł uwierzyć. "Przecież ten zawód wymaga ekspresji!". Za to mama była pewna, że mi się uda i bardzo mnie wspierała.

Jako dziewczynka dużo czytała i pisała powieści do szuflady. Uważa, że to był rodzaj ucieczki, bo w jej dzieciństwie nie wszystko wyglądało różowo. Często brakowało pieniędzy. Żeby nie wydawać na bilety tramwajowe, do szkoły chodziła na piechotę. Po drodze wszystkie smutne wydarzenia przerabiała w myślach na historie z happy endem. Lubiła marzyć. - To niebywałe, ale większość z tych marzeń mi się spełniła - zauważa po latach.

Punkt odniesienia

Dominika Kluźniak i Bartek Głogowski grali w filmach o miłości. Ona w "Tylko mnie kochaj", on w "Warto kochać". Ale w roli kochanków na ekranie spotkali się tylko raz w "Co słonko widziało".

- Mieliśmy zagrać scenę miłosną - wspomina Kluźniak. - Byliśmy nago i czułam się bardzo zestresowana. Nie wiem, jak bym to przeżyła, gdyby nie Bartek. Pomógł mi przełamać wstyd.

Nie ona jedna miała takie problemy.

- Kabaret Moralnego Niepokoju wymyśliłem, żeby zwalczyć nieśmiałość - zdradza Robert Górski. - Na scenie można się schować za postacią i mówić to, czego normalnie by się nie powiedziało. Na tym polega atrakcyjność tego zawodu, dzięki niemu stałem się bardziej otwarty. Nabrałem dystansu do siebie, potrafię stanąć przed widownią i powiedzieć, że mam krzywy nos, że łysieję i śmiać się z tego. Teraz noszę aparat na zębach. Niedawno za kulisami jadłem tort, bo koledze urodziło się dziecko. Wychodzę na scenę, coś mówię i nagle z ust wylatuje mi kawałek ciasta. Nie udawałem, że to się nie stało, tylko obróciłem wszystko w żart.

Urszula Dudziak też nie zawsze była odważna. Wyznaje, że uwierzyć w siebie pomógł jej kompozytor Krzysztof Komeda. - To on mnie odkrył i zaprosił, żebym śpiewała w klubie Hybrydy. Wierzył we mnie i ta jego wiara była dla mnie bardzo ważna.

Drugą osobą, która pomogła jej pokonać zahamowania, był były mąż Michał Urbaniak, który "zawsze czuł się bardzo pewnie". Jednak największą próbę przeszła w trwającym cztery lata związku z Jerzym Kosińskim, pisarzem, autorem "Malowanego ptaka".

- On był niesamowicie błyskotliwy i dowcipny. Przy nim wpadałam w kompleksy i dla kurażu przed każdą randką musiałam się napić. Miałam też inną wadę: rzucałam słowa na wiatr. Denerwowało mnie to. Postanowiłam walczyć ze słabościami.

W Nowym Jorku znalazła kurs "za całe 3 tysiące dolarów". Po dwóch weekendach prania mózgu poczuła się uleczona. Odtąd jak powie: "I promiss" (ang. obiecuję), musi zrobić to, co przyrzekła. Potrafi też obiecać coś samej sobie, na przykład, że nie wypije przez rok ani łyka alkoholu czy kawy albo że nie będzie palić. Warunek jest taki, że obietnice muszą mieć konkretny termin.

Bardzo przeżyła samobójczą śmierć Kosińskiego, o którym mówi: "moja największa miłość". Były też inne traumy, rozwód z Michałem Urbaniakiem, ciężka choroba.

Dowiedz się więcej na temat: kabaret | bartek | szkoły | Radość | świat | córka | Górski | szczęśliwi | robert | Urszula | Dudziak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje