Trzy kobiety w domu pełnym cieni

Niby wiedziałam, na co się decyduję poślubiając wdowca, ale nie myślałam, że będzie aż tak trudno.  

Byłam pewna, że gdy tylko otworzę drzwi, natychmiast napotkam na swojej drodze teściową i jej złe spojrzenie. Stanie przede mną i zmierzy oskarżycielskim wzrokiem, w którym kryje się cała niechęć. Osądziła mnie i wydała wyrok już na samym początku, trzy lata temu, a teraz tryumfowała. Mogła udowodnić, że miała co do mnie rację. Czekała tylko na powrót swojego syna, a mojego męża.

Reklama

Marek przylatywał dziś w południe. Pierwszym lotem, na który zdołał się dostać zaraz po tym, jak roztrzęsiona, urywanymi zdaniami opowiedziałam mu, co się wydarzyło. Po tym, jak jego matka wyrwała mi słuchawkę i patrząc na mnie z nienawiścią, opowiedziała mu własną wersję wydarzeń.

- Musisz natychmiast przyjechać, synu. Ona chciała zabić twoją córkę! - krzyczała. - Ania jest nieprzytomna, ale lekarze mówią, że z tego wyjdzie.

Wiedziałam, że ta kobieta znienawidziła mnie od pierwszego spotkania, gdy odwiedziłam dom Marka, aby poznać jego rodzinę. Matkę, która po śmierci pierwszej żony zajmowała się gospodarstwem, i Anię, jego nastoletnią córkę. Przyszła teściowa obrzuciła mnie wtedy protekcjonalnym, pełnym wyższości spojrzeniem zimnych oczu zimnych oczu.

- Miło mi panią poznać - skrzywiła się ironicznie. - Gdy Marek wspomniał, że panią przyprowadzi, zupełnie nie zdawałam sobie sprawy... - urwała, unosząc w zdziwieniu brwi.

- Z czego? - uśmiechnęłam się uprzejmie, nie przeczuwając niczego złego.

- Że jest pani taka młoda! - roześmiała się fałszywie. - Wygląda pani jak koleżanka mojej wnuczki, a nie jak ewentualna towarzyszka życia jej ojca.

- Mamo - Marek pokręcił głową. - To nie było zbyt uprzejme.

- Ale prawdziwe - ucięła sucho i przez całe popołudnie prawie się nie odzywała.

Ania wzięła przykład z babci. Dziewczyna odpowiadała tylko na moje pytania - przeważnie jednym słowem - albo uparcie milczała. Gdyby nie Marek, który dwoił się i troił, żeby utrzymać dobrą atmosferę, uciekłabym z tego domu, nawet nie kończąc obiadu.

Tę małą jeszcze rozumiałam. Wiedziała, że jestem sympatią ojca, więc w pewnym sensie stanowiłam dla niej zagrożenie. Ale dlaczego starsza kobieta od pierwszej chwili uznała mnie za wroga? Przecież mnie nie znała...

Marka spotkałam kilka miesięcy wcześniej. Prowadził szkolenie w naszej firmie. Od razu spodobał mi się ten przystojny, pełen pogody ducha i humoru mężczyzna. Był ode mnie starszy o kilkanaście lat, ale nie przeszkadzało mi to. Kiedy w przerwie na lunch przysiadł się do mojego stolika, uznałam to za szczęśliwy traf. Od razu pogrążyliśmy się w tak interesującej rozmowie, że o mało oboje nie spóźniliśmy się na zajęcia. W trakcie drugiej części szkolenia jego wzrok co kilka chwil zatrzymywał się na mnie. Tracił wtedy wątek, a ja również nie za bardzo mogłam się skupić na treści wykładu...

Podczas niewielkiej uroczystości kończącej zajęcia Marek poprosił mnie o numer telefonu. Zaczęliśmy się spotykać i już po miesiącu oboje czuliśmy, że będzie z tego coś poważnego.

Wiedziałam, że mój ukochany jest wdowcem i z pomocą matki wychowuje nastoletnią córkę. Miałam świadomość, na co się decyduję, chcąc dzielić z nim życie. Nie przewidziałam jedynie, że jego matka będzie pałała do mnie aż taką nienawiścią...

Często zastanawiałam się, dlaczego tak jest. Nie zrobiłam przecież nic złego. Kochałam jej syna, starałam się być dobrą synową. Nie usiłowałam też na siłę zastąpić dziewczynie matki. Rozumiałam, że Ania nie zaakceptuje mnie w tej roli, ponieważ jej przywiązanie do zmarłej mamy jest nadal bardzo silne. Starałam się być delikatna i taktowna, nie narzucałam się. Cierpliwie czekałam, aż mała się przełamie i sama do mnie przyjdzie.

Marek często wyjeżdżał, taką miał pracę. Zostawałam wtedy w domu z jego matką i córką. To były najgorsze chwile mojego życia. Próbowałam zdobyć ich sympatię, ale za każdym razem ponosiłam sromotną klęskę. Wszystkie moje dobre zamiary rozbijały się o mur niechęci. Nie rozumiałam tego i sporo czasu musiało minąć, żebym wreszcie pojęła, że to nie moja wina. Po prostu teściowa nigdy nie uznała mnie za "prawdziwą" żonę Marka. Była nią wciąż zmarła matka Ani.

- Nie przejmuj się, mama już taka jest - pocieszał mnie mąż, gdy czasem nie wytrzymywałam i skarżyłam się na złe traktowanie. - Kochała Matyldę i dotąd nie może pogodzić się z jej śmiercią.

- Boję się, że ona buntuje Anię przeciwko mnie - westchnęłam.

- Coś się stało? Mała jest wobec ciebie niegrzeczna? - Marek z niedowierzaniem uniósł brwi.

- Skądże - uśmiechnęłam się. - Ale sam słyszałeś, jak się do mnie odnosi... - pokręciłam głową. - Gdy usiłuję z nią porozmawiać, odpowiada półsłówkami albo zaraz mnie zbywa.

- To jej minie, zobaczysz - przytulił mnie Marek. - Wchodzi w trudny wiek, z czasem na pewno wszystko się ułoży - ucałował mnie we włosy.

Ale nie układało się. Marka wciąż nie było w domu, nieraz całymi tygodniami, a mała pozostawała całkowicie pod opieką babci. Mimo że starsza pani, jak zauważyłam, chyba nie za bardzo dawała sobie radę z dojrzewającą wnuczką... Ania niby była posłuszna, grzeczna i dobrze ułożona, ale za jej plecami potrafiła pokazać pazurki. Robiła, na co miała ochotę, i niczym się nie przejmowała.

Nie wtrącałam się za bardzo w wychowywanie dziewczyny, ale zupełnie nie podobało mi się towarzystwo, w jakim od jakiegoś czasu się obracała. Miała dopiero trzynaście lat i była zbyt młoda na późne powroty do domu. Wysokie glany czy czarna skórzana kurtka to też nie był odpowiedni dla niej strój. Moim zdaniem taki styl ubierania wyraźnie świadczył o tym, że dzieje się z nią coś niedobrego. Przecież jeszcze całkiem niedawno sama byłam nastolatką i wiedziałam co nieco o różnych młodzieżowych subkulturach. Gdy zwróciłam na to uwagę teściowej, ona tylko wzruszyła ramionami i popatrzyła na mnie z wyższością.

- A co ci szkodzi, że ona się tak ubiera? - wzruszyła ramionami.

- Widziała pani jej koleżanki? - spytałam. - Ta wysoka, z dredami. Ona musi być sporo starsza od Ani. Albo ten dziwny chłopak, który przychodzi razem z nią...

- Bardzo grzeczni młodzi ludzie - odparła zarozumiale teściowa, jak gdyby moja nieufność wobec odwiedzających Anię kolegów osobiście ją obrażała. - Nic złego nie mogę o nich powiedzieć. Jak zwykle się czepiasz. Zostaw Anię w spokoju.

Wycofałam się do pokoju, nie było sensu rozmawiać z tą kobietą. Ale tym razem nie dałam się łatwo spławić. Zdecydowałam się poczekać na powrót dziewczynki i pogadać bezpośrednio z nią.

Stałam przy oknie i wypatrywałam jej w ciemnej alejce. Widziałam, jak szła, a razem z nią dwie dziewczyny i ten chłopak, który tak mi się nie podobał. Chwilę stali przy furtce, rozmawiali, śmiali się głośno. Potem chłopak objął Anię, pocałował ją i coś jej szeptał do ucha... Wcale mi się to nie podobało. Kiedy zeszłam na dół, mała akurat zamykała drzwi.

- Aniu, możemy pogadać? - zagadnęłam delikatnie.

- A o czym? - spytała bez zainteresowania, ściągając skórzaną kurtkę nabijaną srebrnymi ćwiekami.

- No chociażby o twoim stroju i podejrzanych kolegach - zaczęłam. - Tata wie, jakich masz kumpli?

- Co cię to obchodzi? Chcesz mu zakapować? - popatrzyła na mnie złym wzrokiem. - Nie twoja sprawa, z kim się spotykam - prychnęła ze złością.

- Chyba jednak trochę moja - powiedziałam cicho. - Jestem żoną twojego taty.

- Ale nie moją matką! - wykrzyknęła. - Więc nie wtrącaj się do mojego życia! - odepchnęła mnie na bok i uciekła.

W tej samej chwili teściowa wyjrzała z kuchni i popatrzyła na mnie ze złośliwą satysfakcją. Musiała słyszeć naszą rozmowę, wiedziała, że poniosłam porażkę.

- Anusia, kolacja czeka! - zawołała w stronę pokoju wnuczki. - Pospiesz się, zrobiłam ci zapiekankę. Taką, jak lubisz.

Poszłam do siebie. Może rzeczywiście nie powinnam się wtrącać? Ale przecież zależało mi na dziewczynie. Nie była moją córką, jednak starałam się traktować ją jak własne dziecko. Naprawdę powinnam spróbować do niej dotrzeć, chociażby ze względu na Marka.

Poczekałam więc, aż wróci z kuchni. Gdy usłyszałam hałas w jej pokoju, wyszłam na korytarz. Wciąż się wahając, bo nie wiedziałam do końca, czy dobrze robię, podeszłam pod jej drzwi. Już miałam zapukać, gdy usłyszałam roześmiany głos Ani. Rozmawiała przez telefon i to, co usłyszałam, sprawiło, że moja ręka zamarła w bezruchu.

- Babce powiem, że idę się uczyć na sprawdzian, będzie zachwycona. Macocha? No coś ty, a co ona ma tu do gadania? - kpiła. - Ani mi się śni pytać ją o zdanie.

Już samo to, co podsłuchałam, spowodowało, że serce mocniej mi zabiło. Ale potem do moich uszu doszło coś znacznie gorszego. Ania plotła o dragach, pierwszym razie... O wolnej chacie i o tym, że na pewno będzie super.

- Kasy mam sporo, wystarczy dla wszystkich, nie martwcie się - śmiała się. - No to do jutra! - chwila ciszy. - Nie, czekaj. Tak zaraz po szkole nie mogę, muszę wrócić do domu, żeby urobić babkę.

Wycofałam się do siebie. To już nie były błahostki. Anka szykowała się na imprezę, na której miały być narkotyki. Do tego te teksty o pierwszym razie... Czy Ania naprawdę zamierzała...? Niemożliwe! Nie mogłam usiedzieć na miejscu, musiałam coś zrobić. To podejrzane towarzystwo, impreza, alkohol, może nawet seks i narkotyki... Ania jest zdecydowanie za młoda, żeby nawet myśleć o takich sprawach. Musiałam jakoś ją powstrzymać.

Zadzwoniłam do Marka, ale był poza zasięgiem. Zeszłam więc na dół, miałam nadzieję, że w kuchni zastanę teściową.

- Ania wybiera się na podejrzaną imprezę - powiedziałam. - Nie powinna jej pani pozwolić.

- Co ty nie powiesz? - kobieta popatrzyła na mnie ironicznie. - Nie ty będziesz decydować o tym, co powinnam, a czego nie.

- Przepraszam, ma pani rację - szepnęłam ze skruchą. - Ale tu chodzi o dobro Ani. Trzeba ją powstrzymać.

- Znam swoją wnuczkę i wiem, że nie zrobiłaby nic niestosownego - przerwała mi teściowa. - Obie z matką wychowałyśmy ją na porządną dziewczynkę.

- Słyszałam, jak rozmawiała przez telefon - upierałam się. - Umawiała się z jakimś szemranym towarzystwem.

- Pewnie się będą uczyć - rzuciła obojętnie. - Ty wiecznie doszukujesz się w niej samych złych cech. Czepiasz się biednej Ani! - policzki teściowej pociemniały ze złości. - Zrozum wreszcie, że to nie jest twoje dziecko. Nie znasz jej, więc co ty możesz o niej wiedzieć? Co czuła, gdy Matylda umarła... Moja synowa była jak anioł, dlaczego właśnie ją to spotkało? - popatrzyła na mnie nienawistnie, jakbym to ja była winna wypadkowi, w którym zginęła pierwsza żona Marka.

Znowu się wycofałam. Nie mogłam liczyć na pomoc tej kobiety. Ona mi nie wierzyła, sądziła, że tylko oczerniam jej wnuczkę. A ja przecież dobrze wiedziałam, co planuje Ania. Jeszcze raz zadzwoniłam do męża, ale i tym razem nie udało mi się go złapać. Byłam zdana na siebie. Musiałam przekonać Anię, że źle postępuje, i za wszelką cenę zatrzymać ją w domu...

Nazajutrz wyszłam z firmy wcześniej i szybko wróciłam do domu, aby przypilnować pasierbicy. Słyszałam, jak weszła do domu. Długo rozmawiała z babcią w kuchni, przekonywała ją do czegoś, a potem obie się śmiały. Nigdy nie sądziłam, że dziewczyna może tak omotać starszą kobietę, która przecież dobrze zna życie. Ale cóż, miłość, zwłaszcza ta babcina, bywa ślepa.

Wreszcie Ania poszła do swojego pokoju. Nuciła pod nosem, idąc przez korytarz. Była w doskonałym humorze. Odczekałam chwilę i poszłam ponownie zmierzyć się z pasierbicą. Tym razem postanowiłam być bardziej stanowcza.

Gdy weszłam do jej pokoju, akurat robiła mocny makijaż. Ona, trzynastoletnia dziewczynka! Ubrała już na nogi te swoje glany, a na krześle leżała naszykowana czarna, skórzana kurtka i bardzo krótka sukienka. Trochę się zdziwiła na mój widok, ale nic nie powiedziała. Postanowiłam od razu przystąpić do rzeczy.

- Aniu, posłuchaj - stanęłam blisko niej, położyłam rękę na jej ramieniu. - Przypadkiem wiem, dokąd się dzisiaj wybierasz. Myślę, że nie powinnaś tam iść.

- A co, podsłuchiwałaś po drzwiami? - zaśmiała się cynicznie. - Nie twoja zakichana sprawa, gdzie idę, słyszysz?!

- Myślę, że jednak moja - odparłam ze spokojem. - Nie chcę się z tobą kłócić, nie myśl, że próbuję tobą rządzić, ale tata na pewno nie pozwoliłby ci iść na tę imprezę.

- Tata mógłby, ale nie ty! - wykrzyknęła, odpychając mnie. - Nie masz prawa!

- Aniu, zrozum, nie chcę, żeby spotkało cię coś złego - starałam się wytłumaczyć jej, że jest za młoda na takie rzeczy, ale mi nie pozwoliła. Wstała i odepchnęła mnie od siebie.

- Wyjdź z mojego pokoju! - wrzasnęła. - I daj mi święty spokój!

Wyszłam, nie chciałam się z nią kłócić. Ponownie zadzwoniłam do męża. Nagrałam mu się na pocztę, opowiedziałam, czym się martwię, co Ania zamierza... Nic więcej nie mogłam zrobić. Chyba tylko zatrzymać ją siłą, kiedy będzie wychodziła. Tak też zrobiłam. Wyczekałam chwili, aż wyjdzie ze swojego pokoju. Wtedy stanęłam w korytarzu naprzeciwko niej. Zagrodziłam jej drogę na schody.

- Nie możesz tam iść, Aniu, proszę cię - spojrzałam na nią błagalnie. - Bardzo cię proszę, dziecko.

- Nie mów tak do mnie! - krzyknęła. - Nie masz prawa mnie zatrzymywać - próbowała mnie odepchnąć, ale ja chwyciłam ją mocno za ramiona.

- Nie pójdziesz tam, gdzie są narkotyki - powiedziałam stanowczo. - Masz dopiero trzynaście lat.

- Nie będziesz mi mówić, co mam robić! - wyrywała mi się z siłą, jakiej nigdy bym się po niej nie spodziewała. Była tak rozwścieczona, jakby już wzięła jakieś prochy... A może rzeczywiście tak było?

Trzymałam ją za ramiona, wciąż usiłując przekonać, żeby nie szła, ale ona znowu mi się wyrywała.

- Co się tu dzieje? - usłyszałam głos teściowej. Stała u podnóża schodów i patrzyła, jak się szamoczemy...

W tej samej chwili Ania wymknęła się z mojego uścisku, podniosła rękę, zamachnęła się i uderzyła mnie pięścią w twarz. Ogłuszona uchyliłam się, a potem... Usłyszałam jej krzyk i straszny hałas.

Uniosłam głowę. Zobaczyłam, że Ania spada ze schodów. Usłyszałam przeraźliwy wrzask jej babki. Rzuciłam się biegiem na dół. Ania nie poruszała się, z nosa ciekła jej krew. Pochyliłam się nad nią, ale teściowa odepchnęła mnie z furią.

- Zostaw ją! - zawołała. - Widziałam, że ją popchnęłaś. Chciałaś ją zabić, pozbyć się kłopotu!

- Ale co pani opowiada?! - spojrzałam na nią zdumiona.

Zmierzyła mnie tak pełnym pogardy spojrzeniem, że aż serce podeszło mi do gardła. Gdyby wzrok mógł zabijać, już leżałabym martwa u jej stóp. Ale to było nieważne. Musiałam ratować dziecko. Chwyciłam telefon, wykręciłam numer pogotowia... Potem wreszcie dodzwoniłam się do męża. Zdążyłam mu opowiedzieć, co się stało, nim teściowa wyrwała mi słuchawkę i krzyknęła, że chciałam zabić Anię...

To babka pojechała z dziewczynką do szpitala. Ja nie byłam w ich oczach członkiem rodziny... Całą noc przesiedziałam w fotelu. Długo rozmawiałam z mężem, wyjaśniając mu dokładnie, co zdarzyło się wieczorem w domu. O moich obawach co do towarzystwa Ani, o jej nagłym wybuchu agresji...

- Chciałam ją tylko powstrzymać - płakałam w słuchawkę. - Ona mi się wyrwała, uderzyła mnie i wtedy... Chyba nie wierzysz w to, co mówi twoja matka?

- Oczywiście, że nie, uspokój się - odparł mąż. - Wracam dopiero w południe, nie ma wcześniejszego lotu...

Teściowa przyjechała ze szpitala nad ranem. Patrząc na mnie oskarżycielskim wzrokiem, powiedziała tylko, że Ania odzyskała przytomność. Zagroziła, że wszystko powie policji i wsadzą mnie do więzienia. A jeżeli kiedykolwiek wrócę, to Marek przepędzi mnie z domu. Potem nie odezwała się już do mnie ani słowem.

Następnego dnia pojechałam na lotnisko, nie mogłam wytrzymać w tym cichym domu. Na widok Marka nerwy mi puściły, rozpłakałam się histerycznie.

- Już dobrze, nie dręcz się tak - przygarnął mnie do siebie, utulił. - Wiem, co mówi moja matka, ale nie myśl nawet o tym. Jedziemy do szpitala, rozmawiałem już z Anią. Pozwolili mi zamienić z nią kilka słów. Też płakała, opowiedziała mi, co się stało. Bardzo żałuje, że cię uderzyła - musnął ustami siniak na moim policzku.

Czasem tak bywa w życiu, że to, co złe, ostatecznie obraca się na dobre. Tak stało się i w tym przypadku. Nieszczęśliwy wypadek zmienił relacje w naszej rodzinie. Marek poświęca nam więcej czasu, zmienił pracę, nie wyjeżdża już tak często. Upadek ze schodów wystraszył Anię i od tej pory przestała się buntować. Do mnie też odnosi się inaczej. Powiedziałabym, że nawet nieco się zaprzyjaźniłyśmy.

A co najważniejsze, nie mieszkamy już z teściową. Mąż zdecydował, że czas zacząć nowe życie, bez cieni przeszłości snujących się wciąż po zakamarkach domu. Jego mama wróciła do swojego mieszkania. Ostatecznie nie musiała już zajmować się domem i wnuczką. To należało teraz do moich obowiązków.

Jestem dobrej myśli i z optymizmem patrzę w przyszłość. Kto wie? Może jeżeli będę dostatecznie cierpliwa, z nią również uda mi się porozumieć? 

Wanda S., 29 lat


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje