Reklama

Reklama

Ucieczka od kompleksów

Ewa Gawryluk: Czas mnie nie goni

Reklama

Operator się skrzywił, a ona trzęsła się ze zdenerwowania, bo myślała, że wypatrzył jej duży nos. Gdy dostawała propozycje ról, w których musiała się rozbierać, grała, ale umierała z zażenowania. Po latach dziwi się, dlaczego tak się stresowała. Przecież była zgrabna.

Niektórzy mówią, że jest zimna, niedostępna, a ona po prostu nie lubi się narzucać. W kawiarni Klaps w wytwórni filmowej na Chełmskiej, gdzie się spotykamy, otwarcie opowiada o swoich kompleksach. Paradoksalnie to właśnie one pomogły jej w zawodzie aktorki. Nie lubiła swojego ciała, zatruwała się myślami: "za duży nos", "za słabe włosy". Wolała ukryć się za rolą. - Nie byłam wtedy Ewą, tylko moją postacią, żyłam nią, myślałam tak jak ona, wczuwałam się w jej charakter, jeśli było trzeba, zmieniałam się też fizycznie - mówi Gawryluk.

Nigdy nie bała się celowo oszpecić, zagrać burdelmamy czy pijaczki. Już w łódzkiej filmówce podczas ćwiczeń nauczyciele często obsadzali ją w rolach charakterystycznych. Na studia przyjęto ją warunkowo - była pierwsza pod kreską. Na egzaminach często miała kłopoty. Przez dwa pierwsze lata nauka szła jej fatalnie. - Mieszkałam w akademiku, wciąż brakowało mi pieniędzy, źle się czułam między pewnymi siebie studentami - dodaje. - Stres zaczęłam zajadać i zmieniłam się w pulpeta. Chciałam rzucić studia.

Każdy potrzebuje akceptacji

Szkoła filmowa, zamiast ją otworzyć, sprawiała, że była jeszcze bardziej niepewna siebie. Kiedyś, już po studiach, spotkała swoją profesor, która powiedziała: "Uważałam, że byłaś zdolna, tylko leniwa, dlatego dawałam ci złe stopnie". - A ja po prostu potrzebowałam wsparcia i akceptacji - wspomina Gawryluk.

Wszystko nagle się zmieniło, gdy na początku trzeciego roku zagrała w filmie. Dostała rolę szkockiej dziewczynki u Juliusza Janickiego w "Wiatrakach z Ranley". Wkrótce reżyser Sławomir Kryński sam wybrał ją do głównej roli w swoim fabularnym filmie "Dziecko szczęścia".

- To mnie podbudowało - opowiada. - Ktoś we mnie uwierzył i dostawałam coraz więcej propozycji. Wtedy pomyślałam: "A może to jednak zawód dla mnie i nie warto tak łatwo rezygnować?".

Na czwartym roku jako jedyna ze szkoły miała zapewniony etat w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Wcześniej wystąpiła w "Szulerze", widowisku Adka Drabińskiego. W filmówce pocztą pantoflową rozeszła się wieść, że Ewa ma talent. To wywoływało zazdrość. Tym bardziej że nagle ta najgorsza uczennica, prowincjonalna gąska, za którą nikt nie dałby złamanego grosza, została doceniona przez autorytety.

Zaczął się dla niej dobry czas zawodowy. W latach 90. występowała w teatrze, radiu i wielu filmach. Najbardziej lubiła komedie, gdzie stworzyła świetne role, między innymi w "Sztosie" Olafa Lubaszenki, "Człowieku z..." Konrada Szołajskiego.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje