Reklama

Reklama

Ucieczka od kompleksów

Ewa nosiła spodnie, włosy obcinała krótko, na chłopaka. Mama nie kupowała jej sukienek. Może dlatego aktorka o swoją córkę, siedmioletnią Marysię dba szczególnie. Ciągle powtarza jej, że jest śliczna. - Przypominam o tym też mężowi - podkreśla. - Mówię, żeby ją chwalił i zachwycał się nią, bo to buduje naszą kobiecą tożsamość i poczucie wartości. Mnie tego trochę brakowało.

Reklama

Męża Waldemara Błaszczyka poznała u swojego kolegi. Miała 28 lat, on - 23. Przystojny, wysoki brunet, studiował na Akademii Teatralnej. Miał już za sobą debiut filmowy - główną rolę w "Autoportrecie z kochanką" w reżyserii Radosława Piwowarskiego. Na początku podchodziła do tej znajomości z dystansem, ale Waldemar o nią zabiegał.

- Chciało mu się mnie zaskakiwać. W moich poprzednich związkach zawsze było odwrotnie. To ja krzątałam się, opiekowałam - przyznaje aktorka. - Dopiero przy Waldku poczułam, jak powinna naprawdę wyglądać miłość. On umie był prawdziwym partnerem, potrafi wspierać, gdy trzeba, czasem postawić do pionu.

Gdy się jej oświadczył, nie zastanawiała się długo. Dziś są 10 lat po ślubie. - Wcześniej zależało mi, by podobać się wszystkim, przeżywałam niedostatki swojej urody. Teraz nie boję się nawet upływu czasu, bo to nie nasza wina, że się starzejemy, ale zwykła kolej losu, i trzeba się z tym pogodzić.

Kasia Kowalska: Dla dzieci się uśmiecham

Na swojej internetowej stronie wygląda pięknie. Na fotografiach przyjmuje zmysłowe pozy, leżąc na skórzanej kanapie, w wydekoltowanej bluzce, spod której widać koronkowy top. Ma 35 lat i uważa, że dopiero teraz umie cieszyć się życiem.

Uważa, że nie była ładną dziewczynką. Chuda, drobna, z jasną karnacją. Piegi na buzi szorowała pumeksem, żeby się ich pozbyć. W domu nikt nie zawracał sobie głowy jej kompleksami. Rodzice ją kochali, ale nie umieli okazywać uczuć.

Wychowała się w Sulejówku pod Warszawą. Godzinami siedziała sama w ogródku i w wymyślonym przez siebie języku rozmawiała z kotami. Nie chodziła do przedszkola, czasami zostawała pod opieką dużo starszych braci, którzy często żartowali z jej odstających uszu. Czuła się samotna, dobry kontakt miała tylko z tatą. Głaskał ją po głowie i rozśmieszał, gdy była smutna. To po nim odziedziczyła słuch i miłość do muzyki. Po pracy grał na klarnecie i saksofonie. Jako pierwszy uwierzył, że córka ma talent.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje