Reklama

Reklama

Ucieczka od kompleksów

Kasia od najmłodszych lat przebierała się w sukienki mamy, stawała przed lustrem i śpiewała na całe gardło. Piosenki ukochanych gwiazd: The Beatles, Barbry Streisand i Kate Bush. Nagrywała je na kasetowy magnetofon Grundig. Ze szkoły pamięta siebie jako zamkniętą dziewczynkę. Nie umiała podejść i zagadać do koleżanek, zawsze trochę z boku, na dystans. To wynikało z kompleksów, nie z pewności siebie czy wyniosłości. Była nieśmiała, ale miała swoje zdanie. Odstawała, nie była ani łatwa, ani miła. Lepiej czuła się w towarzystwie kolegów, taki typ kumpla. - Nie byłam na tyle ładna, żeby uganiali się za mną jak za innymi dziewczynkami. Ale po cichu marzyłam, żeby mieć prostszy nos, być wyższa - opowiada.

Reklama

Z bajki o Kopciuszku

Trzecia klasa liceum. Kolega Kasi, który gra na gitarze, proponuje jej występ w przedstawieniu dla klas maturalnych. Kowalska wybiera "Memory" z musicalu "Cats". Stoi na scenie z ogoloną głową i trzęsącymi się nogami. Jej występ jest tak przejmujący, że zebrani na sali gimnastycznej zaczynają klaskać i wstają. To dla niej szok i przełom zarazem. Zaczyna brać lekcje śpiewu u Grażyny Orszt- Alber, pianistki, żony znakomitego gitarzysty Henryka Albera. W ich artystycznym domu znajduje azyl, może się rozwijać. Wkrótce ktoś poleca Kowalską muzykowi Robertowi Amirianowi, który szuka wokalistki do zespołu Evergreen. Zostaje przyjęta i występuje z nimi na koncertach.

- Na jednym z nich w Stodole wypatrzyła mnie Katarzyna Kanclerz. I zaczęło się: kontrakt, płyty. Ale moja historia przypomina raczej bajkę o Kopciuszku - sierocie, która skrobała ziemniaki w kuchni, a potem nagle znalazła się na salonach - opowiada Kowalska. - Sukces przyszedł bardzo wcześnie i nie umiałam go udźwignąć przez wiele lat.

W 1994 roku podpisuje pierwszy kontrakt. Szybko staje się znana. Przyzwyczajona do garażowych koncertów i starych martensów na dużych bankietach czuje się obco.

- Popularność to bilet w jedną stronę - uważa dzisiaj. - Duże zainteresowanie wcale mnie nie cieszyło, lecz przyprawiało o lęk. W salach koncertowych nie wiedziałam, jak się zachować. Nikt mnie nie nauczył, jak się poruszać w tym świecie. Wolałam się skryć, niż w wywiadach otwarcie opowiadać o sobie. I nie umiałam być miła na zawołanie. Często odbierano to jako lekceważenie.

Przypomina sobie występ na festiwalu w Sopocie w 1995 roku. Na scenę wyszła w pożyczonych od Renaty Przemyk butach na obcasach, nie miała własnych, które nadawałyby się na taki występ. Wygrała, dostała nagrodę publiczności. Organizatorzy jednak czegoś nie dopatrzyli i zapomnieli powiadomić ją o konferencji prasowej. Nie przyszła, a w kuluarach rozeszło się: "Tej panience woda sodowa uderzyła do głowy".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje