Reklama

Reklama

​Uszczęśliwianie jako kobieta

Często jestem pytana o to, czy uszczęśliwianie innych to kobieca przypadłość. Z mojego doświadczenia wynika, że tak nie jest. Czasem dzieje się tak, że niektóre stereotypowe cechy kobiet prowadzą do wytworzenia się stereotypowego mechanizmu uszczęśliwiania innych. Musimy pamiętać o najważniejszym - uszczęśliwianie innych nie jest oznaką troskliwości - jest próbą zarządzania reakcjami innych ludzi po to, by uniknąć uczucia, którego sobie nie życzymy. Nie jest to typowe jedynie dla kobiet. Fragment pochodzi z książki "Po pierwsze ja. Jak dbać o innych, nie zaniedbując siebie", autorstwa Emmy Reed Turrell.

Elementem zachowania, który potencjalnie mógłby zostać przypisany kobietom, są podświadome unikanie zamieszania lub zaniedbania kogoś oraz dążenie do harmonii i atmosfery wsparcia, nawet jeżeli wiąże się to z ogromnym wysiłkiem osobistym. Uszczęśliwianiu innych nie jest przypisana żadna płeć w tradycyjnym tego pojęcia znaczeniu i do pewnego stopnia zjawisko to wpływa na nas wszystkich. Może rozpoznasz w sobie zachowanie zadowalacza, gdy przeczytasz o przypadkach kobiet opisanych w tym rozdziale, ale być może pomogą ci w tym również historie mężczyzn, o których piszę. Być może rozpoznasz się też w historiach uszczęśliwiania innych przez obie płci.

Reklama

Słodka słoność

Prawda jest taka, że w wielu kulturach to kobietom przypisuje się dbanie o innych, pomaganie im i stawianie ich na pierwszym miejscu. Kobiety chwali się za słodkość i posłuszeństwo. Małym dziewczynkom często się powtarza, żeby nie były apodyktyczne lub kłótliwe. Kobiety mają w sobie zazwyczaj większe pokłady empatii w porównaniu do mężczyzn, co może stanowić ogromne źródło siły, kiedy staramy się zbu­dować silne, prospołeczne relacje międzyludzkie i wspólnoty zawodowe. Sprawa się komplikuje, gdy nie mamy jasno wyznaczonych granic i nie odczuwamy oraz nie okazujemy gniewu, a także kiedy nie traktujemy siebie na równi z innymi. Czasami pytam moje pacjentki, czy prowadzą wewnętrzny monolog, który jest negatywny i ma cechy sabotażowe. "Jakbyś się poczuła, gdyby ktoś mówił w ten sposób o twojej przyjaciółce?" Zazwyczaj kobiety odpowiadają mniej więcej tak: "Byłabym wściekła. Zapytałabym, jak ktoś w ogóle śmie mówić o niej takie słowa!". To kluczowe pytanie może pomóc pacjentce nakierować troskę na nią samą i otoczyć siebie opieką, a poza tym ponownie odkryć emocje związane z gniewem, których pozbawiają jej i kobiety, i mężczyźni wokół i których może użyć, by wyznaczać granice innym ludziom.

Kobietę uszczęśliwiającą innych często postrzega się stereotypowo jako kogoś, kto rozmienia się na drobne i nie potrafi nikomu odmówić. Jest kochająca córką i lojalną przyjaciółką oraz zaangażowaną pracownicą. Zarządza kalendarzem rodzinnym, codziennymi obowiązkami domowymi, kupuje prezenty urodzinowe, jedzenie i zajmuje się organizacją wydarzeń towarzyskich. Jest odpowiedzialna za sprawy związane ze szkołą, z przyjaciółkami, wakacjami, ze zwierzętami i z rodziną partnera oraz stawia je ponad własną karierę i zobowiązania. Taka kobieta najbardziej obawia się tego, że coś mogłoby pójść nie tak, ponieważ w jej oczach oznaczałoby to porażkę. Taka kobieta ma wrażenie, że nie odniesie sukcesu zawodowego, jeśli sprzeciwi się szefostwu. Taka kobieta czuje, że zrzędzi, gdy żali się na niesprawiedliwy podział obowiązków w domu. Taka kobieta czuje się jak zła matka, kiedy na urodziny dziecka kupuje gotowy tort, zamiast sama go zrobić.

Być może w procesie twojego wychowania stosowano inne wzorce uszczęśliwiania innych, być może w twojej rodzinie kobiety były wychowywane na silne i niezawodne, nie uczono cię pokory i twoja podróż polegająca na uszczęś­liwianiu innych może się okazać podróżą ku odzyskaniu własnej wrażliwości. Niezależnie od tego, czy identyfikujesz się bardziej z kobietami opisanymi w tym rozdziale, czy z mężczyznami w następnym, potraktuj ich doświadczenia jako wartościową lekcję.

Kobieta wiking

Moim wzorem do naśladowania była kobieta wiking. W mojej kulturze kobiety nie są wrażliwe ani drugorzędne - zawsze były silne i niezależne. Były równe mężczyznom, a może nawet odrobinę od nich zdolniejsze i odporniejsze.

Kiedy oglądam stare zdjęcia mamy, która wyemigrowała ze Szwecji na początku lat siedemdziesiątych, widzę długie brązowe warkocze, czerwone chodaki i bicepsy. Gdy była w zaawansowanej ciąży z moim bratem, tata wrócił do domu wcześniej i odkrył, że na naszym podjeździe mama próbuje zasłonić odkrytą studzienkę ciężkim włazem. "To było potrzebne" - tak brzmiały słowa mamy, która nie spociła się nawet odrobinę.

Moje ubrania były porządne i praktyczne, często sztruksowe i w podstawowych kolorach. Mama sama je szyła w specjalnie przeznaczonym do tego pomieszczeniu. Moje buty były solidne i na każdą pogodę. Wiele razy marzyłam o zwiewnych różowych sukienkach na przyjęcia i o bucikach z lakierowanej skóry. Dzisiaj sama powtarzam schemat, jaki wprowadziła moja mama, i wysyłam moją córkę do szkoły w nieprzemakalnym obuwiu o solidnej podeszwie, żeby mogła się w nim bawić na powiet­rzu podczas przerwy i nie ślizgać się, jak jej koleżanki w błyszczących lakierkach.

Bardzo zależy mi, aby moja córka stąpała stabilnie po ziemi, na dwóch nogach (dosłownie i w przenośni), ale fakt, że jest dla siebie podporą, nie musi oznaczać, że powinna wspierać wszystkich wokół.

Moje pacjentki to odważne, zdolne i odporne kobiety o wspaniałej inteligencji emocjonalnej. Niektóre z nich, niestety, zostały nauczone wykorzystywania tych cech tylko w kontekście służenia innym. Wpojono im niesłusznie, że dzielenie się tymi cechami z ludźmi, którzy ich potrzebują, to obowiązek - nawet jeśli odbiorcy wsparcia na nie nie zasługują.

Amber

Amber została uwarunkowana do uszczęśliwiania innych. Miała młodszego brata, który decydował o każdej zabawie w dzieciństwie - ona miała być Robinem, gdy on był Batmanem, lub bramkarzem, kiedy ćwiczył rzuty karne. Gdy nieco dorosła i zaczęła mieć własnych przyjaciół, zdała sobie sprawę, że nie chce już bawić się z bratem na jego zasadach. Mama powtarzała jej, że powinna chcieć się z nim bawić, bo brat ją kocha i dlatego chce spędzać z nią czas. Amber czuła się, jakby psuła dobrą atmosferę, skoro tak właśnie wyglądały relacje przepełnione miłością. Uznała, że musi się dostosować i akceptować miłość w takiej postaci, w jakiej ją jej oferowano. Z powrotem zaczęła spędzać czas na zabawie z bratem, niechętnie bawiąc się armią plastikowych żołnierzyków i przesiadując w kryjówce jego projektu. Przez lata była zadowalaczem cieniem, aby sprawić bratu przyjemność, ale w końcu zaczęła odczuwać żal i wykształciła w sobie mechanizm obrony opornika, by ograniczyć wspólne zabawy.

Dekady później Amber odkryła, że wciąż często stosuje ten schemat. Nie dotyczyło to już dziecięcych kryjówek, ale spełniania marzeń innych osób w przeróżnych kwestiach, takich jak wieczory panieńskie, wizyty rodzinne, relacje zawodowe, zbiórki pieniędzy w szkole, kluby książkowe, przyjęcia urodzinowe, wesela i wyjścia na spacer z psem. Było tylu ludzi, których Amber musiała uszczęśliwić! W głębi duszy odczuwała dyskomfort związany z tym, że mogłaby nie spełnić czyichś oczekiwań, i wierzyła, że jeśli na coś się nie zgodzi, będzie to z jej strony okrutne. Lista rzeczy do zrobienia zdawała się nie mieć końca i kobieta czuła się wypalona do takiego stopnia, że zdecydowała się na wizytę u lekarza rodzinnego. Była zaskoczona, że ten zaproponował jej rozpoczęcie terapii.

Zaczęłyśmy pracę od uświadomienia, co Amber czuła, gdy przyjaciele lub osoby, które kocha, proszą ją o zrobienie czegoś.

"W momentach, kiedy ktoś mnie gdzieś zaprasza, czuję, że panikuję... Spieram się ze sobą, czy powinnam tam iść, czy chcę tam iść i czy w ogóle powinnam chcieć tam iść!" Amber śmiała się ze swojego wewnętrznego monologu. "Zastanawiam się, czy jestem coś winna zapraszającemu i czy mam jakąś wymówkę, by odrzucić zaproszenie. To, jak naprawdę się czuję, nie stanowi przedmiotu moich rozmyślań".

Amber denerwowała się i zadawała sobie pytanie: "Czemu nigdy nie chcę niczego robić? Przecież lubię tę osobę, to może być miłe spotkanie i pewnie będę się tam dobrze bawiła... Co jest ze mną nie tak, czemu jestem taka aspołeczna?". Wciąż wracała do bazowego pytania: "Co jest ze mną nie tak?". Niezależnie od tego, czy moja pacjentka ostatecznie przyjmowała, czy odrzucała zaproszenie, czuła się źle.

Ty jesteś priorytetem

Amber została wychowana przez matkę, która wpoiła jej, że bycie kobietą oznacza bycie troskliwą i uczynną, posłuszną i pełną zrozumienia. W rodzinie Amber kobiety nigdy nie stawiały siebie na pierwszym miejscu. Kiedy Amber przestało podobać się nieustanne uszczęśliwianie innych w dorosłym życiu, nie podważała słuszności zasad panujących w domu rodzinnym - podawała w wątpliwość swoje zachowanie.

To, czego Amber najbardziej pragnęła, to usłyszeć od kogoś: "Hej, bardzo chcę się z tobą zobaczyć. Daj znać, jeśli jest coś, co chciałabyś wspólnie zrobić". Wtedy miałaby pewność, że jest dla kogoś na tyle ważna, aby stworzyć relację opartą na zasadach, które są odpowiednie dla obu stron - związek, w którym ona też się liczy i nie musi spełniać wciąż czyichś oczekiwań lub unikać ich niewygodnych reakcji. Amber przestała być zawodnikiem skrzydłowym, zastępcą i pomocnikiem. Odkryła pokłady gniewu i zdała sobie sprawę, że była zła na przyjaciół i rodzinę, którzy wywoływali w niej poczucie winy dlatego, że ich potrzeby w życiu nie były zaspokojone. Miała dosyć bycia narzędziem w ręku menedżerów, którzy zmuszali ją do dodatkowych obowiązków, obiecując "wspaniałe możliwości rozwoju".



Matka Amber chwaliła ją, gdy dziewczyna zajmowała się bratem na jego zasadach. Podczas terapii pacjentka zrozumiała, że prawdopodobnie stanowiło to dla mamy formę dzielenia się odpowiedzialnością - jej też trudno było zabawiać młodsze dziecko w taki sposób, w jaki tego chciało. Matka podświadomie nauczyła córkę, jak stawiać potrzeby innych, w szczególności mężczyzn, na pierwszym miejscu - zgodnie z zasadami panującymi wśród kobiet w jej rodzinie. Nauczyła Amber uszczęśliwiania brata, dlatego moja pacjentka miała żal do obojga, ponieważ stawiali ją w pozycji, która była wygodna dla nich. Poczucie winy towarzyszące jej, gdy odmawiała im posłuszeństwa, było w rzeczywistości złością, którą w konsekwencji kierowała na siebie.

Być może ty też, podobnie jak Amber, zastanawiasz się, co jest z tobą nie w porządku, jeżeli wolisz spędzić wieczór w domu w towarzystwie Netfliksa lub wcześnie położyć się spać, zamiast wychodzić na drinki po pracy? Być może myślisz, że coś jest z tobą nie tak, gdy ktoś cię zaprasza na przyjęcie albo na weekendowy wypad z przyjaciółmi, a ty czujesz się bez życia? Być może dzieje się też tak, kiedy szef oferuje ci kierownictwo interesującego i ważnego projektu? Może ty również wciąż mierzysz się z tym, czego potrzebują inni, i ignorujesz własne upodobania?

Uwarunkowanie kobiet często prowadzi do tego, że wierzymy, iż nasze potrzeby nie są ważne lub że są dla innych błahe. Kobiety nierzadko służą innym, ale zapominają służyć sobie.

Dostosowywanie się do zasad dla kobiet

Pomyśl, jakie zasady panowały w twoim domu, gdy dorastałaś lub dorastałeś.

Co oznaczało bycie kobietą w twojej rodzinie?

Być może chłopcy i dziewczynki nie byli traktowani na równi lub wymagano od nich czegoś innego. Może pamiętasz, jakie docierały do ciebie komunikaty - pośrednie i bezpośrednie - ze strony kobiet, które cię wychowywały. Czy te komunikaty były inne, kiedy kierowano je do chłopców?

Fragment pochodzi z książki "Po pierwsze ja. Jak dbać o innych, nie zaniedbując siebie", autorstwa Emmy Reed Turrell. Więcej o książce przeczytasz TUTAJ

Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje