Reklama

Reklama

Władca śnieżnej krainy

W górach czai się wiele niebezpieczeństw. Nigdy nie wiesz, kogo spotkasz na szlaku...

Brnęłam przez błoto, przeklinając w duchu swą głupotę. Nie byłam przecież pierwszą lepszą turystką, ale zwiodło mnie piękno gór. Zeszłam ze szlaku. Niestety, jak to w górach bywa, pogoda zmieniła się błyskawicznie. Nagle rozpętała się okropna burza. Gdyby nie porządne ubranie, pewnie przemokłabym do suchej nitki.

Reklama

Zapadał zmierzch, było mi zimno i nie mogłam znaleźć szlaku. Błyskawice waliły jak oszalałe, a wiatr wyginał drzewa. Nagle w oddali zamigotało coś jakby... latarka? Ognisko? "Nie, nie w taką pogodę", pomyślałam. "Może tam jest jakiś szałas?", przeszło mi przez myśl, więc ruszyłam w tamtym kierunku. Światełko raz migotało, by zaraz potem zniknąć, jakby kpiło sobie ze mnie.

Kiedy rozgarnęłam gałęzie, zobaczyłam szałas. Nie był w najlepszym stanie i na pewno nie leżał przy szlaku. "Może to kłusownicy?", przestraszyłam się. Podkradłam się cicho i zajrzałam przez wycięte w balach okienko. W środku paliło się małe ognisko, a w kącie leżał zwinięty w kłębek człowiek. Chyba spał.

Ujęłam więc mocno w rękę znaleziony po drodze kamień i weszłam do środka. Na dzień dobry uderzył mnie intensywny zapach i zrobiło mi się trochę niedobrze. "Ten człowiek chyba od tygodni nie widział mydła", pomyślałam. W powietrzu czuć było coś jeszcze... Metaliczną woń krwi! Okazało się, że nieznajomy jest ranny.

- Zaraz ci pomogę, mam leki! - zawołałam, a mężczyzna poruszył się i jęknął. Spod koca wysunął nogę, była cała we krwi. Ten człowiek potrzebował natychmiastowej pomocy. Zrzuciłam z siebie kurtkę, bo w szałasie było dość ciepło. Z plecaka wyjęłam apteczkę. Kiedy dotknęłam zabrudzonej rany, nieznajomy złapał mnie za nadgarstki silnymi dłońmi. Po chwili w blasku ognia ujrzałam też jego oczy. Przestraszone, dzikie.

- Nie bój się. Chcę ci pomóc... - powiedziałam łagodnie. - Trzeba opatrzyć ranę.

Próbowałam z nim rozmawiać, zapytałam, jak ma na imię, ale nie odezwał się słowem. Patrząc na jego bujną brodę, długie włosy i zapuszczone dłonie, wnioskowałam, że musi żyć w tych górach. "Może jest bezdomny albo chory psychicznie?", pomyślałam, przykrywając opatrzoną nogę kocem.

- Powinien cię obejrzeć lekarz - powiedziałam. - Teraz spróbuję zadzwonić po pomoc - dodałam, pochylając się nad nim, ale on szybko odwrócił twarz.

Po chwili klęłam, na czym świat stoi. Nie było zasięgu. Trudno, czekała nas noc w tym szałasie. Na szczęście pod spadzistym daszkiem leżało kilka gałęzi, zabrałam je więc i dorzuciłam do ogniska. Burza powoli odchodziła, ogień przyjemnie grzał, wyciągnęłam śpiwór i okryłam się nim. Wkrótce zasnęłam.

Kiedy ocknęłam się o brzasku, mężczyzna nadal spał. Rzuciłam okiem na opatrunek. Był brudny i trochę zakrwawiony, ale noga nie spuchła. "To dobry znak", pomyślałam. Postanowiłam nie budzić rannego, ale jak najszybciej zejść na dół i znaleźć pomoc. Trochę trwało, zanim przedarłam się na szlak, a niebawem udało mi się nawiązać łączność z ratownikami górskimi. Nie minęło pół godziny, gdy na drodze pojawiło się terenowe auto.

- Gdzie ranny? A pani jak się czuje?

- Mnie nic nie jest, a ten człowiek śpi w szałasie. Ma poharataną nogę.

- Pewnie wpadł we wnyki rozstawione przez kłusowników.

Ratownicy szli szybko, musiałam podbiec, żeby ich dogonić.

- Tutaj nikogo nie ma - powiedział jeden z nich, wychodząc z szałasu.

- Jak to?! - zdumiałam się. - Przecież on był bardzo słaby, nie mógł chodzić!

- A jednak sobie poszedł!

- Ale był tu, naprawdę! - zdenerwowałam się i wbiegłam do środka.

Nie chciałam, żeby uznali mnie za wariatkę. Dokładnie sprawdziłam szałas. - O, tu - wskazałam legowisko i koc - są ślady krwi.

- Rzeczywiście, ale rannego nie ma. Niech się pani nie martwi - dodał, widząc moją minę. - Będziemy go szukać. A teraz zabierzemy panią na dół, dobrze?

Złożyłam zeznania w siedzibie GOPR i na policji. Jak się jednak okazało, nikogo rannego w nogę nie znaleziono. Podejrzewano, że to mógł być jakiś zbiegły kryminalista, który ukrywał się w górach...

Minęły dwa lata i czasem tylko przypominałam sobie o tej przygodzie. Opowiadałam, rzecz jasna, zaprzyjaźnionym góralom o tym tajemniczym spotkaniu. Niektórzy kiwali głowami i przyznawali mi rację. Mówili, że swego czasu w górach na wschodzie Polski złapano jakiegoś kryminalistę, który chciał się przedostać na ukraińską stronę. Przez wiele lat okoliczni mieszkańcy opowiadali turystom o tajemniczym "pustelniku", który ludzi unikał jak ognia...

Minął kolejny rok. Znów wybrałam się w moje ukochane góry. Tym razem nie byłam sama, pojechał ze mną narzeczony. Gdy nad szczyty nadciągnęły ciężkie chmury, postanowiliśmy jak najszybciej wracać do schroniska. Nie zdążyliśmy, w połowie drogi złapała nas śnieżyca.

- Musimy się gdzieś schować! - krzyknęłam, ale zagłuszył mnie wyjący wiatr. W pewnym momencie Andrzej poślizgnął się i zjechał na plecach w dół. Przy okazji zgubił latarkę. Rzuciłam się mu na pomoc. Nic nie widziałam i po chwili razem osuwaliśmy się w śnieżną zaspę. Nagle poczułam, że ktoś złapał mnie za plecak i wyciągnął na powierzchnię. Podałam rękę Andrzejowi, on też zdołał się wydostać. Odwróciłam głowę w kierunku dobroczyńcy. Przede mną zamajaczyła potężna ludzka sylwetka. Ten ktoś machnął ręką, nakazując nam iść za sobą. Po chwili znaleźliśmy schronienie w niewielkiej skalnej grocie.

- To ty? Żyjesz?! - zdziwiłam się, widząc człowieka, któremu dwa lata temu opatrzyłam rany.

- Kto to? - zdziwił się Andrzej, obserwując wysokiego, barczystego mężczyznę, któremu długa broda spadała na piersi, a oczy lśniły dziwnym blaskiem. - Marzena, on jest bosy - szepnął.

Rzeczywiście, tajemniczy jegomość nie miał butów. A jego łydkę pokrywała wielka blizna, pamiątka po tamtym wydarzeniu. Nie odezwał się do nas słowem i usiadł w bezpiecznym oddaleniu, ale cały czas nas obserwował.

- Wiesz, czasem myślałem, że to była twoja fantazja - przyznał szeptem Andrzej. - Ale mówiłaś prawdę. Jak on żyje w tych górach? Jak daje sobie radę? Trzeba to komuś zgłosić!

Chwilę jeszcze rozmawialiśmy, zjedliśmy czekoladę, którą miałam w plecaku. Chciałam dać kawałek naszemu wybawcy, ale odsunął się jeszcze dalej. Przytuliłam się do ukochanego, wkrótce usnęliśmy.

Obudziłam się z drzemki kilka godzin później. Nasz towarzysz zniknął. Wstałam, bo usłyszałam dziwny szelest. Wychyliłam głowę z groty. Śnieg przestał padać, znów zrobiło się cicho. Dopiero po chwili usłyszałam dziwne pochrapywania i kroki. "O nie, tym razem mi nie uciekniesz!", pomyślałam i wyszłam z jaskini. Przed nią, na dziewiczo białym śniegu, widniały wyraźne zwierzęce ślady...

Podniosłam głowę. Całkiem niedaleko mnie, na wzniesieniu, stało najpiękniejsze zwierzę, jakie kiedykolwiek widziałam. Ogromny szarobiały wilk. Jego gęste futro poruszało się lekko przy każdym podmuchu wiatru. Nagle odwrócił pysk, nastawił czujnie uszu i spojrzał mi prosto w oczy dumnymi, bursztynowymi ślepiami. Podobnymi do oczu tajemniczego wędrowca. Nie bałam się. Czułam, że stworzenie nie chce zrobić mi krzywdy.

- Powodzenia - powiedziałam głośno, a wilk obnażył ostre kły.

Zwierzę machnęło ogonem, odwróciło się i odeszło. Na jednej z tylnych łap widać było wielką bliznę... "Spłaciłeś dług", pomyślałam i wróciłam do jaskini.

Wierzę, że dwukrotnie spotkałam niesamowitą górską istotę... Władcę tej śnieżnej krainy.

Marzena J., 37 lat

Dowiedz się więcej na temat: góry | góry TOPR | góry GOPR | wilk | okładka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje