Reklama

Reklama

Wróciliśmy ze Szkocji, dla synka i najbliższych

Wyjechaliśmy za granicę, szukając lepszego życia. Kiedy urodził się Maksio, zrozumiałam, że zabawki nie zastąpią mu dziadków – mówi Agata.

Wyjechaliśmy za granicę jeszcze przed ślubem. Po studiach, które zaliczyłam ze świetnym wynikiem, zatrudniłam się w firmie ogrodniczej - opowiada Agata Pecyna.

- Zarabiałam zaledwie 1200 złotych, pracując nawet w weekendy. W dodatku szefowa wysyłała mnie w pole do noszenia kamieni! Postanowiłam z narzeczonym, że poszukamy szansy na odmianę losu za granicą. Mieliśmy dość tej szarpaniny, nie widzieliśmy tutaj perspektyw. Ostatecznie pojechaliśmy do Edynburga w Szkocji - kontynuuje opowieść Agata.

- Na miejscu czekało nas lekkie rozczarowanie. Pokój, który zaoferowali nam Polacy znalezieni w internecie, był drogi i byle jaki. Płaciliśmy 700 funtów miesięcznie, czyli ponad 3,7 tys. zł za szafę i łóżko w małej klitce! Przez pierwsze tygodnie walczyli o przetrwanie. - Chodziliśmy od firmy do firmy w poszukiwaniu pracy - wspomina Michał. - Angielskiego co prawda uczyliśmy się w szkole, ale okazało się, że nie rozumiemy za wiele. Byliśmy jednak zdeterminowani, nie chcieliśmy wracać do Polski z poczuciem klęski.

Reklama

Po dwóch tygodniach Agata zatrudniła się jako pokojówka w hotelu, a Michał na zmywaku w chińskim barze. Jemu było trudniej, pracował po kilkanaście godzin dziennie. Wracał do domu dopiero nad ranem, wykończony. - Po jakimś czasie zwolniło się miejsce na kuchni w hotelu Agaty. Od razu dała mi cynk i przeniosłem się do tamtejszej restauracji. Wreszcie mogliśmy spokojnie żyć. Nie musieliśmy - tak, jak wcześniej w Polsce - liczyć każdej zarobionej złotówki podczas zakupów - podkreśla Michał.

Z każdym miesiącem Agacie i jej narzeczonemu układało się coraz lepiej. Pobrali się. Wynajęli malutki domek z widokiem na morze, taniej niż u Polaków.

- Rok po przyjeździe do Szkocji zobaczyłam na ciążowym teście dwie kreski. Poczułam się taka szczęśliwa... W siódmym miesiącu ciąży skorzystałam z płatnego urlopu. Postanowiliśmy, że wynajmiemy mieszkanie w Linlithgow, 30 km od Edynburga, bo Michał znalazł tam etat chirurga drzew, a zawód ten wykonywał w Polsce. Znaleźliśmy niedrogie, ładne mieszkanie z ogródkiem w XVI-wiecznej kamienicy - wspomina Agata.

Do pełni szczęścia brakowało jej jednak bliskich. Żałowała, że nie może dzielić się na co dzień swoją radością z rodzicami, teściami, rodzeństwem i ukochaną przyjaciółką. - Zdałam sobie sprawę, ile tracę, mieszkając tak daleko od nich. Przegapiłam zaręczyny przyjaciółki od serca, ślub kuzynki i kuzynów męża, pogrzeby mojego chrzestnego ojca i dziadka... - zamyśla się Agata.

- Myślałam też o tym, że Maksio nie ma na co dzień dziadków, cioć, wujków, kuzynów. Tęskniłam... Zaczęłam o tym rozmawiać z mężem. Początkowo nie za bardzo rozumiał. Mieliśmy ot tak, rzucić stabilne, wygodne życie i wrócić do Polski na bezrobocie lub śmieciowe umowy? Jego rozsądne argumenty nie trafiały z kolei do mnie. Wiedziałam, że nie potrafię żyć na obczyźnie.

Agata od pewnego czasu pracowała w Szkocji w cukierni, po powrocie do Polski miała więc zająć się wypiekaniem tortów. Michał chciał fotografować. - Zarejestrowaliśmy się w Urzędzie Pracy i postanowiliśmy powalczyć o dotację na założenie własnych biznesów. Michałowi się udało, mnie nie przyznano funduszy. Komisja uznała, że taka firma nie ma szans na rynku. Nie zamierzałam się jednak poddawać. Kilka miesięcy później ponownie złożyłam wniosek o dotację i tym razem ją dostałam - cieszy się Agata.

Urzędnicy byli w błędzie, bo to firma Michała nie przetrwała, a Agata wypieka torty i całkiem nieźle sobie radzi. - Zdarzają się i trudne chwile, w grudniu zeszłego roku miałam wyjątkowo mało zamówień - wyznaje. - W pewnym momencie pomyślałam nawet: "I po co było tutaj wracać?".

Mimo to Agata nadal uważa, że podjęli słuszną decyzję. - Finansowo jest nam trudniej niż w Szkocji. Zarabiamy o wiele mniej. Michał nie mógł znaleźć pracy na miejscu i dojeżdża codziennie ponad 30 km do Mszczonowa. Najważniejsze jednak, że mamy przy sobie rodziców, rodzeństwo, przyjaciół - podkreśla. - Maksio, choć urodził się w Szkocji, to właśnie w Skierniewicach czuje się jak w domu. Uwielbia spędzać czas z dziadkami i kuzynami. Cieszę się, że ma szczęśliwe dzieciństwo wśród najbliższych.

Edyta Urbaniak

Tekst pochodzi z magazynu

Tina

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje