Reklama

Reklama

Za co kochamy telenowele?

Po co nam nasze problemy i szare życie jeszcze na ekranie? To wersja druga, poprawiona - bohaterowie ulubionych telenowel zawsze jakoś wychodzą z opresji, a tym samym, podpowiadają nam rozwiązania. Za przykład niech posłuży historia Krysi Lubicz - w momencie, kiedy bohaterka zmagała się na ekranie z rakiem piersi, wzrosła liczba kobiet robiących badania.

Reklama

Nie mniejszą popularnością cieszą się: opowiadający ulubioną Polaków historię o zwaśnionych rodach serial "Złotopolscy" oraz przedstawiający losy popegierowskiej wsi serial "Plebania".

Bohaterowie, którzy kilka razy w tygodniu goszczą w naszych domach, stali się nam bliscy jak sąsiedzi. Odtwórcy ulubionych bohaterów uskarżają się, że nawet prywatnie odbierani są jako ksiądz czy lekarz, a spotykani ludzie udzielają im rad, mających pomóc wyjść z kłopotów i opresji.

Moja praca - moje życie

Emitowany pod koniec lat 90. amerykański serial "Ally McBeal" zapoczątkował modę na seriale tematyczne. Dotychczas fascynowaliśmy się głównie policjantami - z Miami albo rodzinnym Borewiczem. Tytułowa Ally McBeal to prawniczka z Bostonu, która wraz z partnerami z kancelarii prowadzi nietypowe sprawy. Jej perypetie towarzysko-miłosne przeplatają się z historiami klientów kancelarii.

Po środowisku prawniczym przyszła kolej na medyków. I tak na ekranach pojawili się: "Chirurdzy", lekarze z "Ostrego dyżuru" czy rodzimi bohaterowie z "Na dobre i na złe". Dzięki nim poznaliśmy objawy, nazwy i leczenie wielu mniej lub bardziej skomplikowanych chorób.

Od kilku sezonów kolejnych fanów zdobywa aspołeczny acz diabolicznie seksowny doktor House. Światowej sławy diagnosta, prywatnie brutalnie szczery, unikający pacjentów, uzależniony od środków przeciwbólowych, stał się lekarzem idealnym.

Któż z nas, złożony dziwnymi objawami, których nie jest w stanie zidentyfikować lekarz z najbliższego ZOZ-u, nie oddałby się w ręce House`a? A że niemiły? Ważne, że wyleczy. No i te oczy...

Wsi sielska, anielska

Każdy kolejny sezon to debiut nowego serialu, każda stacja telewizyjna ma swój sztandarowy tasiemiec. Przy odrobinie sprytu można się przenieść z jednego do drugiego. Jednak ulubionym serialem Polaków pozostaje niezmiennie od lat "M jak Miłość". Bohaterowie goszczą na telewizyjnych ekranach od 10 lat. Istnieją fankluby i zloty miłośników, a prawa do serialu wykupiła telewizja rosyjska.

Lek na samotność?

Co więc takiego uwiodło nas w historiach innych ludzi, że nie wyobrażamy sobie życia bez pory stałej emisji serialu? Według amerykańskich psychologów z Uniwersytetów w Bufflo i Miami, taki wirtualny związek z bohaterami ulubionych seriali daje nam poczucie przynależności do grupy.

Postacie goszczące w naszych domach przez wiele lat stają się bliskie, niczym sąsiedzi. Podczas spotkania z nimi zapominamy o samotności i, nierzadko, o braku realnych znajomych czy przyjaciół.

Jak pokazuje życie, bohaterowie wymyślonych historii stają się na tyle bliscy, że omawiamy ich losy, zastanawiamy się nad motywami i konsekwencjami ich postępowania, ich historia staje się naszą historią.

Warto jednak, oczekując na kolejny trudny przypadek w medycznej karierze doktora House`a, zadbać o kontakt z kimś, kto nie jest wytworem scenarzystów i reżyserów. Seriale to może i dobry lek na samotność, ale ludzkość zna lepsze sposoby. O wiele lepsze.

Anna Piątkowska

Dowiedz się więcej na temat: Dr House | losy | Polska Rzeczpospolita Ludowa | seriale | problemy | serial | bohaterowie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje