Reklama

Reklama

Zabójcza miłość

Romantyczny wieczór z ukochanym nagle przerodził się w horror...

Widok milionów fruwających w powietrzu iskier do złudzenia przypominał złoty deszcz, a płomienie wzbijały się tak wysoko, że zdawały się dotykać jęzorami rozgwieżdżonego nieba. Czerwona poświata unosząca się nad ogniskiem pomalowała płynącą w dole Wisłę na ciemnoczerwony kolor, tworząc złudne wrażenie, że woda zmieniła się w rwącą rzekę krwi.

Reklama

Ta wiosenna noc 2011 roku wbiła mi się w pamięć z niezwykłą wyrazistością, jakbym podświadomie czuła, że za moment stanie się coś nieodwracalnego. - Szkoda, że rano wyjeżdżamy - wymruczał mi do ucha Robert i wziął mnie w ramiona.

Poznaliśmy się zimą w dość dramatycznych okolicznościach. Byłam jedną z tych pozbawionych wyobraźni kretynek, które lubiły spacerować po skutym lodem zalewie. Pewnego popołudnia lód pękł. Moja prawa noga zaklinowała się między krami na amen. Nie mogłam jej wyciągnąć.

Robert przechadzał się plażą. Dostrzegł mnie przez lornetkę i natychmiast rzucił się na ratunek. Myślał, że tonę, więc nie zawracał sobie głowy telefonami do stosownych służb. Po chwili, nie dbając o własne bezpieczeństwo, wyciągnął mnie z wody, postawił na nogi, opatulił kurtką i zmusił do forsownego biegu.

- Jeszcze kilkadziesiąt metrów i znajdziesz się w ciepłym miejscu - obiecywał i słowa dotrzymał, bo niedługo potem wepchnął mnie do swojego samochodu i rozkręcił ogrzewanie na ful.

Miłość spadła na nas niczym grom z jasnego nieba. Robert nie tylko uratował mi życie. On zmienił je na lepsze i nadał mu sens. Był mądry, czuły, opiekuńczy i wrażliwy. Miał niesamowite poczucie humoru, sklep ze sprzętem elektronicznym, markowe auto, dom za miastem i talent do pichcenia. Kupował mi kwiaty, zapraszał na degustację swoich potraw i płakał na filmach. Wydawał się ideałem, spełnieniem moich najskrytszych pragnień, drugą połówką mitycznego jabłka.

Nasz wspólny wyjazd był jak piękny sen. Podróżowaliśmy po Polsce, nie trzymając się żadnego planu, niczym żądne przygód dzieciaki. Nocowaliśmy w eleganckich hotelach, zapyziałych gospodach albo w aucie, pod chmurką. Każdego dnia budziliśmy w nowym miejscu. Każdego ranka witał nas przez okno inny krajobraz. Czuliśmy się wolni i nieludzko szczęśliwi.  

- Może byś za mnie wyszła? - zaproponował wtedy nad Wisłą, po długim i bardzo namiętnym pocałunku. - Na przykład w październiku - ciągnął, nie czekając na moją reakcję. - Weźmiemy ślub w małym wiejskim kościółku, najlepiej drewnianym, a na miesiąc miodowy wybierzemy się gdzieś daleko, na Bali albo do Indii.

- No wiesz?! - prychnęłam pozornie rozczarowanym tonem. - A gdzie kwiaty, szampan, pierścionek zaręczynowy?

- Wszystko w swoim czasie - obiecał. - Na razie pytam nieoficjalnie. To jak, przyjmiesz oświadczyny?

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo w ciszę nocy niespodziewanie wdarł się warkot silnika. Od strony lasu zbliżał się samochód. Dochodziła północ, znajdowaliśmy się na pustkowiu, daleko od szosy, więc nie mógł to być przypadkowy turysta, który postanowił zapytać o drogę.

- Chyba rozpaliliśmy ognisko na czyjejś łące i ten ktoś się wkurzył - mruknęłam.

Robert milczał, a na jego pogodnym zazwyczaj obliczu pojawił się dziwny grymas. Nie od razu pojęłam, że to lęk, bo nigdy wcześniej nie widziałam go przestraszonego. Przez chwilę obserwował auto w pełnym napięcia skupieniu, a potem lekko się wzdrygnął.

- Uciekaj. Skacz do wody i płyń na drugi brzeg! - powiedział nieswoim głosem.

Nie posłuchałam. Sądziłam, że tylko się wygłupia.   

- Myślisz, że facet nas za to zastrzeli? - spytałam pół żartem, pół serio i mocniej się do niego przytuliłam.

Wtedy na mnie spojrzał. Zrobił to w taki sposób, że poczułam na plecach przenikliwe zimno. Jego oczy nie były oczami kochanka, tylko ślepiami przerażonego zwierzęcia, które znalazło się nagle w potrzasku. 

- Uciekaj, do cholery! - powtórzył.

Światła nadjeżdżającego auta zaczęły złotymi snopami ciąć granatowy nurt Wisły. Dotarło do mnie, że Robert widzi w tej warczącej maszynie nadciągające niebezpieczeństwo i pragnie mnie przed nim uchronić. Przez głowę przeleciała mi niepokojąca myśl, że w samochodzie siedzą groźni bandyci, ale zupełnie nie rozumiałam, skąd o tym wie i jak ich rozpoznał w tych ciemnościach.

- Dlaczego mam uciekać? Kim są ci ludzie? - spytałam.   

Zamiast odpowiedzieć, pognał do swojego audi, wyjął coś z bagażnika i wcisnął za pasek spodni. Wiedziałam, co to jest, ale miałam nadzieję, że wzrok płata mi figle. Po chwili otworzył drzwi od strony kierowcy.  

- Właź i zablokuj zamki - warknął nieznoszącym sprzeciwu tonem.

Jego twarz zmieniła się nie do poznania. Rysy stwardniały, mięśnie stężały. W jego oczach czaiło się szaleństwo.

- Kiedy tamci wysiądą z auta, wdepnij gaz do dechy i zwiewaj, nie oglądając się za siebie, rozumiesz?

Nie rozumiałam, ale nie dyskutuje się z facetem, który trzyma rękę na kolbie pistoletu. To, co zdarzyło się później, przypominało kadry z mrocznego thrillera.

Czarne BMW z przyciemnionymi szybami zahamowało kilka metrów od brzegu rzeki, a ze środka wysiadło trzech dobrze ubranych panów w średnim wieku. Mieli stalowe garnitury i rozchełstane koszule, a po ich ustach błąkały się delikatne uśmiechy. Wyglądali luzacko - jak biznesmeni wracający z delegacji. Dwóch z nich, blondyn i brunet, zbliżyło się do ogniska. Trzeci został przy aucie.   

Mój facet lekko zbladł, dyskretnym ruchem odbezpieczył broń i wymamrotał w moim kierunku:  - Teraz!

Wcisnęłam się głębiej w fotel i dotknęłam palcami kluczyka, ale nie potrafiłam go przekręcić.

- Cześć, Johnny. Kopę lat - odezwał się jeden z mężczyzn. - Co z tobą? Nie pokazujesz się, nie odbierasz telefonów, nie poinformowałeś nikogo o przeprowadzce... Ukradłeś nasze pieniądze. Nieładnie traktować w ten sposób kumpli.

- Szczególnie, że wiele tym kumplom zawdzięczasz. Czy tak postępuje przyjaciel? - spytał drugi nagannym tonem, jakby chciał przywołać do porządku niesfornego dzieciaka.

- Ściąłeś włosy - zauważył. - A gdzie twoje słynne okularki? Zdejmij łapę z gnata. Wiesz, że Skóra bywa nerwowy.

Skóra, czyli trzeci z mężczyzn, odsunął się trochę od drzwi samochodu. Zadrżałam, bo zobaczyłam w jego dłoniach pistolet maszynowy.  

Telefon narzeczonego poniewierał się na półce, pod szybą. Mogłam bez trudu po niego sięgnąć i wezwać pomoc, ale nie znalazłam w sobie odwagi, żeby to zrobić. Lufa pistoletu przyciągała mój wzrok jak magnez i paraliżowała każdy ruch. Robert zbladł jeszcze bardziej i uniósł ręce nad głowę.

- Jak mnie namierzyliście ? - spytał.

Znał bandytów, a oni znali jego. Gorzej. On z nimi pracował, a to, czego byłam świadkiem, nazywało się fachowo gangsterskimi porachunkami. Ta oczywista od samego początku prawda przebiła się wreszcie do mojej świadomości i rozerwała serce na strzępy. Nie mogłam uwierzyć, że dałam się tak omamić. Nie chciało pomieścić mi się w głowie, że przez pół roku sypiałam z oszustem i kłamcą.  

- Przypadkiem - odparł zapytany gangster. - Rudy zatrzymał się wczoraj w Kazimierzu. Właśnie zamawiał zupę, kiedy mignąłeś mu przez okno knajpy. Zadzwonił do mnie, a ja poleciłem cię śledzić. A w zasadzie was - sprostował i odwrócił się w moim kierunku.  

- Szefie, ona nie ma pojęcia, że jestem... - zaczął tłumaczyć Robert.      

- No przecież widzę, że to porządna dziewczyna - wszedł mu w słowo brunet. - Ja też nie chcę, żeby stała jej się krzywda - dodał po chwili, ale nawet w moich uszach zabrzmiało to jak groźba. - Gdzie forsa za prochy? - zmienił nagle temat. 

- Nie ma - odparł pospiesznie Johnny - Większość wydałem na lewe papiery, dom i brykę. Resztę zainwestowałem w nowy interes. Zostało mi 10, może 15 tysięcy.

- Kretyn - podsumował to wyznanie blondyn i sięgnął dłonią pod marynarkę, gdzie miał schowany pistolet. - Wiesz, że muszę to zrobić, prawda?

Robert kiwnął głową i posłał mi przepełnione rozpaczą spojrzenie. Zdawał sobie sprawę, że za chwilę umrze. Zaskoczyło mnie, że nie próbował się bronić, że nie sięgnął po spluwę. Po prostu stał przed oprawcami, niczym skazaniec przed plutonem egzekucyjnym. Myślę, że to bierne zachowanie podyktowane było troską o moje bezpieczeństwo.     

- Nie martw się. Włos jej z głowy nie spadnie - obiecał blondyn i... wykonał wyrok.

Otworzyłam usta do krzyku, ale z mojego gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Mogłam tylko z niemą bezradnością patrzeć, jak obcy facet o pseudonimie Rudy, pakuje ciało mojego ukochanego do bagażnika BMW.

Z szoku i odrętwienia wyrwał mnie odgłos pukania. Obok auta stał jasnowłosy morderca i uderzał lufą pistoletu o gładką powierzchnię szyby. Pomyślałam, że teraz moja kolej, że przyszedł mnie zabić i o mało nie zwariowałam ze strachu.

- Możesz zadzwonić na policję, ale nie wcześniej niż za pół godziny - powiedział. - Jeśli zrobisz coś głupiego, skończysz jak twój chłoptaś - na dnie rzeki. Po tych słowach schował broń do kabury i ruszył do grzejącego silnik BMW. Czekałam dłużej niż pół godziny. Szok i strach trzymały mnie w kleszczach prawie do brzasku.

Mój Robert miał tak naprawdę na imię Arkadiusz. W policyjnej kartotece figurował jako Johnny. Podejrzewano go o handel narkotykami i konszachty z mafią, ale nigdy nie przyłapano na gorącym uczynku. Zginął, bo ukradł swoim mocodawcom pół miliona euro.

Ci mocodawcy to niebezpieczni i bezwzględni ludzie. CBŚ bezskutecznie ściga ich od lat. Więcej szczegółów zdradzić nie mogę, bo toczy się w tej sprawie wielowątkowe śledztwo.     

Od dramatycznych wydarzeń nad Wisłą minął równy rok, a ja ciągle nie mogę się pozbierać. Tęsknię za Robertem, nie potrafię o nim zapomnieć. Czy miłość może być do tego stopnia ślepa?                

Basia I., 35 lat


Dowiedz się więcej na temat: gangsterzy | gangsterskie porachunki | mafia | narkotyki | okładka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje