Reklama

Reklama

​Zasługujemy na dobrą miłość. I dobry seks

Remigiusz Ryziński w książce "Moje życie jest moje" opisuje życie bohaterów, którzy nie przejmują się konwenansami /123RF/PICSEL

Reklama

Mam wrażenie, że ta ulga i prawdziwość, o której mówisz, często rodzi się na podwalinach złamanego serca, rozczarowania, złych doświadczeń.

- Czasem tak jest, ale to nie reguła. Ponadto mimo, że wspólną istotą moich bohaterów jest akceptacja siebie i pragnienie szczęścia, to nie każdy z nich jest szczęśliwy i nie każdy z akceptacją się spotyka. Seks jest linią tematyczną tej książki, ale mówię w niej o świecie, w którym istnieje niesamowita przemoc kulturowa. Wiele osób jest na terapii, część się odurza, pije albo ma jakieś inne uzależnienia, część bez leków nie wyjdzie z domu - to wynik tego, że żyjemy w kulturze, która nas nieustannie ocenia. W końcu zaliczamy upadek - ktoś cię zrani, dotknie złym słowem albo nie da ci lajka. Do tego ciągła autokontrola.

Reklama

- Postaci, które występują w mojej książce, przeżywają takie zawody, ale ich traumatyczne przeżycia i zło, którego ewentualnie doświadczają stają się początkiem bycia sobą: to życie jest moje, ja jestem swój własny. Bycie dobrym dla siebie jest fundamentem szczęścia, relacji ze światem i innymi ludźmi. Co ani nie jest łatwe, ani hedonistyczne. Żaden z moich bohaterów nie jest hedonistą, nawet Paweł.

Choć bardzo by chciał.

- Celem Pawła jest zadowolenie płynące z zadawalania kobiet, sprawianie im przyjemności.

Tak? Odebrałam go wręcz przeciwnie - że to on czerpie przyjemność z tego, że zostanie doceniony przez dużą ilość kobiet.

- Mam wrażenie, że kobiety tak widzą Pawła, słyszałem już taką opinię. Tymczasem on nie jest ani mizoginem, ani jakimś maczystą. On autentycznie kocha kobiety, nie jest im wierny, owszem, ale jest cały dla nich. Jest "spełnioną fantazją", tyle że dla wielu jednocześnie. Paweł zawsze podkreślał: "Wiesz, czego pragną kobiety? Żeby ich wysłuchać". I Paweł ich słucha, rozmawia z nimi, pieści, kocha - a potem odchodzi. Jego celem nie jest uwieść i zostawić, tylko wysłuchać i dać impuls, żeby były sobą.

- Zresztą pytałem kobiet, które występują w książce (i nie tylko), czego pragną i czym jest męskość, której poszukują. Wszystkie mówią: męskość to rodzaj siły, która daje siłę mnie. A jednocześnie nie jest opresyjna, tylko otwierająca. Jak dobra miłość i dobry seks.

I destrukcyjna. Dla mnie to moc dawania poczucia bezpieczeństwa.

- Też, ale nie taka, która odbiera władzę i tożsamość.

Czyli może męskość to to, co jest w stanie wytrzymać kobiecość?

- Ładnie powiedziane. Moje bohaterki szukają właśnie takiej męskości. A także fajnego seksu, nawet jeśli te poszukiwania wiodą je od jednego mężczyzny do innego. Jak w przypadku Anny. Ona szuka faceta, który zrozumie, czego ona chce. Każdy kolejny ciągle czegoś od niej żąda, nie wiedzą kim ona jest, ciągle ją traktują, jakby przychodzili z bucikiem do Kopciuszka i mówili: "Zobacz, nóżka się wciśnie". A ona mówi: "Nie chcę tego, chcę być inna". Anna to kobieta silna i to chyba ona występuje w roli księcia, który szuka tego idealnego dopasowania. Kończy te próby, kiedy tylko orientuje się, że dana relacja nie ma sensu, że nie jest dla niej.

Anna poszukuje tego jedynego, "testując" wielu. A na imprezach swingersów, które opisujesz, pojawiają się kobiety, którym przyjemność sprawia atencja wielu jednocześnie. Nawet, a czasem może zwłaszcza, kiedy mąż patrzy.

- Byłem na imprezach, które opisuję. Uważny na szczegóły, czujny, patrzyłem na bawiących się, ale i na przykład na barmanów, którzy tam pracowali, czy zwracają uwagę na to, co się dzieje, oceniają to, wiedzą, gdzie są. Na początku to wszystko wygląda całkiem zwyczajnie, a w sali, w której odbywa się impreza główna, czyli seks po prostu, atmosfera narasta. Tym, co czyni na przykład swingersów szczęśliwymi, to poczucie przynależności do grupy. Świadomość, że nie jesteś chory, nie jesteś świrem, rozwiązłym, puszczalskim. Że masz prawo do zabawy, bo inni też je mają.

- Kiedy pisałem o tym doświadczeniu, zastanawiałem się, dlaczego oni to robią? Sam seks nie jest odpowiedzią wystarczającą. Wydaje mi się, że chodzi właśnie o poczucie wspólnoty. Jestem tam, gdzie jestem, z innymi takimi samymi jak ja. Choć oczywiście na poziomie mikro oni mnie też oceniają.

Ale chyba częściej pozytywnie, niż negatywnie.

- Tak. Stąd wynika obezwładniające poczucie wolności. Że jesteś wśród swoich i możesz sobie pozwolić na bycie szczęśliwym.

Bycie innym - takim samym.

- Właśnie! Wszyscy jesteśmy inni - tacy sami. To jest niesamowite! Każdy z nas jest inny, ma własne losy i pragnienia, a jednocześnie wchodzimy w relacje i budujemy poczucie wspólnoty i mamy te same ideały: akceptację, sympatię, miłość.

Pisząc tę książkę przedefiniowałeś sobie jakoś pojęcie dewiacji?

- Jeśli mowa o parafiliach, to żadna z tych osób, o których piszę im nie ulega. Parafilia to czyny, które zabronione są przez prawo, wykraczają poza normę. Do tego zaliczamy wszystkie rodzaje gwałtu, w tym przymuszanie do seksu w małżeństwie; poza tym oczywiście wszelkie rodzaje pedofilii, wliczając w to oglądanie czy zbieranie materiałów o takiej treści; dalej kazirodztwo; obcowanie ze zwierzętami - zoofilię oraz nekrofilię. Żadna z parafilii nie łączy się z konkretną seksualnością, ani nią nie jest.

- W ramach wszystkich istniejących orientacji seksualnych są różne zachowania seksualne i preferencje. Zasadą jest to, że w kontaktach następuje świadoma i pełna zgoda dojrzałych członków danego aktu seksualnego. Czyli każdy z nas wie co robi, może w tym brać udział pod względem prawa, zgoda na to nie jest wymuszona, ani w żaden sposób uzyskana przez fakt, że np. ktoś jest pijany. Jeżeli wszyscy zgadzamy się co do sposobu realizacji naszych pragnień, to wszystko jest w porządku. Nawet jeśli to jest masochizm, bo i tu pojawia się szacunek dla partnera, nawet jeśli jest on uległy i wykonuje pewne zadania.

Po to się chyba ustala hasła, które mają przerwać dany akt, kiedy przestanie się komuś podobać.

- Te hasła to trochę mit. Chodzi raczej o umowę, której żadna strona nigdy nie przekracza. Osoby masochistyczne dają sobie robić to, co sobie dają robić osobom dominującym dlatego, że mają absolutną pewność, że granice ustalone przed aktem nie zostaną naruszone. To święte prawo.

Ale musisz też wiedzieć, czy one sprawią ci autentyczną przyjemność.

- Dlatego tak ważna jest rozmowa i szczere, odważne artykułowanie swoich potrzeb. Wiele osób takie zachowania utożsamia z pornografią. A to w ogóle tak nie wygląda. Mówi o tym w książce uległy mąż, którego żona ma seks z innymi mężczyznami, a on to dokumentuje. Ten typ relacji to cuckold, czyli rogacz. Pornografia jest ekscytującą, ale przerysowaną, skrzywioną wizją seksualności człowieka. Czerpanie inspiracji z aktów seksualnych przedstawianych w pornografii może prowadzić do głębokich zaburzeń. A moim bohaterom chodzi o autentyczne szczęście.

Czy pisanie o szczęściu daje szczęście, a pisanie o seksie poprawia seks - czytaj na następnej stronie >>>

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje