Reklama

Reklama

Życie to bajka

Zapałki jak ludzie

Reklama

Pokłóciła się z tatą, rozstała z narzeczonym. To zbiegło się z jej wyjazdem na studia aktorskie do Warszawy. Czuła się zagubiona i niepewna. Co wieczór płakała w poduszkę. Samotność była dla niej dotkliwie bolesna.

Po dwóch miesiącach zaczęła odnosić pierwsze sukcesy w szkole i to dodało jej otuchy. Mieszkała na stancji u aktorki Anny Ciepielewskiej. Okazało się, że obie urodziły się 7 stycznia. - Może to przypadek, w każdym razie dostałam od niej wiele matczynego ciepła i wsparcia. Zrozumiałam, że zapałkami, którymi się ogrzewam, są ludzie. To oni pozwalali mi przetrwać. Wkrótce pogodziłam się z ojcem i wszystko zaczęło się układać.

Anna Dereszowska chyba nie umiałaby opowiedzieć swojego życia tak, jak opowiada się bajkę. Chciałaby mieć wspomnienia, ale wielu rzeczy nie pamięta. To taki posttraumatyczny system obronny, na który nie ma wpływu. - Jest mi przykro, bo często nie zapamiętuję osób, książek, filmów. Przez jakiś czas próbowałam pisać dziennik, ale zabrakło mi systematyczności. Niedawno kupiłam kamerę i za jej pomocą utrwalam ważne wydarzenia. Teraz najważniejsza jest Lenka. Urodziła się dokładnie w rocznicę śmierci mojej mamy. Może to znak, że ona nad nami czuwa?

Anna Dereszowska wyrabia córce paszport. Po filmie "Lejdis" w reżyserii Tomasza Koneckiego zaprzyjaźniła się ze swoimi ekranowymi koleżankami: Edytą Olszówką (Łucją), Izabelą Kuną (Gośką) i Magdaleną Różczką (Monią). Wkrótce planują wspólny wypad za granicę, razem z dziećmi. A na wiosnę znów spotkają się przed kamerami i wystąpią w drugiej części kinowego hitu.

- Dopiero gdy zostajemy rodzicami, przypominamy sobie, jak wygląda świat z dziecięcej perspektywy - mówi Dereszowska. - Lenka jest jak aniołek. Grzeczna i uśmiechnięta. Lubię patrzeć, jak Piotr się z nią bawi, jak się przytulają. Ale kiedy to ja biorę ją na ręce, mam wrażenie, jakbym stała trochę z boku. Na słowo "mama" reaguję, jakby to nie chodziło o mnie. Wciąż się oswajam. Mam nadzieję, że na świat przyjdą kolejne dzieci. I że żadne z nich nie będzie samotne.

Pamięta, że w dzieciństwie trudno jej było pogodzić się z zakończeniem bajki. Z tym, że nikt nie pomógł dziewczynce z zapałkami. Dziś, jako osoba dorosła, reaguje na to sprzeciwem.

- Wierzę w happy endy. Uważam, że dzieci należy uczyć zaufania do ludzi. Tego, że jednak można na nich liczyć.

Opowieść wigilijna - Jurek Owsiak

- Moje życie jest bajką. Trzy czwarte z tego, co robię, powstało z marzeń - zapewnia Jurek Owsiak, fenomenalny organizator Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. - "Opowieść wigilijną" odbieram przede wszystkim jako potrzebę spojrzenia w głąb siebie. Z tym, że dla mnie odpowiednim do tego momentem nie jest Wigilia, lecz styczniowy finał Orkiestry.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje