Reklama

Reklama

Życie to bajka

Cierpliwość i konsekwencja

Reklama

Długo szukał miejsca w życiu, pięć razy zdawał na ASP, raz na psychologię. Nic z tego nie wychodziło. Wspomina, jak w czasach głębokiej komuny zadzwonił do niego zaprzyjaźniony bard Jan Kelus: "Stary, jest robota dla ciebie, za trzy tysiące, w pracowni artystycznych lichtarzy". Na miejscu Owsiak zobaczył, że chodzi o witraże. Co za ulga! Witraże zawsze mu się podobały ze względu na swoją bajkowość. Do pracowni trafił bez żadnych umiejętności, wszystkiego uczył się od początku. Zafascynowała go atmosfera cofniętego czasu, rozgrzane do czerwoności piece. Wciąż przechowuje swój pierwszy witraż - kopię świętego Jerzego walczącego ze smokiem.

Tak więc jak Dickensowski Scrooge przeżył wewnętrzną przemianę.

- Pracowaliśmy w kościołach. Dla mnie, wychowanego w domu ateistycznym, to było przeżycie duchowe. Po kilku latach od ślubu cywilnego zdecydowaliśmy się z żoną na ślub kościelny.

Witraże nauczyły go cierpliwości i konsekwencji. I tego, że najpierw musi być wizja, a potem z małych kawałków trzeba poskładać obraz. Wykorzystał tę wiedzę przy organizacji Wielkiej Orkiestry.

- Ale nawet w bajkach nie wszystko układa się gładko - ostrzega. - Można trafić na Babę Jagę albo smoka ziejącego ogniem. Kiedy spotykamy kogoś, kto nas nie rozumie i zwalcza, mówimy mu po prostu: "Nie przeszkadzaj!".

Fundację założył osiemnaście lat temu z żoną i kilkorgiem przyjaciół. Dziś pracują w niej także jego dwie córki. - To nie żaden nepotyzm - zapewnia. - To wspólna pasja.

Sam odnalazł ją późno, bo kiedy zajął się działalnością charytatywną, miał już trzydzieści siedem lat.

Zazwyczaj otacza go tłum ludzi. - Chyba tylko raz poczułem się sam i to było bardzo bolesne - wspomina. - Osiem lat temu na Przystanku Woodstock w Żarach zdenerwowałem się na nielegalnych handlarzy, dałem się ponieść emocjom. Doszło do szarpaniny, jakiś stojak się przewrócił, przyjechała policja. Myślałem, że to epizod, ale myliłem się. W prasie zrobiono z tego wielką aferę. Nikt z władz miejskich nie podał mi wtedy ręki, tylko sprzątaczka zapytała: "Panie Jurku, kiedy pan do nas wróci?". "Już chyba nigdy", odpowiedziałem. W następnym roku przenieśliśmy imprezę do Kostrzyna.

Jazda bez trzymanki

Na swojej bajkowej drodze Jurek Owsiak spotyka nie tylko przeszkody, ale też nieoczekiwane dary losu. Osiemnaście lat temu ówczesny szef "Dwójki" Maciej Domański zaproponował mu autorski program telewizyjny. Tak powstał pomysł na "Róbta, co chceta, czyli rockandrollową jazdę bez trzymanki". - Zrobiliśmy 128 odcinków, dostaliśmy wszystkie możliwe nagrody telewizyjne, ale największą satysfakcję poczułem, gdy udało mi się nakłonić do występu nieosiągalnego Stanisława Mikulskiego - wspomina Owsiak. - Spotkaliśmy się w Bristolu, pijemy kawę i ja mówię: "Panie Stanisławie, może by pan wystąpił?". "Ale kim pan jest?", pyta aktor. "Robię program w telewizji", odpowiadam. "No dobrze, ale co ja miałbym powiedzieć?". "A taki tekst", mówię i podsuwam mu karteczkę. "No chyba pan żartuje?", żachnął się Mikulski.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje