Reklama

Reklama

Życie to bajka

Paulina Młynarska nie odczytuje tej baśni jednoznacznie. - Bo kim jest rodzina rozbójników? To nie są ludzie, którzy otaczają swoje dzieci szczególną opieką. Ja też nie byłam nią otoczona - zauważa. - Moje dzieciństwo naznaczone było tęsknotą za rodzicami, których nigdy nie było. W domu zostawała z nami gosposia, która gotowała i sprzątała, więc obie z siostrą chodziłyśmy ubrane i najedzone, a jednak zostawałyśmy same ze wszystkimi naszymi lękami i problemami. Wydaje mi się, że nieustraszona i samodzielna dziewczynka z bajki pomagała mi uporać się z tymi lękami.

Reklama

Dopiero wiele lat później przyszło jej do głowy, że być może Gerda i Rozbójniczka to dwie strony kobiecej natury.

Kaj nie wraca...

- Na baśniową fabułę można spojrzeć jak na symboliczne odzwierciedlenie związku z ojcem lub innymi mężczyznami - podpowiada Młynarska. - Odnaleziony wreszcie w pałacu królowej Kaj wcale nie chce wracać. Widzę w tym analogię do moich usilnych prób zwrócenia na siebie ojcowskiej uwagi, zresztą na ogół kompletnie poronionych z powodu jego choroby. On potrafi być skoncentrowany wyłącznie na swojej twórczości. Oczywiście to mnie bolało, ale przecież on tego nie chciał. Może to cena za olbrzymi talent, jakim został obdarowany? W każdej rodzinie, w której się nie układa, istnieje poczucie winy, które raz do roku rekompensowane jest górą prezentów.

- Nazywaliśmy je "culpą", od łacińskiego zwrotu "mea culpa"- tłumaczy Paulina Młynarska. - Rodzice często wyjeżdżali, koncertowali, czuli, że coś zaniedbują. Ich "culpa" sprawiała, że Wigilie u nas były bardzo udane.

Do stołu siadało zwykle około dwudziestu osób, święta miały artystyczną oprawę, przypominały wielki spektakl. W salonie stała gigantyczna choinka, którą dzień wcześniej ubierała ze starszą siostrą Agatą. Na co dzień strasznie się kłóciły, ale w święta ogłaszały rozejm. Ważnym momentem było szykowanie potraw wigilijnych.

- W kuchni rządziła gosposia Hela uważana przez wszystkich za anioła. Na chwilę można było zapomnieć, że jest kryzys i że w sklepach wszystkiego brakuje. Mama dokonywała cudów, żeby zgromadzić w zamrażarce zapasy. Ojciec jechał po chleb i to był chyba jedyny raz w roku, kiedy troszczył się o zaopatrzenie. Na stole pojawiały się kapusta z grzybami, barszcz, no i rozmaite ryby, w tym ulubiona potrawa ojca - śledź w śmietanie. Opisał ją jako danie metafizyczne w piosence "Jest jeszcze panna Hela".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje