Reklama

Reklama

Chuda, chudsza, śmierć

Wzruszałam ramionami i szłam do kuchni. Przynosiłam jej kanapki albo odgrzany obiad i wychodziłam, żeby nie przeszkadzać. Zżymałam się, kiedy rano widziałam, że prawie tego nie tknęła.

Reklama

- To ja gotuję, a ty co?! Ty wiesz, ile to kosztuje?! Jedzenia wyrzucać nie będę!

Zuzia niechętnie patrzyła na talerz.

- Kiedy ja nie lubię mielonych - tłumaczyła albo pokazywała nadgryzioną kromkę, mówiąc, że przecież zjadła! Obok leżały jeszcze dwie nietknięte.

- Bo nie znoszę żółtego sera - rzuciła.

- Od kiedy? - brałam się pod boki.

- Jeszcze niedawno się nim zajadałaś.

- No i przejadłam się - mruczała i na tym kończyły się rozmowy z nią. Nie zamierzałam jej prosić. "Zgłodnieje, to zje", machałam ręką na jej głupie fochy. Miałam już dosyć tego "okresu dojrzewania"! Nic Zuzie nie smakowało. Trudno jej było czymkolwiek dogodzić. "Księżniczka!", wzruszałam ramionami.

Dziś wyrzucam sobie brak czujności. Bo przecież nie troski czy miłości! Tak bardzo ją kocham i tak bardzo starałam się być dobrą mamą... Nie chciałam się z nią wykłócać, krytykować. Uważałam, że trzeba jej zostawić swobodę, tak jak moja matka mi. Że zdobywanie doświadczeń najlepiej jej pomoże wyrosnąć na osobę samodzielną. Czy robiłam źle? Chyba tak... Byłam zmęczona, zapracowana. Brałam nadgodziny, żeby zarobić na nasze potrzeby, żeby Zuzia nie czuła się gorsza niż jej zamożne rówieśnice. Dopiero w styczniu dotarło do mnie, że z Zuzią dzieje się coś niedobrego. Zbliżała się studniówka. Jej pierwszy bal! Odkładałam na jej kreację trzy miesiące! Ale choć obeszłyśmy kilkanaście sklepów, nie mogłyśmy dobrać dla niej sukni. Wszystkie były za duże.

- To są już najmniejsze rozmiary - powiedziała ekspedientka dziwnym tonem, jakby mi chciała coś zasugerować. Zaskoczona, spojrzałam uważnie jeszcze raz w lustro na córkę - i zadrżałam! Jak to możliwe, że dotychczas tego nie zauważyłam?! Tych wystających łopatek, tych dołków pod obojczykami, a przede wszystkim tych kości policzkowych sterczących nad szczęką! Podziękowałam i szybko wyszłyśmy ze sklepu. W drodze do domu klepałam coś od rzeczy, o wszystkim i o niczym, żeby tylko Zuzia nie zauważyła mojego przerażenia. Żeby sama się nie zlękła!

Nazajutrz zarejestrowałam ją do lekarza. Opierała się, buntowała, nawet się prawie popłakała, że nie pójdzie z mamusią, jak dziecko na wizytę, ale ja nie ustąpiłam. Nie mogłam jej puścić samej, kiedy podejrzewałam... raka!!! Prawie nie oddychałam, gdy lekarka opukiwała i osłuchiwała chude plecy Zuzi. Zanotowała coś w papierach, dała trzy skierowania i posłała na koniec korytarza na badania na cito. Niecałą godzinę później przejrzała je w milczeniu. Spytała jeszcze Zuzię, czy ciężko jej idzie nauka i nagle poprosiła mnie, żebym poczekała na korytarzu! Zdumiona i przerażona chodziłam tam i z powrotem. Kilkanaście minut później zaprosiła mnie do środka i teraz z kolei Zuzi kazała wyjść na zewnątrz. Usiadłam, wstrzymując oddech, i czekałam na najgorsze.

- Czy pani wie, co to jest anoreksja? - zapytała. Podniosłam na nią osłupiałe oczy i szepnęłam "tak" półżywa ze szczęścia. A więc to nie rak! Nie jakaś straszna śmiertelna choroba, ale zwykłe odchudzanie!

- Boże - westchnęłam z ulgą. - Tak się bałam, że to coś poważnego.

Lekarka popatrzyła mi w oczy.

- To jest bardzo poważne - powiedziała. - Pani córka ma metr siedemdziesiąt wzrostu i waży czterdzieści kilo. Bardzo schudła, ale uważa, że jest pyzata. Wybałuszyłam oczy.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje