Reklama

Reklama

Czy znajdzie się dla nas ciepły kąt?

- Mhm, jeszcze karmię.

Reklama

- To dobrze. Pokarm matki to najcenniejsze lekarstwo!

I tak znalazłam się w szpitalu razem z Michałkiem. Do domu wracałam tylko na chwilę, zabrać jakieś rzeczy i napalić w piecu, chociaż to nadal niewiele dawało. Nie chciałam jednak, aby na ścianach pojawił się grzyb i żeby zamarzły nasze rzeczy. Myłam się w szpitalu i jadłam w stołówce. Ta miła pielęgniarka mi to załatwiła. A jak Michałek poczuł się lepiej, zostawiałam go i chodziłam do pracy. Chciałam zapłacić za moje łóżko, ale pielęgniarka wzięła ode mnie pięćdziesiąt złotych i powiedziała, że to wystarczy, tylko żebym napisała podanie, że jestem w trudnej sytuacji.

Chociaż Michałek był chory i martwiłam się o niego, od dawna nie mieszkaliśmy w tak dobrych warunkach. Było nam ciepło, bezpiecznie, mieliśmy co jeść, a wokół życzliwych ludzi. Gdy mały zasnął, chodziłam oglądać przez szybę inne dzieci. Słabe, bezbronne, leżały w inkubatorach. Żal mi było tych biednych maluchów.

"Dobrze wiem, co to samotność", myślałam. "A takie maleństwa są samotne, zamknięte w szklanych pudełkach. Wiadomo, to dla ich dobra, ale to i tak jest smutne!".

Któregoś dnia przyłapała mnie na tym pielęgniarka. Myślałam, że się pogniewa.

- Przepraszam bardzo, przyszłam tu tylko rozprostować nogi - usprawiedliwiałam się. - Mój synek się obudził?

- Nie, śpi jak aniołek i chyba już niedługo wyjdziecie do domu, bo dziś nie miał w ogóle temperatury - odpowiedziała na to zadowolona i nawet nie zauważyła, że wcale się nie ucieszyłam.

To cudowne, że Michałek zdrowiał, ale nie chciałam wracać do lodowatego mieszkania. Znów pewnie zachoruje! Nagle ogarnęła mnie panika. Co mam zrobić?

- Szkoda mi tego malucha - pielęgniarka zmieniła temat i pokazała drobnego niemowlaka, śpiącego niespokojnie w inkubatorze. - Jego mama nie ma pokarmu, a on jest słabiutki... Przydałoby mu się matczyne mleko...

- Ja go mogę karmić - powiedziałam spontanicznie i zaraz się zawstydziłam. Bo co ja mogę pomóc takiemu dziecku, gdy w szpitalu są mądrzejsi ode mnie?

- To jest bardzo dobra myśl! - pielęgniarka spojrzała na mnie z uśmiechem. - Spytam pediatrę, co ona na to!

Wszyscy byli za. Zrobili mi tylko badania, żebym dziecka czymś nie zaraziła i już parę dni później, gdy Michał się najadł, biegłam karmić małego Grzesia.

Cieszyłam się, że chłopiec coraz mocniej zaciska maleńkie piąstki, że jego szczupła buzia nabiera kształtu małego jabłuszka i rumieńców.

- Służy mu to twoje karmienie, jego mama nie może się ciebie nachwalić - powiedziała pielęgniarka. Dla mnie była w tym jedna korzyść. Michałek i ja mogliśmy nieco dłużej pobyć w szpitalu, bo przecież byłam tu potrzebna.

Któregoś dnia poznałam także babcię Grzesia.

- Chciałabym się jakoś odwdzięczyć. Czy mogę coś dla pani zrobić? - spytała.

- Mam trochę kłopotów, ale chyba nie można mi pomóc - westchnęłam.

- Niech mi pani opowie - zaproponowała.

No i powiedziałam o rodzicach, o wychowawcy z domu dziecka, który mi tyle pomógł i o swoim nieszczęsnym mieszkaniu.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje