Kłopoty? Masz jak w banku!

Weszłam do kuchni i załamałam ręce. Pralka ochoczo wirowała, a po każdym obrocie bębna wypływały spod niej falami pieniste kałuże.

- Cześć! No popatrz, jak pech to pech - powitałam męża, który akurat wrócił z pracy. - Wczoraj wysiadła lodówka, dziś pralka. Nieszczęścia chyba rzeczywiście chodzą parami.

Reklama

- Trójkami - poprawił mnie. - Gaźnik w aucie się chyba zapchał, bo przerywa i z miski olejowej cieknie - wyjaśnił.

Załamałam ręce. Nasza lodówka już od dawna terkotała jak zepsuty traktor. Była wiekowa i naprawdę nie należało się dziwić, że w końcu odmówiła współpracy. Ale żeby tak wszystko na raz?!

- Nie wiem już, jak łatać domowy budżet - rzuciłam z westchnieniem. - A tu jeszcze tyle kłopotów za jednym zamachem!

Wacław pogłaskał mnie po ręce.

- Nie zamartwiaj się - poprosił. - Damy jakoś radę - powiedział. - I tak już od dawna zastanawiałem się nad wymianą pralki i lodówki.

Po obiedzie zrobiliśmy "rachunek sumienia". Podliczyliśmy wszystkie konieczne wydatki oraz nasze dochody i wyszło nam, że potrzebujemy pięć tysięcy.

- Kurczę! - załamałam ręce. - Skąd my wytrzaśniemy tyle pieniędzy?

- Trudno, weźmiemy pożyczkę.

Jeszcze tego samego dnia podeszliśmy do naszego banku i zapytaliśmy o potrzebną nam kwotę. Niestety, odmówiono nam. Ja nie pracowałam, mąż zarabiał niewiele, a przy tym ciągle mieliśmy do spłacenia kilka rat za jakiś poprzedni kredyt. Na próżno zapewnialiśmy, że podołamy. Ich zdaniem nie bylibyśmy w stanie regularnie spłacać rat.

Jak niepyszni wracaliśmy do domu.

- I co będzie? - westchnęłam zmartwiona. - Na rodzinę też nie mogliśmy liczyć. Rodzeństwo miało pozaciągane kredyty, a rodzice byli na emeryturze.

- No, chodź, co tak stanąłeś? - ponagliłam męża, który zatrzymał się przed słupem i wpatrywał w coś z uwagą.

- Widziałaś to? - zapytał.

- Co? - nie chciało mi się wracać.

- Szybkie i przystępne pożyczki gotówkowe - odczytał. - Decyzja w dziesięć minut, na co chcesz, bez zaświadczeń i poręczycieli!

Podeszłam zaciekawiona.

Reklamowa ulotka obiecywała oprocentowanie zaledwie dziewięć procent.

- To chyba niemożliwe - zwątpiłam. - Może by zapytać znajomych, czy to przypadkiem nie jakiś szwindel?

- E - Wacław oderwał nadciętą karteczkę z bankowym numerem telefonu. - Zadzwonimy i wszystkiego się dowiemy.

Jeszcze tego samego dnia miła pani, która odebrała telefon, umówiła nas na spotkanie z doradcą.

Nazajutrz zaraz po obiedzie pojechaliśmy pod wskazany na karteczce adres. W eleganckim wnętrzu, na puszystym dywanie przywitała nas sympatyczna kobieta, chyba ta sama, z którą Wacław rozmawiał poprzedniego dnia. Wysłuchawszy, o co chodzi, poprowadziła nas do odpowiedniego stoliczka.

- To jest pan Grzegorz - przedstawiła nam młodego człowieka. - Nasz doradca do spraw pożyczek i kredytów.

Usiedliśmy na miękkich krzesełkach. Wszystko tu było takie przyjazne, prawie rodzinne.

- Państwo chcą wziąć pożyczkę? - zainteresował się uprzejmie pan Grzegorz.

- Tak - potwierdziliśmy chórem.

- A na jaki czas?

- No - zawahał się mąż. - Tak, żebyśmy mogli bez zbytniego obciążenia budżetu ją spłacić.

Pan Grzegorz wyciągnął kilka folderów informacyjnych i zaczął przedstawiać nam ofertę. Starałam się słuchać uważnie i początkowo nawet mi się to udawało, ale fachowe sformułowania i specyficzny bankowy język sprawiły, że po prostu przestałam nadążać. Zerknęłam na Wacława. Siedział skupiony i chyba tak samo jak ja, nie bardzo chwytał zawiłości, bo nagle przerwał naszemu rozmówcy i zapytał konkretnie:

- To udzielą nam państwo tej pożyczki na dwa lata i na dziewięć procent?

- Ależ tak! - rozpromienił się pan Grzegorz. - Jeśli państwo są zdecydowani, możemy sfinalizować sprawę. To nie zajmie długo. Poproszę o dowody osobiste.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje