Reklama

Reklama

Masz kasę, to się liczysz

„Czy ty nie masz ambicji?!”, pytałem żonę, gdy postanowiła rzucić dobrze płatną pracę i zostać nauczycielką.

Moja dziewczyna zawsze imponowała mi swoją pracowitością. Już podczas studiów pracowała na pełnym etacie, co wcale nie było łatwe, bo przecież ciągnęła dwa kierunki: anglistykę i germanistykę. Mnie ledwo starczało czasu i siły na jeden fakultet. Byłem pewny, że Alina zrobi karierę. Tym bardziej więc się zdziwiłem, gdy kiedyś, jeszcze na studiach, zdradziła mi swoje największe marzenie.

- Zawsze chciałam być nauczycielką... - powiedziała z westchnieniem.

- Weź nie żartuj! - roześmiałem się. - Nauczyciele zarabiają grosze. Poza tym uczniowie mają ich za nic!

Reklama

- Wiem, dlatego na razie to tylko marzenie... - westchnęła moja dziewczyna. W okolicach czwartego roku studiów oboje znaleźliśmy pracę w zagranicznych koncernach. Alina była tłumaczką, a ja kandydatem na menedżera, ale dość dobrze rokującym, bo po roku firma zafundowała mi studia menedżerskie. Wtedy oboje z Aliną doszliśmy do wniosku, że nadszedł czas na ślub. Kończyliśmy studia, dużo zarabialiśmy, nie było więc na co czekać, tym bardziej że zamierzaliśmy kupić wspólne mieszkanie.

To prawda, że teraz mieliśmy dla siebie mniej czasu. Trzeba było spłacać kredyt, więc oboje braliśmy każde zlecenie. Bywało, że wyjeżdżaliśmy z domu o szóstej rano, a wracaliśmy późnym wieczorem. W wolne weekendy, które nam się czasem zdarzały, śmialiśmy się z naszego zakręconego stylu życia. Ja zresztą doskonale to znosiłem, zauważyłem jednak, że Alinę ta sytuacja męczy. Zasypiała w samochodzie, a potem już na nic nie miała ochoty. Martwiłem się o nią, ale na szczęście okazało się, że niepotrzebnie, bo moja żona nie była chora, tylko... w ciąży.

Wprawdzie nie planowaliśmy wtedy jeszcze powiększenia rodziny, ale oboje bardzo cieszyliśmy się na to dziecko. Już sobie wyobrażaliśmy, jak nasz maluszek tupie po całym mieszkaniu i wszędzie słychać jego śmiech. Jednak podczas pierwszego USG okazało się, że Alina spodziewa się bliźniąt! Takiej niespodzianki nie przewidzieliśmy...

- To typowe dla ciebie - powiedziałem ze śmiechem. - Najpierw ciągnęłaś dwa fakultety, a teraz od razu chcesz urodzić dwójkę dzieci. Czy ty, dziewczyno, nie jesteś czasem zbyt ambitna? - zażartowałem.

Chciałem jej jakoś dodać otuchy. Ale ona tylko się lekko uśmiechnęła, chyba trochę się bała.

- Tylko jak my sobie poradzimy? - zaczęła się martwić. - Ja nie mogę pracować, dziecko, a właściwie dzieci, w drodze, a tu jeszcze trzeba spłacać kredyt...

- Tym się nie martw - uspokoiłem ją. - Podobno mam dostać awans. Tak więc z pieniędzmi nie powinno być problemu.

I faktycznie nie było. Może nie żyliśmy tak jak dotąd, ale niczego nam nie brakowało. Planowaliśmy, że po urlopie macierzyńskim zatrudnimy jakąś nianię i Alina wróci do swojej dawnej firmy. Jednak rodzicielstwo było dla nas szokiem. Nie spodziewaliśmy się, że dwójka dzieci może tak zamieszać w życiu. A nasze maluchy, Maciuś i Hania, potrafiły być bardzo wymagające.

Zresztą ja i tak niewiele wiedziałem o opiece nad noworodkami, bo wychodziłem do pracy i wracałem z niej dopiero wieczorem. Zamykałem za sobą drzwi i czułem się wolny od całego galimatiasu. Ale martwiłem się o żonę, jak ona, biedna, da sobie radę z dwójką wiecznie głodnych krzykaczy. Jednak Alina doskonale sobie radziła. Była spokojna i uśmiechnięta. Ciągle tuliła maluchy do siebie i wyglądała na naprawdę szczęśliwą. Patrzyłem na jej zmęczoną twarz i czułem dla niej jeszcze większy podziw niż dotąd. Czas mijał szybko i zbliżał się koniec urlopu macierzyńskiego. Wydawało mi się, że perspektywa wyrwania się z domu uskrzydli moją żonę, ale ona wcale nie wyglądała na zadowoloną. Wprost przeciwnie, sprawiała wrażenie przygaszonej i nieszczęśliwej.

Kandydatkom na nianię Maćka i Hani Alina zadawała mnóstwo pytań. Domagała się referencji od poprzednich pracodawców. Właściwie to żadna z kobiet jej nie przekonała. W końcu jednak zatrudniliśmy panią Stasię, która wydawała się najbardziej godna zaufania. Odniosłem wrażenie, że nasze dzieci rozstanie z matką znosiły lepiej, niż ona z nimi. Całą drogę do pracy Alina płakała, a w firmie podobno w ogóle nie mogła się skupić. Tłumaczyłem jej, że pani Stasia jest osobą godną zaufania, jednak to chyba w ogóle do niej nie docierało.

- Nie mogę być tak długo poza domem - mówiła wieczorem, gdy wracaliśmy z pracy. - Dzieci pewnie już śpią! Nie pobawię się z nimi. Powiedz, Kuba, co to za życie... Czy o tym marzyliśmy?

I tak było przez wszystkie kolejne dni. Pocieszałem Alinę, mówiłem, że się przyzwyczai, ale nic do niej nie docierało. Po dwóch tygodniach moja żona oświadczyła, że złożyła wymówienie. Kiedy to usłyszałem, a akurat prowadziłem samochód, o mało nie spowodowałem wypadku. Zjechałem gwałtownie na pobocze i zatrzymałem się.

- Ale po co od razu wymówienie? - zapytałem. - Mogłaś poprosić o urlop wychowawczy i po roku wrócić do firmy, a tak zamknęłaś sobie szansę na powrót.

- Kuba, posłuchaj mnie. Ja to sobie już wszystko dobrze przemyślałam i doszłam do wniosku, że oboje nie możemy pracować po kilkanaście godzin na dobę. Dzieci muszą mieć kontakt przynajmniej z jednym z rodziców...

- No i? - zapytałem. - Postanowiłam zostać nauczycielką języka i uczyć w szkole albo w przedszkolu. W prywatnych przedszkolach językowych to nawet nieźle płacą, więc może nawet nie ucierpielibyśmy na tym finansowo zbyt mocno - zakończyła i popatrzyła na mnie z napięciem.

- Żartujesz, prawda... - chciałem się upewnić, ale ona potrząsnęła głową.

- Wcale - odparła z powagą. - Pamiętasz, mówiłam ci kiedyś, że zawsze chciałam zostać nauczycielką...

- Alina, nie rozumiem cię! - przerwałem jej gwałtownie. - Znasz perfekcyjnie dwa języki i możesz pracować wszędzie, a ty chcesz uczyć w szkole?

- Tak - powiedziała zdecydowanym tonem. - Już to postanowiłam. Złożyłam nawet papiery w takim prywatnym przedszkolu niedaleko naszego mieszkania. Będę pracować sześć godzin dziennie, a potem wracać do domu, do dzieci.

Patrzyłem na nią zaszokowany.

- A gdzie twoje ambicje, Alina?! - nie wytrzymałem. - Chcesz być jakąś miernotą? Przecież w szkole pracują tylko ci, którzy gdzie indziej nie dali sobie rady!

- To nieprawda! - oburzyła się żona. - Ja miałam wielu doskonałych nauczycieli, dla których uczenie było pasją! Nie wolno ci tak mówić o nauczycielach!

- Wiem, że trochę przesadziłem. Ale pomyśl, kochanie, o mnie. Niedługo mam wejść do zarządu firmy, będę się spotykał z ludźmi na poziomie, jak ja im powiem, że ty już nie jesteś znakomitą tłumaczką tylko... nauczycielką w przedszkolu? - miałem nadzieję, że chociaż ten argument skłoni ją do zmiany decyzji. Alina patrzyła na mnie przez moment.

- Będziesz się mnie wstydził? - spytała.

- Ciebie nie, tylko tego, co robisz - chciałem jakoś załagodzić sprawę. Alina westchnęła ciężko.

- Boże, gdzie ja miałam oczy?! Dlaczego nie widziałam, że z ciebie taki płytki facet? - dodała, potem szarpnęła za klamkę samochodu i wysiadła.

- Alina, to nie tak! Martwię się o ciebie. Przecież po takiej pracy z dziećmi, w hałasie, będziesz kłębkiem nerwów. Alina, gdzie idziesz?! - krzyczałem za nią.

- Na przystanek. Nauczycieli nie stać na rozbijanie się samochodem! - odkrzyknęła szyderczo i włożyła słuchawki do uszu. Jechałem obok niej, ale za mną zrobił się straszny korek i kierowcy zaczęli trąbić. Dodałem więc gazu i odjechałem. Byłem na nią wściekły. Jak ona mogła tak postąpić?! Po pierwsze - nie zapytała mnie o zdanie! Po drugie, sama podjęła decyzję! A po trzecie i najgorsze - postanowiła zostać nauczycielką! Zaparkowałem auto i poszedłem do parku, żeby ochłonąć. Myślałem o ludziach, z którymi teraz mam do czynienia. Wszyscy są majętni i ustosunkowani. Żony moich szefów i członków zarządu to na pewno kobiety na poziomie: lekarki, prawniczki, kobiety interesu... Jak ja im wszystkim będę przedstawiał swoją żonę? Jako przedszkolankę? Nauczycielkę? "Nie, Alina nie może mi tego zrobić!", myślałem coraz bardziej wściekły.

Ale moja żona nie zmieniła swojej decyzji. Co gorsza, w nowej pracy naprawdę jej się podobało. Na początku trochę się na nią boczyłem i nie słuchałem uważnie tych wszystkich jej opowieści o dzieciach, które uczyła, czy o koleżankach. Jednak po kilku dniach zauważyłem, że ona naprawdę wygląda na zadowoloną. Częściej się uśmiechała i była weselsza. "Może więc ta zmiana wyszła jej na dobre?", próbowałem sobie wytłumaczyć, ale nigdy nie powiedziałem tego na głos. Po kilku tygodniach byłem już niemal przekonany, że Alina postąpiła słusznie. "Ona jest szczęśliwa i chyba to jest najważniejsze...", myślałem wtedy. Ale kilka dni później całkowicie zmieniłem zdanie. Zbliżał się koniec roku i szef zaprosił cały zarząd na kolację do restauracji. Mieliśmy przyjść z żonami...

Wiedziałem, że podczas takiego spotkania ludzie będą rozmawiać i przy okazji wyjdzie, że ona jest przedszkolanką! Już sobie wyobraziłem te żarty i docinki kolegów pod moim adresem, że moja żona podciera tyłki dzieciakom! Jednocześnie jednak nie mogłem iść na to przyjęcie bez Aliny. Dwudziestego grudnia poprosiliśmy panią Stasię, by została z dziećmi na noc i poszliśmy na ten bankiet. Wszystkie kobiety były elegancko ubrane, ale moja żona wyglądała zachwycająco. Wszyscy faceci zwracali na nią uwagę. W pewnej chwili prezes poprosił mnie na "rozmowę".

- Panie Kubo, jestem bardzo zadowolony z pana pracy - powiedział, ściskając mi dłoń. - Nie pomyliłem się, wprowadzając pana do zarządu.

- Dziękuję, panie prezesie...

- To dla pana - dodał, podając mi białą kopertę z premią.

- A czy ta urocza młoda dama, z którą pan przyszedł, to żona?

- Tak, ma na imię Alina.

- To dlaczego pan nigdy nic o niej nie mówi? Przecież taką kobietą należy się chwalić - uśmiechnął się mój szef.

- Eee, po prostu jakoś nigdy nie było okazji - tłumaczyłem pokrętnie.

- A czym się zajmuje pana żona?

- Eee... Uczy angielskiego dzieci w przedszkolu - wyrzuciłem z siebie szybko.

- Och, te dzieciaki to szczęściarze, mają taką wspaniałą nauczycielkę. Ale, ale, pana żona musi koniecznie porozmawiać z moją! Elżbieta do niedawna uczyła geografii w gimnazjum, na pewno szybko znajdą wspólny język...

Do domu wróciliśmy grubo po północy. Mieliśmy doskonałe humory.

- Widzisz, Kuba, mówiłeś, że ci twoi szefowie to buce, a okazało się, że największym jesteś ty. Nikt nie komentował złośliwie mojego zawodu. A Ela niedawno przeszła na emeryturę i strasznie mi zazdrości tego, że pracuję z dziećmi.

- Ela?! Jesteś po imieniu z żoną prezesa?

- A co się dziwisz, my nauczyciele to jedna wielka rodzina. Trzymamy się razem, jak klan. I co, dalej uważasz, że nie mam żadnych ambicji?

- Nie, teraz wiem, że ty to po prostu lubisz, a pasja w pracy jest przecież ważniejsza od chorych ambicji - rzuciłem ze skruchą.

Z życia wzięte

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: pieniądze | małżeństwa | praca | szkoła

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje