Reklama

Reklama

Niczego się już nie boję

- Dokąd się pchasz, kretynko? Śmierci szukasz?! - wrzeszczeli na mnie kierowcy, którzy zmuszeni byli do gwałtownych manewrów, aby uniknąć wypadku.

Reklama

Gdy docierałam do krawężnika po drugiej stronie, krew pulsowała mi w żyłach, a w głowie czułam przyjemny szum, jakbym napiła się szampana. Zaczęłam zdawać sobie sprawę, że to, co robię, nie jest normalne. Zaczęłam się obawiać siebie i swoich reakcji. Pewnego wieczoru, kiedy zaczynałam nocną zmianę, pracownik kantoru wymiany walut, który mieścił się w hotelowym holu, właśnie kończył podliczanie kasy.

- Nareszcie do domu? - spytałam z uśmiechem.

- A gdzie tam - odpowiedział pan Sławek ze skwaszoną miną. - Jeszcze muszę pójść do banku.

- Sam pan będzie szedł? - zdziwiłam się.

- Zawsze robi to szef, ale tym razem nie mógł - westchnął. - Wezmę taksówkę, ale i tak będę się bał. Paskudne zajęcie. Nie dość, że niebezpieczne, to jeszcze marnie płacą. Pieski świat - narzekał pan Sławek, pakując pieniądze do małej walizki.

- Ja tam bym się z panem zamieniła - przekomarzałam się z nim.

Staliśmy odwróceni plecami do wejścia i nie zauważyliśmy, jak do hotelu wpada trójka młodych ludzi. Odwróciłam się.

- Słucham, czego panowie sobie... - zaczęłam, ale przerwali mi gwałtownie.

- Zamknij się i pod ścianę - warknął do mnie najwyższy z nich. - A ty dawaj forsę i ani słowa!

Jakaś mgła na chwilę przesłoniła mi oczy i zanim zdążyłam zrozumieć, co robię, rzuciłam się w kierunku napastników.

- Co ty myślisz, gnoju, że możesz tak sobie sięgać po czyjeś pieniądze?! - wrzasnęłam do nich.

Oniemieli na chwilę, a potem jeden z nich spokojnie wyjął spod kurtki broń.

- Koniec wygłupów. Dawaj forsę - powiedział lodowatym tonem.

Czułam, że sytuacja jest poważna. Pan Sławek dawał mi paniczne znaki, żebym się uspokoiła, ale to, co mnie pchało do nierównej walki, było silniejsze ode mnie. Zaczęłam się szarpać z facetem, który już sięgał po pieniądze. W tym momencie do holu weszli goście.

- Chodu, chłopaki! - wrzasnął ten z bronią i po chwili nie było już po nich śladu.

Bliska zemdlenia osunęłam się na podłogę. W głowie kołatała mi jedna myśl: "Co ja zrobiłam, przecież mogłam zginąć". Nie potrafiłam już dłużej udawać, że wszystko minie bez śladu. Sama byłam dla siebie zagrożeniem.

- Doradź, co mam robić - prosiłam brata, któremu w końcu odważyłam się opowiedzieć o swoich wyczynach.

- Myślę, że musimy ci znaleźć dobrego psychologa - powiedział z troską.

Tak zaczął się mój drugi od czasu wypadku powrót do normalnego życia. Psychoterapeuta, który prowadził moją terapię, wyjaśnił mi, że silne przeżycia związane z wypadkiem wyzwoliły we mnie cechy charakteru, które ukrywałam przez wiele lat. Gdy zginął mój mąż, podświadomie przyjęłam, że teraz muszę bronić rodziny i walczyć dla naszej córeczki, ale przy okazji także dla innych, słabszych i uciskanych. Byłam przekonana, że właśnie dlatego ocalałam. Uwierzyłam, że jestem pod specjalną ochroną i nic mi się nie może stać.

- Niestety, jest pani tak samo śmiertelna, jak wszyscy - powiedział mi terapeuta. - Musimy popracować nad tym, aby ta świadomość towarzyszyła pani w dalszym życiu. Także dla dobra Kasi.

Terapia oraz moje wysiłki doprowadziły w końcu do tego, że udało mi się zapanować nad potrzebą ciągłego odczuwania silnych wrażeń.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje