Reklama

Reklama

Nie waż się kochać żony gliniarza

Zauroczyła mnie śliczna klientka. Niestety, nie wiedziałem, że czeka mnie starcie z jej zazdrosnym mężem...


Reklama

Jola zaczęła robić zakupy w moim sklepie dwa lata temu. Prawie od razu zwróciłem na nią uwagę: weszła, zaczęła się rozglądać, wrzuciła do koszyka kilka sprawunków, podeszła do lady. Z uśmiechem wypytała o sery i słodkie bułki, wzięła kilka pączków i wyszła, zostawiając dyskretny zapach perfum. Spodobała mi się, ale myślałem, że wpadła do mnie na zakupy przypadkowo, że po prostu była w okolicy.

Kilka dni później przyszła z dziewczynką na oko dziesięcioletnią, a potem znowu. Najpierw się ucieszyłem, że wróciła, potem moja radość przygasła, bo ta mała mówiła do niej "mamo".

Zachodziła do mnie regularnie i domyśliłem się, że musiała się po prostu niedawno sprowadzić na to osiedle. Ale jakoś nie pojawiał się z nią żaden facet. Nie kupowała też rzeczy, które się kupuje z myślą o mężu. Brała sporo warzyw i owoców, trochę nabiału, słodycze dla małej. Żadnej pianki do golenia, niewiele pieczywa, jeśli wędlinę, to kilka plasterków. Jakby kupowała wyłącznie dla siebie i córki...

Kiedyś wreszcie odważyłem się i zapytałem, czy wybrałaby się ze mną na pizzę. Zawahała się.

- Właściwie... chętnie - rzuciła jednak.

Po pizzy była kawa, po kawie wystawa w muzeum. Świetnie mi się z Jolką rozmawiało, rozumieliśmy się wpół słowa. O żadnych deklaracjach nie było jeszcze mowy, nie poruszaliśmy też bardziej osobistych tematów, ale widziałem, że i ona jest mną zainteresowana. Kiedy się spotykaliśmy, z jej córką zawsze zostawała babcia - wbiłem sobie więc do głowy, że Jolka jest samotną matką.

Któregoś dnia wracaliśmy z kina spacerem, rozmawiając o filmie, i byliśmy już pod jej blokiem. Nagle Jolka zwolniła i zrobiła dziwną minę.

- O cholera, mój mąż - rzuciła, wpatrując się w postać sterczącą przed klatką.

- Jesteś mężatką? - zapytałem, a właściwie jęknąłem.

Posłała mi blady uśmiech.

Zakląłem w duchu. No tak. Trafiła mi się kobieta śliczna, mądra, dobra... Jasne, że musiała mieć męża. Na co ja liczyłem?

Podeszliśmy do tego faceta. Był wysoki, barczysty. Spojrzał na mnie tak, że od razu zapragnąłem się zmyć. Już miałem się pożegnać, gdy nagle się odezwał.

- Proszę, proszę, Joleczka ma adoratora - rzucił i zarechotał.

Dziwne to były słowa jak na męża. Nic z tego nie rozumiałem.

- Co tu robisz? - spytała wrogo Jolka.

- Mam chyba prawo odwiedzić żonę i dziecko, co? - wycedził. - Tutaj będziemy rozmawiać? -  zapytał i obrzucił mnie nieprzyjaznym spojrzeniem. - Nie zaprosisz mnie na górę?

- Bardzo cię przepraszam, Jarek... - zaczęła Jola, więc pokiwałem głową.

- Rozumiem. Do zobaczenia - rzuciłem i zostawiłem ich samych.

Czułem się jak idiota.

"Mężatka!", wyrzucałem sobie w drodze do domu. "Co za kanał!"

Nie mogłem zrozumieć, jak to się stało, że Jolka umawiała się ze mną, mając męża. Nie pytałem jej wprost, ale wydawało mi się, że to uczciwa dziewczyna. Że nawet jeżeli gdzieś kiedyś był jakiś mąż, to już go nie ma! I nagle taki zawód! Byłem zły - na nią, na siebie, na cały świat.

Nazajutrz Jolka przyszła do sklepu tuż przed zamknięciem. Zapytała, czy wybiorę się z nią na krótki spacer.

- Porozmawiajmy - poprosiła.

Co miałem do stracenia? Liczyłem, że wreszcie mi coś wyjaśni. Założyłem kurtkę i poszliśmy do pobliskiego parku.

- On mi nie chce dać rozwodu - mruknęła w pewnej chwili, wpatrując się w rzekę. - Nie mieszkamy ze sobą od trzech lat. Nie dzwoni do Gosi, nie odwiedza jej. Moim życiem się nie interesuje, tak naprawdę mnie nie znosi. Ale nie pozwoli mi formalnie odejść.

- Dlaczego? - zapytałem.

- Taki typ - wzruszyła ramionami. - Poznaliśmy się dziesięć lat temu, wtedy był początkującym policjantem. Zawrócił mi w głowie, bo był taki rycerski, odważny. Szybko zaszłam w ciążę, wzięliśmy ślub, urodziła się Gosia... I wtedy tak naprawdę zaczęłam go poznawać.

Czekałem na ciąg dalszy. I doczekałem się. Nie był wesoły.

- Romek okazał się wybuchowy, nerwowy, z czasem coraz bardziej agresywny. Pił, bo mówił, że musi odreagować po stresującej pracy. Nie podobało mi się to, zwłaszcza że Gosia coraz częściej się go bała - opowiadała Jola. - On zresztą nie interesował się specjalnie córką. Mówił, że chciał mieć syna. Wreszcie trzy lata temu, po dzikiej awanturze, wyprowadziłam się z domu. Rodzice mi pomogli, a Roman po miesiącu stwierdził, że właściwie to lepiej mu beze mnie i Gosi. Ale zapowiedział, że rozwodu nie dostanę.

- Jaki to ma sens? - wtrąciłem.

- Mnie nie pytaj - potrząsnęła głową. - Weszłam mu na ambicję i po prostu chce, żeby ostatnie słowo należało do niego. Nie miałam ochoty się z nim użerać, więc odpuściłam, zresztą rozwód nie był mi do niczego potrzebny. Roman na dobre zniechęcił mnie do romansów. Nie chciałam się z nikim wiązać. Przez ostatnie lata stroniłam od mężczyzn. Ale potem poznałam ciebie... - zawiesiła głos. - Nie chcę cierpieć i pozbawiać się szansy na szczęście.

- Więc... cierpiałabyś beze mnie? - zapytałem, wstrzymując oddech.

Pokiwała głową.

Długo rozmawialiśmy i tego dnia zrozumiałem, że chcę być z Jolą, wspierać ją, stworzyć z nią rodzinę. Chciałem być ojcem dla małej Gosi - takim, jakiego potrzebowała.

Kilka dni później wracałem z zakupów w hurtowni, kiedy zatrzymał mnie policyjny patrol. Jechali za mną i dali mi do zrozumienia, że mam zjechać na pobocze. Przetrzepali mi samochód, sprawdzili, czy piłem, wreszcie bardzo uważnie przyjrzeli się dokumentom.

- To prawo jazdy mi się nie podoba - wycedził młody funkcjonariusz, przyglądając się plakietce. - Nie wygląda na oryginalne.

Żachnąłem się. Co on za bzdury wygadywał? Upadł na głowę?!

- Zatrzymuję je do wyjaśnienia - skwitował, nie zważając na moje protesty. 

Zrozumiałem, o co chodzi, kiedy pojechałem odebrać dokument. Bo oczywiście był oryginalny! Gliniarz, który mi go wydawał, nie tylko nie przeprosił - na co liczyłem - ale przyglądał mi się z wyjątkowo paskudnym uśmieszkiem.

- Pozdrowienia od Romka - rzucił półgłosem, kiedy wychodziłem.

- Słucham?! - odwróciłem się od drzwi, ale wzruszył ramionami.

- Nic nie mówiłem -  wycedził.

Ale mnie nagle rozjaśniło się w głowie. To pewnie Roman nasłał na mnie swoich kolegów! Natychmiast opowiedziałem o swoich podejrzeniach Joli.

- Tak, to w jego stylu - potwierdziła. 

Zaledwie tydzień później przyjechałem do sklepu, żeby otworzyć, zaparkowałem auto i... zakląłem.

Szyba była wybita, wystawa zdemolowana, zerwany szyld leżał na chodniku.

Załamałem się. A potem wkurzyłem, bo wezwany przez mnie policyjny patrol... nie chciał przyjąć zgłoszenia!

- Niska szkodliwość - usłyszałem.

I wtedy znowu przemknęło mi przez myśl, że to sprawka Romana. Czy popadłem w manię prześladowczą? 

Niestety nie. Ten facet naprawdę uparł się, żeby utrudnić mi życie. I przeszedł nawet do rękoczynów.

Byliśmy z Jolą na ślubie jej znajomych. Na weselu zjawił się też Roman. Popił i zaczął się mnie czepiać. Rzucał ordynarne żarty, a kiedy odparowałem ostrą uwagą na temat jego inteligencji, nie wytrzymał. Wyciągnął mnie na zewnątrz, przed salę.

- Ty gnoju - rzucił mi w twarz.

Czułem jego oddech na skroni, jego ślina pryskała mi na skórę. Mocno trzymał mnie za kark żelaznym uściskiem. Próbowałem się wyrwać, ale byłem bez szans. Kątem oka dostrzegłem przerażoną Jolę i kilka innych osób.

Próbowałem się bronić, ale wtłukł mi porządnie. Chciałem zgłosić pobicie, ale zgadnijcie, co się stało. Oczywiście policjanci z naszej komendy nie przyjęli zgłoszenia. Rozważałem zawiadomienie prokuratury, ale Roman zadzwonił do Jolki i zapowiedział jej, że jeśli spróbuję czegoś takiego, dopiero wtedy pokaże, na co go stać.

Nie mieściło mi się w głowie, że ktoś może być bezkarny tylko dlatego, że jest policjantem. A jednak.

W dodatku on wyraźnie dopiero się rozkręcał. Wydzwaniał do nas albo przysyłał mi do sklepu patrole. Policjanci wmawiali mi, że były jakieś skargi na burdy pod sklepem. A przecież nawet nie sprzedawałem alkoholu...

I nagle, ku naszemu zdumieniu, skończyło się nachodzenie, telefony... Minął tydzień, dwa, trzy... I wciąż był spokój.

- Nie cieszmy się - mruknęła Jola. - Może chce uśpić naszą czujność, a potem znowu coś wywinie.

Ale Roman wyraźnie nam odpuścił. Zupełnie tego nie rozumieliśmy.

Któregoś dnia Jolka wróciła z pracy wyraźnie podekscytowana.

- Słuchaj, spotkałam dawną koleżankę, to znaczy znajomą Romana i moją... On się zakochał! - zaśmiała się. - Ma dziewczynę, i ona od niego żąda, żeby się ze mną rozwiódł!

- I co, tak po prostu nam odpuści? - nie dowierzałem. 

A jednak. Podobno nowa kobieta Romana miała jakiegoś eksnarzeczonego i Romuś skupił się na zatruwaniu mu życia... Przeprowadził też błyskawiczny rozwód, bo jego wybranka była w ciąży i spieszyło mu się do ślubu. Dzięki temu i my z Jolą mogliśmy się pobrać. 

Mam więc swoją ukochaną i jestem szczęśliwym człowiekiem. Ale to szczęście przysłania czasem gorzka myśl, że sam przeciwko Romanowi nie znaczę nic, bo policjant jest w tym kraju bezkarny. I to nie prawu zawdzięczam spokój, tylko temu, że Roman znalazł sobie innego wroga. Liczę, że o mnie, Joli i Małgosi zupełnie zapomniał.

    Jarek M., 37 lat

Dowiedz się więcej na temat: Z życia wzięte

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje