Reklama

Reklama

Odlot avionetką

Zachowanie nastoletniej córki sąsiadów wydało mi się bardzo dziwne. Wkrótce zrozumiałam, co jest tego przyczyną...

Nie znam zbyt dobrze swoich nowych sąsiadów, bo chociaż mieszkają w naszym bloku już od kilku miesięcy, to rzadko ich widuję. Pewnie oboje dużo pracują, jak wszyscy teraz, a dzieci latają z kluczami na szyi.

Reklama

Sąsiedzi mają dwójkę pociech: pięcioletniego synka i sporo od niego starszą dziewczynkę. Ta Kasia ma już chyba ze trzynaście lat i można jej powierzyć pewne obowiązki. A ponieważ przedszkole małego znajduje się zaraz obok jej szkoły, to właśnie ona zaprowadza brata rano na zajęcia i odbiera go po południu.

Na początku z prawdziwą przyjemnością patrzyłam, jak się nim opiekuje. Była taka uważna i troskliwa... Ale potem kilka razy zauważyłam, że Kasia czasami bywa mało przytomna...

Sądziłam, że może to z powodu choroby - a nuż jest przeziębiona? W końcu gdy człowieka dopadnie katar, ledwo widzi na oczy. Później przyszło mi do głowy, że raczej jest zakochana, jak to nastolatki. Chodzi rozmarzona i buja w obłokach.

Ale pewnego dnia na przejściu dla pieszych dosłownie w ostatniej chwili złapałam ją i brata za ramiona. Mało brakowało, a wprowadziłaby go prosto pod nadjeżdżające auto!

- Dziewczyno, uważaj chociaż trochę!  Bo jak samochód was zabije, rodzice się zapłaczą - upomniałam ją.

Spojrzała na mnie i wtedy zobaczyłam jej oczy. Były dziwne, jakieś nieobecne.

- Źle się czujesz? - zapytałam zaniepokojona, ale ona nawet mi nie odpowiedziała, tylko pociągnęła za sobą brata i tyle ją widziałam!

Pokręciłam głową, zastanawiając się nad tą dzisiejszą młodzieżą. I to ma być przyszłość naszego kraju?!

"Może powinnam pogadać z jej rodzicami?", przemknęło mi nawet przez głowę. Uznałam jednak, że nie będę się wtrącać, bo wielu ludzi nie lubi, kiedy człowiek wchodzi z butami w ich prywatne sprawy.

"Skoro ja zauważyłam, że z Kasią coś się dzieje, to oni na pewno także", pomyślałam. "W końcu to nie żadna patologiczna rodzina, tylko taka zwyczajna".

Kilka dni później musiałam pójść wykupić lekarstwa, które zapisał mi lekarz. Trochę z tym zwlekałam, bo miałam inne wydatki, a emerytura niestety nie jest z gumy.

Już kładłam rękę na klamce, kiedy z apteki wyszła Kasia. Przepuściła mnie w drzwiach, a ja odruchowo spojrzałam w jej siateczkę. Miała tam jakiś środek przeciwko chorobie lokomocyjnej.

- O, wyjeżdżacie gdzieś? - zainteresowałam się życzliwie.

- Tak, do cioci. A Krzysio źle znosi podróże autem - odparła szybko. - Zresztą ja też tego nie lubię, bo robi mi się niedobrze  - dodała.

Pokiwałam głową i poszłam stanąć w niewielkiej kolejce. Kiedy podeszłam do okienka, okazało się, że moja recepta jest już nieaktualna.

- Od sześciu dni - poinformowała mnie farmaceutka.

- Jak to się mogło stać? - zdenerwowałam się. - Przecież była ważna do siódmego!

- Do pierwszego - poprawiła mnie.

No tak, na starość wzrok człowieka zawodzi, pomyliłam cyfry...

Byłam zła, bo czekała mnie ponowna wizyta u lekarza. Na szczęście pani z rejestracji udało się wcisnąć mnie na początek kolejki, przed innymi pacjentkami.

- Wejdzie pani po cichutku - powiedziała mi poufnie. Czasami dobrze jest dać rejestratorce czekoladki...

Pani doktór, przemiła osoba, wpadła do gabinetu i od razu zaczęła się przebierać w kitel.

- Proszę siadać, droga pani! Przepraszam, jestem trochę zdenerwowana, bo mieliśmy dzisiaj w szpitalu kolejny przypadek aviacji!

- Przepraszam, przypadek czego? - nie zrozumiałam.

- Aviacji, czyli odlotu po zażyciu Aviomarinu - wyjaśniła mi lekarka. - Mówię pani, te dzieciaki to mają teraz za dobrze! Ja wiem, że za moich czasów też się wąchało klej, ale robili to tylko chłopcy z marginesu społecznego. A teraz nie ma reguły, wszyscy się odurzają. Jeżeli mają pieniądze, to kupują nielegalne dopalacze, a jeżeli nie mają - to wystarczy im zwykły Aviomarin czy inny środek na chorobę lokomocyjną po kilka złotych za opakowanie. Naje się dzieciak tego świństwa i człowiekowi przez ręce leci. Gada głupoty, bełkoce, traci przytomność. Albo ma zwidy! Przerażeni rodzice przywożą go do nas, do szpitala, a ja już widzę, co się dzieje. Gdy mi po raz pierwszy dostarczyli takiego delikwenta, zastanawiałam się, czy przypadkiem nie chciał się otruć z miłości. Ale teraz już wiem, co jest grane. Odlot avionetką - pokręciła głową zrezygnowana.

A mnie nagle coś tknęło.

- Pani doktór, a ile trzeba wziąć tabletek Aviomarinu, aby przetrwać dość długą podróż samochodem? - zapytałam.

- Właściwie wystarczy jedna - usłyszałam.

"A tymczasem Kasia miała w siatce pięć pudełek! Po kilka tabletek każde!", uświadomiłam sobie.

- Co grozi po przedawkowaniu takiego środka? - zapytałam ostrożnie.

- Lęki, palpitacje serca, omdlenie, halucynacje, a nawet śmierć! - wymieniła jednym tchem lekarka. - I to w prawdziwych męczarniach, szczególnie jeśli się go popije alkoholem. A te dzisiejsze dzieciaki mają przecież różne pomysły. Ile to już razy słyszałam od nich, że piwo to nie alkohol... Bardzo proszę, to pani recepta - podała mi druczek.

Wyszłam z gabinetu zszokowana. Nagle uświadomiłam sobie, że te błędne oczy Kasi mogą być następstwem odurzania się tabletkami!

"Co mam zrobić?", zadałam sobie w duchu pytanie. "Pójść do jej rodziców i wszystko im powiedzieć czy najpierw porozmawiać z nią samą? Ale czy trafią do niej argumenty starej baby, którą przecież jestem?"

Wahałam się i przy najbliżej okazji postanowiłam wypytać o ten Aviomarin wnuka. Może lekarka jednak przesadziła i nie ma się czego obawiać?

- Avio? Babciu! - siedemnastoletni Patryk spojrzał na mnie zdziwiony. - Skąd babci to do głowy przyszło?

- A koleżanka ma problem z wnuczką, która to zażywa... - skłamałam szybko.

- No, to znaczy, że jest megagłupia! - prychnął pogardliwie Patryk.

- Dlaczego? Skąd to wiesz? Też brałeś? - zasypałam wnuka pytaniami.

- Po pierwsze, nie brałem, bo ja jestem sportowcem! - chłopak spojrzał na mnie z wyrzutem.

Przeprosiłam go szybko, więc się udobruchał i ciągnął opowieść:

- Mam kumpla, który eksperymentuje z lekami. Wie babcia: Aviomarin, Sudafed, Tussipect, Tantum Rosa... - zaczął wymieniać znane lekarstwa, aż zakręciło mi się w głowie.

- To wszystko narkotyki? - byłam przerażona tym odkryciem.

- Dokładnie. W większych ilościach mają takie działanie - tłumaczył mi wnuk, w duchu myśląc pewnie: "Taka stara a życia nie zna!" - No i ten mój kumpel eksperymentował z Aviomarinem. Mówił, że po kilku tabletkach człowiek tylko się zatacza i sprawia wrażenie mało przytomnego. Ale jeśli się weźmie z siedem albo więcej...

- Więcej?!

- Tak - kiwnął głową Patryk. - Wtedy ma się niesamowite zwidy, jak z horroru! Kumplowi wydawało się, że gada do niego bluszcz z doniczki i chce go dusić. Po prostu nagle roślina zaczęła się rozrastać, oplatając go całego. Poza tym zaatakował go telefon, który latał mu nad głową jak samolot. I jeszcze ciągle musiał biegać do ubikacji, bo avio jest moczopędny. Ze strachu wszedł pod kołdrę i tam zastał go kolega, z którym rozmawiał do rana. A rano, kiedy się wreszcie ocknął, okazało się, że nie było u niego żadnego kolegi! I do ubikacji także nie chodził, tylko sikał w łóżko. Miał dużo szczęścia, że rodziców nie było akurat w domu!

"Szczęścia czy pecha?", pomyślałam. "Pewnie zabraliby go do szpitala na odtrucie, a tak miał farta, że przeżył".

- I ten Aviomarin można sobie tak normalnie kupić? - pokręciłam głową.

- Tylko w aptece.

- No to aptekarze nie powinni nikomu wydawać więcej niż jedno opakowanie! - obruszyłam się. - Szczególnie niemądrym dzieciakom.

- Babcia chyba żartuje - wnuk wzruszył ramionami. - Oni mają to gdzieś!

No właśnie... Aptekarze mają to w nosie, a młodzież się truje. W takim razie zdecydowałam, że to ja podejmę działanie i pójdę na rozmowę do rodziców Kasi!

 

 Janina W., 68 lat

Dowiedz się więcej na temat: narkotyki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje