Reklama

Reklama

Ojczyzna zastępcza

Do Irlandii pojechaliśmy z żoną i naszą pięcioletnią córeczką Malwiną dwa lata temu. W Polsce nie było dla nas miejsca, bo komu potrzebni są magister historii i socjolożka?

O znalezieniu pracy w zawodzie mogliśmy zapomnieć, a do układania towaru na sklepowych półkach i pracy przy montażu elementów elektronicznych przy taśmie nie chcieli nas przyjąć, bo mieliśmy za wysokie wykształcenie, czyli przysłowiowa kwadratura koła.

Do Dublina pojechaliśmy w ciemno. Znajomi twierdzili, że już za późno na wyjazd, że trzeba się było decydować kilka lat temu, bo teraz wszystkie lepsze posady są już zajęte i Polacy mogą najwyżej pracować na budowie za kiepskie pieniądze.

Na początku rzeczywiście było trudno. Pierwszą robotę dostałem w rzeźni, przy pakowaniu wędlin. Przez osiem godzin pilnowałem, by ogromna maszyna dokładnie foliowała pokrojoną w plastry kiełbasę i szynkę. Po trzech miesiącach takiej pracy czułem się jak robot zaprogramowany na codzienne, mechaniczne wykonywanie tych samych czynności. Sytuacja zmieniała się w dni wypłat, bo w tydzień zarabiałem na wynajęcie dwupokojowego mieszkania, a przez kolejne trzy tygodnie pracowałem na utrzymanie żony i córki.

Reklama

Nie żyliśmy w luksusie, ale z jednej pensji stać nas było, żeby pójść całą rodziną do restauracji, kupić coś do mieszkania i jeszcze trochę oszczędzić. Wkrótce Ilona dostała pracę w magazynie z elektroniką, a Malwinka poszła do irlandzkiego odpowiednika naszego przedszkola. I w tym momencie przeżyliśmy prawdziwy szok. Córka dostała specjalną opiekunkę, mówiącą po polsku. Nasze dziecko bezpłatnie korzystało z dodatkowych lekcji angielskiego.

była dla nas niecodzienna, ponieważ było to zwykłe, publiczne przedszkole. W Polsce o przyjęciu naszego dziecka do takiego przedszkola mogliśmy tylko pomarzyć, bo liczba miejsc była kilkakrotnie mniejsza niż liczba dzieci. A w Dublinie miejsce znalazło się bez problemu! W przedszkolu zorganizowano nam specjalne spotkanie z rodzicami innych dzieci, abyśmy mogli się poznać. Irlandzkie dzieci zapraszały Malwinkę do swoich domów i same też przychodziły do nas. Bezinteresowna pomoc obcych ludzi była dla nas czymś, czego w Polsce nigdy nie doświadczyliśmy.

- Mamusiu! - mówiła nasza córeczka. - Tatuś Natana jest Japończykiem i pani pokazała nam na mapie Japonię. A mama Noe nosi na głowie wielki, kolorowy turban - tłumaczyła.

Nasza Malwinka w ten sposób oswoiła się z widokiem dzieci o innym niż ona kolorze skóry. A z opowieści swoich przedszkolnych kolegów mogła dowiedzieć się, jak wygląda życie w innych kulturach. Mam nadzieję, że te przeżycia staną się jej kapitałem na dalsze życie...

Czas płynął i po pół roku udało mi się znaleźć lepszą pracę. Jeszcze na studiach skończyłem kurs pracownika ochrony. W gazecie przeczytałem ogłoszenie, że jedna z firm poszukuje osób do ochrony swojego budynku. Pomyślnie przeszedłem rozmowę kwalifikacyjną i już wkrótce w eleganckim ciemnym garniturze przemierzałem korytarze ogromnego budynku w samym centrum Dublina.

Praca nie była ciężka i o wiele lepiej płatna niż moje poprzednie zajęcie. Przez kilkanaście miesięcy udało mi się spotkać osoby, które w Polsce znałem tylko z telewizji lub z kolorowych gazet. Wkrótce awansowałem i dostałem pracę w recepcji biura. Do moich obowiązków należało wpisywanie do specjalnej książki osób, które wchodziły do budynku, wydawanie kluczy pracownikom i śledzenie na monitorze obrazu z kamer umieszczonych przy wejściu i na parkingu przed budynkiem. Praca była dobrze płatna i niestety śmiertelnie nudna, ale w tym czasie kupiliśmy na raty samochód.

- Nigdy nie myślałam, że będziemy mieli takie auto - mówiła moja żona z dumą, patrząc na terenowe mitsubishi.

W Polsce zawsze marzyłem o takiej bryce, ale jednocześnie wiedziałem, że nigdy nie będzie mnie na nią stać. W Irlandii udało mi się zrealizować to marzenie. I właśnie w tym czasie, kiedy już jakoś zadomowiliśmy się w Dublinie i ustabilizowała się nasza sytuacja finansowa, pojawiły się pierwsze wątpliwości. Wielu naszych znajomych, którzy wyjechali w różne miejsca, głównie do Niemiec i Norwegii mówiło, że wcześniej czy później dopadnie nas tęsknota za Polską. Nie bardzo w to wierzyliśmy, bo przecież oni wyjeżdżali, zazwyczaj zostawiając żony, dzieci, a w najlepszym razie dziewczyny czy narzeczone.

My wierzyliśmy, że nostalgia nas nie dosięgnie, bo przecież mieliśmy siebie, byliśmy razem, było z nami nasze dziecko i wszystko układało się po naszej myśli. Jednak okazało się, że z nostalgia dopada każdego. Po dwóch latach spędzonych w Irlandii zaczęliśmy myśleć o powrocie do kraju. Zaczęło się od niewinnych uwag, rzucanych jakby od niechcenia przy kolacji.

- Ciekawe, czy u babci w ogrodzie już kwitną jabłonie - wspominała Ilona, gdy nadeszła kolejna wiosna.

Mnie czasem przypominały się zabawy z lat dzieciństwa, gdy latem z chłopakami z naszego osiedla chodziliśmy nad rzekę i ze starej opony i długiego sznura konstruowaliśmy huśtawkę. Niby nic, ale czasem tak nas chwytało za serce, gdy zaczynaliśmy wspominać życie w Polsce, że rozmowy o powrocie zaczęły przybierać coraz poważniejszy charakter.

Dodatkowo oglądaliśmy w lokalnych wiadomościach polskich polityków, którzy zachęcali do powrotu do Polski. Mówili, że ludzie, którzy dali sobie radę na obczyźnie, z pewnością doskonale poradzą sobie w kraju. Zapewniali, że jest dla nas praca w ojczyźnie i że z zagranicznym doświadczeniem zawodowym i dobrą znajomością języka obcego będziemy mogli przebierać w ofertach pracy.

Decyzja o powrocie zapadła, gdy dowiedzieliśmy się o chorobie mamy Ilony. Teściowa wymagała już praktycznie stałej opieki, a Ilona jest jej jedyną córką.

W kilka tygodni załatwiliśmy formalności i kupiliśmy bilety na samolot do Polski. Powrót nie był tak radosny, jak sobie wyobrażaliśmy. Poznań przywitał nas zimnym wiatrem i deszczem.

- Spójrz, pada prawie jak w Dublinie - siliłem się na drobne żarciki.

- Coś mi się wydaje, że tu nic nie będzie takie jak w Dublinie, nawet ten deszcz jest inny -odpowiedziała sarkastycznie Ilona.

Na początku było fajnie, spotykaliśmy się z rodziną i ze znajomymi. Były rozmowy, wspólne wyjazdy, odwiedziny, ale po miesiącu zauważyliśmy, że nasze pieniądze przywiezione z Irlandii powoli znikają. Zaczęliśmy szukać pracy. Bez pośpiechu, spokojnie, najpierw wśród rodziny, potem bliższych i dalszych znajomych, wreszcie w ogłoszeniach w gazetach. Okazało się, że nie ma dla nas żadnych ofert. Nikt nas nie potrzebował!!!

Jakaś firma ogłosiła, że szukają kierowców. Oferowali kilka tysięcy złotych miesięcznie. Poszedłem na rozmowę kwalifikacyjną, podczas której okazało się, że pracodawca poszukuje przedstawicieli handlowych, a te kilka tysięcy można zarobić, wciskając ludziom jakiś chłam.

W hipermarkecie szukali asystentki kierownika działu. Ilona poszła na rozmowę, ale zatrudnili kogoś innego - podobno znajomą kierownika. Proponowano mi także pracę pomocnika na budowie - praca była na czarno, za tysiąc złotych miesięcznie...

Nagle wszystko stało się trudniejsze, a ludzie nie byli już tacy uprzejmi.

- Pamiętasz, kochanie - mówiła Ilona.

- W Dublinie gdy wychodziliśmy na ulicę, przechodnie nas pozdrawiali, obce osoby uśmiechały się do nas, a tutaj? Zacięte i dumne twarze tych, którym się udało i smutne oczy biedaków, którym ledwie starcza na życie...

Największym upokorzeniem była dla mnie wizyta w urzędzie pracy. Obsługująca mnie młoda panienka, w o wiele za mocnym makijażu i stroju pasującym bardziej do dyskoteki niż do urzędu, stukała tipsami w blat stołu i patrzyła na mnie lekceważąco, jak na najgorszego śmiecia.

Przy każdym zdaniu pogardliwie wydymała usta, podkreślając swoją wyższość. A mnie nie zależało na zasiłku, chciałem mieć tylko ubezpieczenie.

Ilona coraz częściej mówi o powrocie do Dublina. Ja ciągle mam nadzieję, że może jeszcze uda się zrobić coś tutaj, choć tak naprawdę powoli oswajam się z myślą, że decyzja o przyjeździe do Polski była ogromnym błędem...

Z życia wzięte

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje