Reklama

Reklama

Sąsiedzi za bardzo życzliwi

Mogłam wywołać jakieś zadrażnione wspomnienie, rozdrapać starą bliznę w sercu staruszki... Korciło mnie, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o bliskich mojej podopiecznej. Postanowiłam w końcu wziąć na spytki panią Wandę.

Reklama

- Ja tam nic nie wiem, żeby kogoś miała - stanowczo pokręciła głową pani Wanda. - Nigdy tu nikt nie przychodził...

- A telefony albo listy? - dociekałam dalej. - Nikt nie dzwoni z życzeniami, nie przysyła kartek świątecznych?

- Przy mnie nikt nie dzwonił. A listy to tylko z banku przychodzą albo z ubezpieczalni. Ona chyba nikogo nie ma.

- Ma tylko nas - nieoczekiwanie w drzwiach pojawił się mąż sąsiadki. Musiał chyba słyszeć naszą rozmowę.

Dałam spokój moim dociekaniom. I sprawa rodziny utknęła w martwym punkcie. Aż do któregoś ranka, kiedy to zastałam panią Marię zapłakaną i roztrzęsioną.

- Co się stało? - podbiegłam do niej.

- Zmarł sąsiad z trzeciego piętra, tak nagle, na serce - pochlipywała żałośnie.

- Widziałam, że przyjechali jego synowie.

Milczałam, nie bardzo wiedząc, co mam powiedzieć w takiej sytuacji.

- A ja? Co ze mną? - spytała nagle pełnym bólu głosem. - Komu ja to wszystko zostawię, to mieszkanie, meble, obrazy... - zatoczyła ręką szeroki łuk.

Poczułam, jak mocniej zabiło mi serce. Tak, teraz był dobry moment, aby zapytać ją o bliskich.

- Jak to komu? - spytałam. - Przecież ma pani chyba jakąś rodzinę...

Pani Maria milczała, a potem spojrzała na mnie z takim bólem w oczach, że pożałowałam swojego pytania.

- Mam córkę - wyszeptała ledwie słyszalnie. - Ale ona nie chce mnie znać - znowu po jej pomarszczonych, bladych policzkach spływały łzy. - Jeszcze w czasie wojny wyszłam za mąż, mieliśmy córeczkę - po raz pierwszy mówiła o swej rodzinie. - Mąż kozę kupił i na kozim mleku, rozcieńczonym wodą z roztajanego śniegu, bo studnia zamarzła, wychowała się moja Elżbietka...

Bałam się poruszyć, żeby nie spłoszyć pani Marii. Ale ona nagle zamilkła, jej twarz znowu zrobiła się stara, poszarzała...

- I co było dalej? - spytałam cicho.

- Wojna się skończyła, zaczęłam pracować w teatrze prowincjonalnym, ładnie śpiewałam... - znowu zaczęła mówić.

- A potem przyjechał reżyser, ze stolicy i zaproponował mi pracę. Mówił że mam talent, a u nas nie przelewało się wtedy, więc wyjechałam... - zamilkła na moment. - No i zaczęłam robić karierę - dopiero teraz uśmiechnęła się leciutko. - Musiałam wybierać, rodzina albo praca, te ciągłe wyjazdy... Potem to już wciąż żyłam na walizkach... Zostawiłam rodzinę, chociaż nie zdawałam sobie z tego sprawy... Mąż rozwiódł się ze mną, ograniczył mi prawa rodzicielskie... Niewiele mnie to wtedy obchodziło - pokręciła głową z rozpaczą. - Jak ja mogłam, jak mogłam być tak okrutna dla własnego dziecka, jak mogłam Elżunię zostawić?! - znowu się rozpłakała. - A teraz to ona nie chce mnie znać - powiedziała nagle. - Napisałam do niej kilka lat temu, na stary adres, w tym miasteczku... Ale nigdy mi nie odpisała. Chyba wciąż żyje i mieszka tam... Inaczej przecież by ten mój list wrócił do mnie, wysłałam go poleconym...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje