Reklama

Reklama

Śmierć i dziewczyna

Wiele osób miało powód, by zabić tę kobietę. My musieliśmy odkryć, kto to zrobił naprawdę...

Nigdy nie zapomnę swojego pierwszego dyżuru na komendzie. Właśnie tego dnia dostałam przydział do grupy dochodzeniowej. Zbliżała się dwudziesta druga i zapowiadała się spokojna noc. Zrobiłam sobie kawę. Komendant, który tego dnia też miał dyżur, spał w swoim gabinecie. Został jeszcze jeden człowiek z monitoringu. Tuż po dziesiątej zadzwonił telefon.

- Słucham, posterunek policji w... - zaczęłam zwykłą formułkę.

- Na rynku, w wydawnictwie została zamordowana kobieta! - jakiś mężczyzna prawie krzyczał do słuchawki. - Przyjedźcie tu natychmiast.

Reklama

- Oczywiście. Z kim rozmawiam? - zapytałam trzeźwo.

- Nocny strażnik ochrony - mężczyzna podał nazwisko i rozłączył się. Zadzwoniłam po ekipę badającą ślady, a potem poszłam obudzić szefa. Kiedy podjeżdżaliśmy pod budynek wydawnictwa, zobaczyłam, że w kilku oknach pali się światło. Weszliśmy do środka. Zaraz podszedł do nas starszy mężczyzna w uniformie i powiedział, że to on dzwonił i że nas zaprowadzi na miejsce zbrodni.

- To jest, znaczy się, to była główna asystentka prezesa, Edyta W. - powiedział otwierając gabinet sekretariatu.

- Straszny tu bałagan - zauważyłam, wchodząc do pomieszczenia, w którym wszędzie walały się jakieś papiery, a na podłodze były poprzewracane różne meble i sprzęty biurowe.

- Niczego nie pozwoliłem dotykać - rzucił strażnik. - Ona jest tam, pod oknem.

Mój szef stanął na progu i zaczął się rozglądać. Potem podszedł do denatki. Poszłam za nim. I wtedy ją zobaczyłam. Kobieta była młoda i ładna. Miała szeroko otwarte, duże, piwne oczy. Była ubrana w elegancką suknię i miała mocny makijaż. Wokół jej głowy zebrała się ciemnoczerwona kałuża krwi. "Ale laska!", pomyślałam z podziwem.

- Musiała mieć niezłe branie u facetów - stwierdził mój szef.

- No i miała, a jakże! - wypalił strażnik, ale zaraz pożałował swojej szczerości.

- To znaczy nie chcę siać plotek, ale wielu smaliło do niej cholewki...

- Na przykład?... - zawiesiłam głos.

- No wielu, ale ona miała męża...

- Panie... - spojrzałam na plakietkę. - Antoni, i tak się wszystkiego dowiemy, więc niech pan mówi prawdę.

- Ludzie mówili, że... - strażnik zawiesił głos. - Że kręciła z prezesem, ale ja tam nie wiem... Świecy im nie trzymałem. Popatrzyliśmy na siebie z szefem.

- A dlaczego kasa jest otwarta? - zapytał mój przełożony. - Kto ma do niej klucze?

- Ona i księgowa - odparł strażnik. W tej chwili do pokoju weszła ekipa dochodzeniowa, żeby zabezpieczyć ślady.

- Szefie, może to mord rabunkowy? - zapytałam szeptem. - Ktoś się włamał, obrobił kasę, denatka złapała go na gorącym uczynku...

- Ty, młoda, tak nie główkuj, bo ci się obwody przepalą. Lepiej skombinuj gdzieś kawę. Poczekajmy na opinię śledczych - dodał i zwrócił się do strażnika. - Niech pan zawiadomi prezesa, żeby tu przyjechał. Kto poza tym był w budynku?

- No sporo osób, wchodzili i wychodzili, bo dzisiaj akurat w "Ratuszowej" jest impreza firmowa. Wie pan, dają premie, jest jedzenie i orkiestra. A że to dwa kroki stąd, to co chwila ktoś tu przychodził. Zresztą wszystko jest na kamerze. Mamy monitoring - dodał z dumą. Po chwili przyszedł Wacław K., szef wydawnictwa. Facet był bardzo przystojny. Przypominał mi Georga Clooney'a. Popatrzył na zabitą kobietę i zbladł.

- Edyta?... To niemożliwe! Rozmawiałem z nią niedawno... - mówił przejęty.

- Czy to prawda, że miał pan z nią romans? - mój szef zapytał bez ogródek. Prezes popatrzył złowrogo na strażnika, a ten zaraz się skulił i wyszedł. Przeszliśmy do gabinetu prezesa.

- No więc?... - przypomniałam mu.

- Tak... - przyznał niechętnie. - Byliśmy z Edytą dość blisko... Ale... Rozumiecie państwo, obydwoje jesteśmy w innych związkach... Czy to wyjdzie poza śledztwo? Nie chciałbym, żeby moja żona czy mąż Edyty dowiedzieli się o tym... Mój szef pokiwał głową.

- Tego nie mogę panu zagwarantować - rzucił. - Szukamy przecież mordercy... Prezes ukrył twarz w dłoniach. Po chwili jednak spojrzał na nas. Wyglądał na przygnębionego. Nie bez podstaw, bo wyniki śledztwa, które dostaliśmy następnego dnia, były dla niego niekorzystne. Biegli ustalili, że denatka tuż przed śmiercią odbyła stosunek seksualny. W jej pochwie znaleziono nasienie... prezesa.

- Dla mnie sprawa jest jasna - powiedziałam pewnie. - Najpierw było bara bara, a potem Edyta zaczęła go szantażować albo zażądała, żeby się rozwiódł i facet nie wytrzymał. Potem tylko otworzył kasę, żeby upozorować napad...

- Młoda, mówiłem ci, nie główkuj. Zostaw to fachowcom. Prezes musiałby być kompletnym idiotą, żeby zabijać ją w taki sposób - pokręcił głową mój szef.

- No chyba że to była zbrodnia w afekcie - rzucił Tomek, trzeci człowiek w naszym zespole. - Facet wpadł w szał. Pchnął ją trochę za mocno, dziewczyna wyrżnęła głową w marmurowy parapet i tyle. Po prostu nieszczęśliwy wypadek... Tym razem wszyscy umilkli. Zaczęłam intensywnie myśleć.

- To by tłumaczyło wytarcie śladów na biurku denatki i na drugim, a nawet na wyłączniku światła - rzuciłam.

- No właśnie ta osoba, która wyłączyła światło, musi być zabójcą - stwierdził Tomek, zaglądając do notatek.

- Bo strażnik znalazł ciało w ciemności.

- A co robił strażnik w sekretariacie? - myślałam na głos.

- Miał rutynowy obchód - wzruszył ramionami Tomek. - Według rozpiski zaczyna sprawdzać pokoje o dwudziestej pierwszej na samej górze. Na pierwszym piętrze w sekretariacie jest zwykle koło dziesiątej.

- I wszędzie zapala światło? - spytałam.

- Nie, tylko jeśli w świetle latarki dostrzeże coś dziwnego. Tym razem zapalił, bo zauważył otwarte drzwi od kasy - odparł Tomek.

- Czyli wraca nam wątek z włamaniem - powtórzyłam.

- To raczej odpada - rzucił szef. - Tego dnia kasa była praktycznie pusta. Rano wprawdzie Edyta W. podjęła w banku sporą kwotę pieniędzy na premie, ale całość została podzielona i pochowana do kopert. Swoją drogą, dziwię się, że w taki sposób przydziela się premię. Nawet w naszej komendzie dostajemy zawsze premię na konto...

- No właśnie! Ktoś widział asystentkę szefa wydawnictwa podejmującą dużą kwotę i chciał zrobić skok na kasę! - zawołałam. - To ma sens! Edyta po części oficjalnej wyszła z imprezy, przyszła do sekretariatu, żeby się spotkać z prezesem, i zobaczyła włamywacza! Doszło do szamotaniny...

- A seks?! - zawołał szef. - Myśl, Aśka, bo cię przesunę do drogówki. Denatka tuż przed śmiercią bzykała się z prezesem.

- Może to zrobili w "Ratuszowej" na bankiecie... - rzuciłam cicho. Tomek pokręcił głową.

- Z oględzin ciała wynika, że została zabita tuż po stosunku.

- Czyli prezes? - spytałam z wahaniem. Szef i Tomek westchnęli ciężko.

- Prezes jest głównym podejrzanym, no i miał motyw, o ile oczywiście Edyta go szantażowała - rozważał mój szef. - Ale równie dobrze mógł zabić ją mąż. Podobno nie układało im się ostatnio najlepiej. A tamtej feralnej nocy też był w firmie. Przyjechał po żonę, zobaczył ją z prezesem w niedwuznacznej sytuacji i, gdy tylko tamten wyszedł, zabił niewierną.

- Ale on ma alibi - wtrąciłam nieśmiało. - Z nagrań ochrony wynika, że wyszedł z firmy o dwudziestej pierwszej trzydzieści, a śmierć nastąpiła kwadrans przed dziesiątą. Więc raczej odpada.

- Niby tak - westchnął Tomek. - Niewątpliwie jednak to właśnie Jacek W., mąż Edyty, był wcześniej w wydawnictwie. Pan Antoni mówił, że wychodził bardzo zdenerwowany. Podobno powiedział mu, że ma farta, będąc wdowcem. Między małżonkami musiało dojść do kłótni. Szef zdecydował jeszcze raz wezwać prezesa i męża denatki. Poza tym prowadziliśmy rutynowe przesłuchania wszystkich pracowników wydawnictwa. Wynikało z nich, że wszyscy bardzo lubili Edytę i żal im jej było. Mówili o niej sympatią. "Miła", "życzliwa", "bardzo atrakcyjna". Wielu udawało, że nie miała pojęcia o jej romansie z prezesem, ale niektórzy mówili o tym wprost.

- Nie układało jej się z mężem - powiedziała jedna kobieta z działu handlowego. - Nic więc dziwnego, że szukała szczęścia w ramionach innego. Szkoda tylko, że trafiła na takiego drania!

- Drania? - zdziwiłam się.

- A żeby pani wiedziała! - uniosła się kobieta. - Prezes bawił się kobietami. Nie ona pierwsza i nie ostatnia. Podrywał prawie wszystkie swoje pracownice i z niejedną miał romans.

- Z panią też? - wypaliłam. Kobieta popatrzyła na mnie ze świętym oburzeniem. Chyba przesadziłam, bo księgowa miała blisko sześćdziesiąt lat.

- Nie! - odparła z godnością. - On lubi tylko młode i ładne. Zamieszał w życiu już kilku dziewczynom. Jedna, taka Ela, to przez niego uciekła od ołtarza. W dniu ślubu powiedziała narzeczonemu, że kocha prezesa. Chłopak tak to przeżył, że próbował popełnić samobójstwo. Dziewczyna musiała wyjechać z miasta, bo życia tu nie miała. A druga z kolei, Monika, to zostawiła dla tego playboya męża i dziecko. Mąż nie darował jej zdrady i teraz bidula sama jest jak palec. Ta to nawet jeszcze tu pracuje...

- Zaraz, zaraz! - przerwałam jej, przeglądając listę z nazwiskami pracowników.

- Chodzi o Monikę K., sekretarkę?!

- O nią - potwierdziła kobieta. I kiedy to powiedziała, coś zaczęło mi w głowie świtać. Odszukałam jej zeznania, jakoś wcześniej nie zwróciłam na nie uwagi. Teraz jednak pomyślałam, że powinnam jeszcze raz z nią porozmawiać.

- Ale ja już zeznawałam - zdziwiła się, gdy poprosiłam ją, żeby przyszła do komendy. - I mam alibi - dodała nerwowo.

- Chodzi tylko o wyjaśnienie pewnych szczegółów - uspokoiłam ją. Zanim przyszła, poszłam pogadać z Tomkiem, który wykluczył zarówno szefa, jak i męża denatki. Nabrał jednak pewnych podejrzeń wobec strażnika.

- Coś ty! - roześmiałam się. - Przecież pan Antoni jest grubo po sześćdziesiątce.

- I co z tego? - odparł Tomek. - Widziałaś ten stos "świerszczyków" w jego biurku. Ten facet to erotoman. Według mnie to było tak: pan Antoni podglądał, jak prezes posuwa Edytkę, podjarał się i gdy tamten wyszedł, zaczął ją molestować. Dziewczyna się broniła. Stąd ten bajzel w sekretariacie. Cofała się, przewróciła i uderzyła głową w parapet. Pan Antoni powycierał wszystkie odciski palców i zadzwonił do nas... To całkiem logiczne. Niby tak, wszystko trzymało się kupy, ale jakoś mnie nie przekonywało.

- A co ty myślisz, że jak już jest starszy facet, to tylko kapcie i fotel? - zadrwił ze mnie Tomek. - Pan Antoni jest w pełni sił. Poza tym... - zawiesił głos - są ślady, że nagabywał Edytę W. Parę razy zaczepiał ją, a raz to nawet chwycił ją za rękę...

Zatkało mnie, bo nie spodziewałam się tego po tym miłym starszym panu.

- Ale to jeszcze wcale nie znaczy, że ją zabił - zauważyłam trzeźwo. - Tylko on był przez cały czas w budynku, miał więc sposobność i motyw - zakończył z triumfem. Podniosłam się z krzesła bez słowa i poszłam do swojego pokoju. Zajęłam się przeglądaniem nagrań z kamery przemysłowej, a potem nagrania z monitoringu miasta. I nagle wszystko zaczęło mi się układać w logiczną całość. Po chwili dyżurny zakomunikował mi przyjście Moniki K. Tym razem ta młoda kobieta wyglądała na zdenerwowaną. Włączyłam dyktafon.

- Od jak dawna zna pani Edytę W.? - zadałam pierwsze pytanie.

- Od szkoły średniej. Razem studiowałyśmy administrację - odparła i umilkła.

- I potem razem wylądowałyście w jednej firmie? - dopytywałam się.

- Nie, najpierw ja tu pracowałam, a rok później, gdy powiększaliśmy sekretariat, ściągnęłam ją tu - rzuciła sucho.

- A więc byłyście przyjaciółkami, skoro pomogła jej pani znaleźć pracę?

- W pewnym sensie - odparła po chwili.

- Ale przestałyście się przyjaźnić, gdy się okazało, że ma romans z prezesem, który do niedawna spotykał się z panią.

Monika K. zarumieniła się.

- Skąd pani wie?... - wyjąkała.

- Znienawidziła ją pani wtedy? Poświęciła pani dla prezesa swoje małżeństwo, a on rzucił panią dla nowej asystentki - mówiłam, obserwując ją uważnie.

- Można się wściec...

- Nie przeczę, byłam zła, ale nie na nią - mówiła zdenerwowana. - Tłumaczyłam jej tylko, że nie powinna się wiązać z tym facetem i niszczyć dla niego życia...

- Ale ona nie chciała pani słuchać...

- Nie... - szepnęła. Kobieta opuściła głowę i skubała palce.

- Osiemnastego grudnia nie była pani na imprezie firmowej, dlaczego? - zapytałam i zobaczyłam w jej wzroku popłoch.

- Miałam dużo pracy - odparła.

- Pracowała pani w domu czy w firmie?

- Najpierw w firmie, potem w domu... A o której wyszła pani z wydawnictwa?

- Około ósmej...

- A nie później? Pytam, bo nie widać pani na nagraniu kamery.

- Bo ja zawsze wychodzę tylnym wyjściem. Parkuję koło bulwaru przy rzece. A przy tylnym wyjściu nie ma kamery - powiedziała pewniejszym głosem.

- Nie ma... - potwierdziłam - ale jest przy skrzyżowaniu, a stamtąd doskonale widać, kto wychodzi tylnym wyjściem z budynku wydawnictwa i o której... Kobieta pobladła.

- Pani wyszła z firmy za trzy dziesiąta, tak wynika z nagrania, a więc tuż po zabójstwie - powiedziałam ze spokojem. - Czy to pani zabiła Edytę W.?

Kobieta patrzyła na mnie pobladła.

- To był wypadek - powiedziała po chwili ledwo słyszalnym głosem. Potem przysłoniła oczy rękami i rozpłakała się. Poczekałam, aż się uspokoi.

- Nie chciałam zabić Edyty. Naprawdę! Było mi jej żal, bo wiedziałam, że skończy tak jak ja. Porzucona i zrozpaczona... Ona jednak naiwnie myślała, że prezes zostawi dla niej żonę i się pobiorą. Tamtego wieczoru, przed... wypadkiem pieprzyła się z nim, choć wiedziała, że jestem obok i w każdej chwili mogę wejść. Nie mogłam tego znieść... - urwała.

- I dlatego? - zapytałam. Pokręciła głową i roześmiała się.

- Pani mi nie wierzy, ale to naprawdę był wypadek. Weszłam do sekretariatu, gdy byłam pewna, że Adam już wyszedł. Ona, to znaczy Edyta, była taka zadowolona... Powiedziałam jej, że kiedyś tego pożałuje, bo ona też mu się znudzi. Uderzyła mnie w twarz. Nie szarpałyśmy się, tylko popychałyśmy i w pewnej chwili pchnęłam ją mocno. Upadła na parapet i rozbiła głowę... Nie żyła... Kiedy zobaczyłam krew wokół jej głowy, wpadłam w panikę. Zaczęłam wycierać ślady, potem otworzyłam kasę, żeby upozorować napad, wyszłam tylnym wyjściem... Codziennie zastanawiałam się, czy nie zgłosić się na policję i nie powiedzieć prawdy.

- Szkoda, że pani tego nie zrobiła - westchnęłam. - Sąd potraktowałby wtedy panią łagodniej...

To była moja pierwsza sprawa w ekipie dochodzeniowej, i to ja ją rozwiązałam. Jestem z siebie bardzo dumna, choć z drugiej strony żal mi tej Moniki, ale prawda przecież i tak wyszłaby na jaw...

Joanna G., 26 lat

Z życia wzięte

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje