Tajemnica, którą noszę pod sercem

Czasem trzeba pomóc naturze… Ja uważałam, że też mam prawo zostać matką.

Pobraliśmy się z Karolem pięć lat temu. Mimo naszych usilnych starań, nie zachodziłam w ciążę. Męczyły mnie pytania typu: "A dziecko kiedy?", które zadawali nam rodzice i teściowie. Matka Karola była szczególnie niezadowolona z tego, że jeszcze nie ma wnuka.

Reklama

- Coś się z tym dzieckiem nie bardzo Śpieszycie - narzekała przy każdej okazji.

- A może macie problem? Nie możesz zajść w ciążę, Aniu?

Peszyły mnie takie pytania. Rzeczywiście, miałam problem z zajściem w ciążę. Ale to nie była wina moja, tylko Karola. Oczywiście nie powiedziałam o tym teściowej, bo uważałam, że to sprawa moja i mojego męża. Kiedyś zastanawialiśmy się, czy nie adoptować dziecka. Przecież na Świecie jest tyle samotnych malców... Ale pomyślałam wtedy, że adoptując noworodka, pozbawię się możliwości bycia w ciąży, przeżywania bliskości z dzieckiem od początku do końca... A ja pragnęłam to poczuć, pokochać jeszcze nienarodzone maleństwo. Mąż zaczął leczyć się na bezpłodność, a kiedy okazało się, że kuracja nie daje rezultatów, zdecydowaliśmy się na zapłodnienie in vitro. Niestety, za pierwszym razem poroniłam. Po roku zebraliśmy pieniądze na drugi zabieg. Historia się powtórzyła. Cierpiałam i płakałam, ale nie poddałam się. Udało się dopiero za trzecim razem. Pamiętam dokładnie moment, w którym dowiedziałam się, że jestem w upragnionej ciąży. Lekarka uśmiechała się do mnie znad wyników badań.

- Gratuluję - mówiła. - Ciąża rozwija się prawidłowo. Jak na razie wszystko jest na dobrej drodze.

- To cudownie, Aniu - cieszył się Karol. - Nareszcie się nam udało!

Jeszcze nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście. Byłam w ciąży! Moje myśli jak oszalałe krążyły wokół maluszka rosnącego w moim brzuchu. To było pięć miesięcy temu. Teraz ciąża jest już widoczna. Wie o niej cała nasza rodzina i wszyscy znajomi. Nie zdają sobie jednak sprawy, że urodzę dziecko dzięki zapłodnieniu in vitro. To tajemnica, o której rodzina nigdy się nie dowie. Nie zamierzamy mówić naszym rodzicom, że dziecko jest "z probówki", nie znieśliby tego. Są bardzo religijni, szczególnie rodzice Karola. Na temat in vitro mają zdanie takie jak reszta katolików. Że jest złem. Grzechem. A Karol i ja pragniemy, żeby nasze dziecko było kochane. Boimy się, że jeśli wyznamy prawdę naszym rodzicom, odrzucą wnuka albo będą mieli do nas pretensje.

Kiedy dziecko się urodzi, zamierzamy je ochrzcić. Niestety, księdzu nie będziemy mogli powiedzieć prawdy o poczęciu maleństwa. Wiem, że ludziom takim jak ja zwykle odmawia się rozgrzeszenia w konfesjonale. Gdy o tym myślę, czuję złość. Wierzę w Boga, a jestem piętnowana jako gorszy katolik. A to wszystko przez to, że tak bardzo chciałam mieć dziecko. To nie jest sprawiedliwe...

Anna z Krakowa


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje