Reklama

Reklama

Trzeciego cudu nie będzie

Nasza córeczka rosła jak na drożdżach. Kochaliśmy tę kruszynkę jak własne dziecko. Ani się obejrzeliśmy, jak Ewa poszła do szkoły, a potem do liceum. Potem poznała miłego chłopca, Romka, i widać było, że oboje są w sobie bardzo zakochani. Patrzyliśmy czasem z Mateuszem na nich, jak idą przez miedzę za rękę i obojgu nam oczy wilgotniały od wzruszenia. Bo jaka to jednak radość, patrzeć na miłość dziecka i cieszyć się jego szczęściem. Już widzieliśmy się w roli dziadków piastujących wnuki... No i chyba za daleko wybiegaliśmy w przyszłość, bo najbliższe dni przyniosły nam smutek i żałobę...

Reklama

Pamiętam tamten poranek, jakby to było wczoraj. W piątek przed ślubem Ewy, Romek z Mateuszem pojechali po alkohol do miasteczka, a ja, córka i wynajęte do pomocy kucharki szykowałyśmy ostatnie potrawy do uczty weselnej.

Poprosiłam Ewcię, żeby miski z nóżkami w galarecie opuściła do starej studni. Upał był i bałam się, że się galaretki nie zetną. Wody już w tej studni po prawdzie nie było, ale chłód został. Nie wracała przez dłuższą chwilę, więc wyjrzałam przez okno sprawdzić, gdzie też się podziewa. Zobaczyłam, że rozmawia z tą mąciwodą Malczakową. "A czego tu chce ta stara plotkara?", zaniepokoiłam się, ale nie miałam czasu się nad tym zastanawiać, bo jedna z pomocnic zameldowała mi, że krem do ciasta się zwarzył.

- Zwarzył się?! - zdenerwowałam się, gdy nagle do domu wpadła Malczakowa i zaczęła zawodzić.

Nie zrozumiałam, o co jej chodzi. Dopiero po chwili wyłowiłam z jej jęków poszczególne słowa.

- Ratujcie ją! Moja wina! To to moje gadanie! Jezus Maria! Ewa!

- O co chodzi, Krystyna? - przerwałam jej. - O czym ty mówisz?

- Och! Ewa wpadła do studni, pewnie sama wskoczyła!... - krzyczała, a ja bez tchu pobiegłam do starej cembrowiny.

Zajrzałam na dół i serce mi stanęło na ten widok. Moje dziecko! Moje ukochane, jedyne, wymodlone dziecko leżało na dnie głębokiej studni. Nie dawała żadnych oznak życia. Pamiętam tylko, że usłyszałam jakiś nieludzki krzyk, jak wycie, i dopiero po chwili zrozumiałam, że to ja tak krzyczę.

Siłą mnie stamtąd odciągnęli i zaraz ktoś próbował wstawić do środka drabinę, ale za krótka była, więc ludzie zaraz sprowadzili straż pożarną. Strażacy, owszem, Ewę wyciągnęli, ale ona już nie żyła... Gdy to zrozumiałam, straciłam przytomność.

Nie widziałam więc nawet, jak karawan zabierał ciało Ewy do domu pogrzebowego. Kucharki zadbały, żeby moja córka została ubrana w suknię ślubną...

To były najgorsze chwile w moim życiu. Wszystko wydawało mi się takie nierealne. Nagle okazało się, że zamiast przygotowywać ucztę weselną, szykujemy stypę.

A wszystko przez tę podłą Malczakową! Była wściekła na mnie i na Mateusza za to, że nie zaprosiliśmy jej na wesele, więc w przypływie złości nazwała Ewę znajdą i podrzutkiem. Nie wiem, skąd ta kobieta dowiedziała się o prawdziwym pochodzeniu naszego dziecka. Kiedyś zwierzyłam się jej, chyba po drugim poronieniu, że myślę o adopcji... Może dlatego stwierdziła, że Ewa nie jest naszą córką. Chciała się zemścić na nas, a wyładowała złość na Bogu ducha winnej dziewczynie.

Do dziś nie wiemy, jak to się stało, że Ewunia wpadła do studni. Czy skoczyła do niej celowo, czy się też pośliznęła, a może po prostu wiadomość o tym, że nie jesteśmy jej rodzicami była dla niej takim szokiem, że najzwyczajniej w świecie zemdlała. Tego nie wiemy i pewnie już się nie dowiemy...

W każdym razie w sobotę zamiast ślubu miał się odbyć pogrzeb. W kościele Romka, znaczy się mojego zięcia nie można było odciągnąć od trumny Ewy. Jego szloch rozdzierał mi duszę! Myślałam wtedy, że oszaleję. "Bóg się musiał pomylić, zabierając ją nam", rozpaczałam. Modliłam się i błagałam Boga, by przywrócił naszemu dziecku życie, a mnie zabrał do siebie. Niewątpliwie to była najgorsza chwila w moim życiu...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje