Reklama

Reklama

Ufałam mu bezgranicznie...

Uważałam moje małżeństwo za udane. Byłam tak o tym przekonana, że nie kojarzyłam pewnych faktów.

W życiu każdego z nas zdarzają się takie sytuacje, które wyjątkowo wybijają się nad inne i pozostają w pamięci nawet wówczas, gdy wszystko inne blednie... Chociaż minęło już tyle czasu, mam wciąż żywe wspomnienie tych zdarzeń sprzed kilku lat, tak jakby to wszystko stało się wczoraj. Wydawało mi się, że z Szymonem byliśmy starym dobrym małżeństwem. Niby tak dobrze znałam mojego męża. Niby wszystko układało się bez zarzutu. Nie zwracałam zapewne uwagi na symptomy, które dla postronnego nawet obserwatora były dość ewidentne. Nie dziwiło mnie, gdy nagle mój mąż zaczął często wyjeżdżać w delegacje służbowe. Nie wzbudzał moich podejrzeń. Nawet do głowy mi nie przyszło wątpić w jego słowa. Skoro jechał, to widocznie musiał. Miał akurat taką, a nie inną pracę. Wierzyłam ślepo mojemu mężowi. Moja wiara mogła góry przenosić.

Reklama

- Szymon znowu wyjechał? - zapytała pewnego razu moja koleżanka, Maria. - Nie chcę się wtrącać, ale te jego delegacje wydają mi się mocno podejrzane. Dziwne, że co tydzień gdzieś go wysyłają. A ty wiesz chociaż, gdzie i z kim jeździ? - patrzyła na mnie badawczo.

- Marysiu, Szymon ma taką pracę i nic na to nie poradzimy - odpowiedziałam, wzruszając ramionami. - Jest świetnym fachowcem i wszędzie go potrzebują.

- Nie przeczę - odparła z powątpiewaniem. - No cóż, to twoje życie. Ja bym nie chciała jednak tak żyć, jak żona marynarza - dodała i pokiwała z politowaniem głową. Spojrzała na mnie, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze. Ale ja nie miałam ochoty dłużej rozmawiać na ten temat. Było mi po prostu przykro. Sądziłam, że moja koleżanka, z którą znałam się przecież tyle lat, była zwyczajnie zazdrosna. "Ten jej Jasiek zarabia połowę tego, co Szymon", pomyślałam. "Jak zawsze chodzi pewnie o pieniądze..."

Mieliśmy domek z ogródkiem na obrzeżach miasta. Niczego nam nie brakowało. Wiodłam dobre, dostatnie życie u boku kochającego męża. Nie mogłam narzekać. Jedynym minusem było to, że często byłam sama. Jednak coś za coś. Szymon ciężko na to pracował. Był sumiennym, oddanym pracownikiem. Jego firma miała filie w wielu miastach. Więc cóż było dziwnego w tym, że często wyjeżdżał? Tak to widziałam do czasu tej rozmowy z koleżanką. Kiedy wróciłam do domu, zaczęłam zastanawiać się, co Maria chciała mi uświadomić. Tak, to prawda, mój mąż ostatnio się zmienił. Ale nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że coś jest nie tak w naszym małżeństwie, że coś się psuje.

Jednak fakty mówiły za siebie. Szymon traktował dom jak hotel, w którym sypiał od czasu do czasu. Przestał się mną interesować i mało go obchodziłam. Rzadko rozmawialiśmy, prawie nigdzie razem nie wychodziliśmy. Bolało mnie, że zrobił się oschły i obojętny. Kiedy to zaczęło do mnie docierać, moje serce rozdzierały smutek i zwątpienie. Na początku starałam się jeszcze za wiele nie rozmyślać o tych sprawach. Jeszcze się łudziłam. "W życiu muszą być również i gorsze okresy", pocieszałam się, szukając usprawiedliwienia dla zachowania mojego męża. Jakiś czas później postanowiłam wybrać się z wizytą do Marii. Miałam wrażenie, że unika mnie ostatnio.

- Cześć. Dawno cię nie widziałam, Haniu - uśmiechnęła się sztucznie, witając się. - Wiesz, jakoś brakuje mi ciągle czasu... - odparłam niezdecydowanie.

- Tak, życie biegnie, a my za nim - powiedziała i zajęła się parzeniem kawy. Usiadłam w malutkiej kuchni.

- A co u ciebie słychać? - zapytała z zaciekawieniem. - Pracujesz jeszcze?

- Jasne - odpowiedziałam. - Przynajmniej ludzi widzę...

Pracowałam na pół etatu w banku. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym nie pracować. Pewnie bym zwariowała.

- Szczerze mówiąc - odezwałam się. - Mam już dość tych wyjazdów Szymona. Maria spojrzała na mnie uważnie.

- Coś się stało? - zapytała.

- Właśnie nie wiem. Nie za bardzo się nam ostatnio układa... - wyznałam. - Coraz rzadziej bywa w domu. Kto wie, czy nie ma jakiegoś romansu. Sama już w tym wszystkim się gubię - mówiąc to, czułam, jak głos mi niebezpiecznie drży. Po raz pierwszy powiedziałam to, co od dawna mnie gnębiło.

- No wiesz, Haniu, takie historie są na porządku dziennym - Maria poruszyła się niespokojnie. Przyjrzałam się uważnie przyjaciółce. Albo mi się wydawało, albo miała wyjątkowo niewyraźną minę.

- Ty coś wiesz na ten temat? - zapytałam zdenerwowana. Czułam, jak moje serce zaczyna coraz szybciej bić.

- Skoro pytasz, Haniu... - Maria zawiesiła głos. Uciekła spojrzeniem w bok. Była zakłopotana. Podniosłam się gwałtownie z krzesła.

- Jeżeli coś wiesz... - zbliżyłam się do niej. - Musisz mi powiedzieć! Cokolwiek by to było.

- Dawno chciałam ci powiedzieć - odparła Maria. - Dwa lata temu spotkałam go z inną kobietą. Krótko po tym zadzwonił do mnie i błagał, żebym ci o tym nie mówiła. Prosił, kajał się. Mówił, że to chwilowe zauroczenie. Nic ważnego...

- Widzę, że jesteś bardzo lojalna... - powiedziałam z przekąsem.

- Nie chciałam cię martwić, sądziłam, że to tylko przelotna znajomość - Maria spuściła głowę. Wciąż nie mogła spojrzeć mi prosto w oczy.

- Wiedziałam przecież - ciągnęła - jak mu bezgranicznie ufasz. Bałam się o wasze małżeństwo.

- Co dalej? - zapytałam na pozór spokojnie. Wewnątrz gotowałam się.

- Postanowiłam dać mu szansę i nie mówić ci o tym. Jednak niedawno znowu widziałam, jak szli objęci ulicą. Prawie że oficjalnie...

- O Boże! - nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam przed chwilą.

- To ja już pójdę - powiedziałam do Marii i wybiegłam z jej mieszkania. Byłam w szoku. Nie pamiętam, jak wróciłam do domu. Usiadłam na kanapie. Czekałam na Szymona. Byłam w stanie kompletnej rozsypki. Straciłam poczucie czasu. "Dwa lata mnie oszukiwał! A ja nie chciałam dostrzec rzeczy, które dla innych były ewidentną oznaką tego, że Szymon mnie zdradza. Boże, jaka ja jestem głupia!", zarzucałam sobie. Mój mąż nawet wtedy, gdy nie wyjeżdżał w delegacje, do domu wracał bardzo późno.

- Nie śpisz jeszcze? - zapytał zdziwiony. Zapalił światło, bo siedziałam w ciemnościach. Coś chyba go tknęło.

- Wiesz już? - stał w drzwiach pokoju całkiem spokojny. Jakby nic się nie stało.

- Jutro porozmawiamy - powiedział. Może być jutro. Może być pojutrze. Było mi wszystko jedno. Miałam wrażenie, że umieram. Siedziałam dalej nieruchomo. Nic nie czułam. Po jakimś czasie, mogła minąć godzina, a może dwie, podeszłam do okna i otworzyłam je. Chłodne powietrze wpadło do pokoju. Chyba padało. Wstrząsnął mną dreszcz. Nie wiem, jak to się stało, ale nieoczekiwanie znalazłam się w innym miejscu... Najpierw byłam w ciemnym lesie. Prawie nic nie widziałam, ale wiedziałam, że to las. Cienie wysokich drzew kołysały się miarowo z podmuchem wiatru. Panowała złowroga cisza. Szłam i szłam, ale nie mogłam się wydostać. Bałam się, że już zawsze będę tak błądzić po omacku. Strach mnie paraliżował i chwytał za gardło. Zaczęłam uciekać. Biegłam na ślepo. Gałęzie kaleczyły mi policzki, ale nie mogłam się zatrzymać. Musiałam znaleźć wyjście. Jakieś bezpieczne schronienie. Wydostać się z tej matni. Nagle zobaczyłam przed sobą cudowne miejsce... Krainę marzeń. Była tak piękna, miała w sobie jakiś czar. Coś baśniowego. Zaczęłam schodzić ze wzgórza. Z każdym krokiem rosła we mnie radość. Ogarniał mnie spokój i ukojenie. Widziałam wielką polanę w otoczeniu kolorowych kwiatów. Czułam ich zapach. W pewnej chwili zobaczyłam moich zmarłych rodziców. Byli uśmiechnięci, młodzi i tacy radośni. Wyciągali do mnie ręce. Znalazłam się w ich ramionach. Byłam taka szczęśliwa!

- Nie jest możliwe, Haniu - powiedziała mama - poznać do końca drugiego człowieka.

- Tak, mamusiu - odpowiedziałam. Byłam znowu dzieckiem. Otaczała mnie miłość. Cudownie się czułam.

- Wszystko będzie dobrze - mówił ojciec. - Musisz wierzyć. Wszystko się ułoży...

- Jesteś przecież taka silna, Haniu. Dasz sobie radę. To twoje życie i weźmiesz je w swoje ręce. Cieszyłam się, że znowu jesteśmy razem. Tak za nimi tęskniłam... Poczułam, jak bardzo jestem zmęczona. Ciążyły mi powieki... Znów przeszły mnie dreszcze. Byłam sama w pokoju. Przez otwarte okno dobiegały odgłosy budzącego się miasta. Zegar wskazywał piątą rano. Spałam? Wróciła mi świadomość. Pamiętałam dokładnie wszystko, co się wydarzyło. Zdradę męża i to niezwykłe miejsce, w którym się znalazłam. Ale nie byłam już tą samą osobą. W jakiś cudowny i niewytłumaczalny sposób zyskałam inne spojrzenie na życie. Przepełniała mnie nadzieja, że dam radę, że wszystko, co złe, przeminie.

- Co ty masz taką dziwną minę? - zapytał Szymon, wchodząc do kuchni.

- Stało się coś? Przyglądał mi się uważnie. Przejrzałam się w lusterku, stojącym na kuchennym parapecie. Miałam spokojny wyraz twarzy. Na moich ustach czaił się zagadkowy uśmiech... Spojrzałam na męża i wzruszyłam ramionami.

- No stało się, stało i chyba pora na poważną rozmowę - odparłam. Chciałam zmierzyć się z sytuacją, niezależnie od tego, jak bolesna miała być.

- No, tak... - Szymon odwrócił wzrok i patrzył w okno. - Skoro już wiesz... Będzie nam jakoś łatwiej...

- Słucham zatem, co masz mi do powiedzenia - rzuciłam sucho. - Wiem, że to cię zaboli, ale... - mówił mój mąż. W jego głosie nie było żadnego poczucia winy. - No, po prostu stało się. Kocham inną kobietę i chcę z nią na nowo ułożyć sobie życie...

- Jakie to proste, prawda? - weszłam mu w słowo.

- Hanka, przecież od dawna nic nas nie łączy - Szymon westchnął ciężko.

- Dajmy sobie prawo do szczęścia. Nie komplikujmy sytuacji.

Pokiwałam tylko głową. Co miałam mówić? Łzy dławiły mnie. Czułam się oszukana. Widziałam jednak, że dalsza rozmowa była bez sensu.

- Dobrze, dam ci to prawo do szczęścia, dam ci rozwód. A teraz najlepiej będzie, jak się wyprowadzisz - powiedziałam zdecydowanie. Nie płakałam, nie przeklinałam, nie okazywałam żadnych uczuć. Szymon chyba nie przewidział takiego rozwoju wypadków. Pewnie nawet przez myśl mu nie przeszło, że tak spokojnie to przyjmę, że zgodzę się na rozwód. Choć czułam w sercu rozgoryczenie i ból, byłam z siebie naprawdę dumna. Nie widziałam żadnego sensu w przeciąganiu sprawy. Nie warto walczyć o coś, co i tak nie ma szans powodzenia. Przynajmniej zachowałam poczucie własnej godności. Szymon jeszcze tego samego dnia wyprowadził się do swojej nowej kobiety. Do sądu wniosłam pozew o rozwód. Nie kłóciliśmy się o majątek. Ustaliliśmy, że sprzedamy dom i podzielimy się pieniędzmi. Ja za swoją część kupiłam nieduże dwupokojowe mieszkanie. Rozpoczęłam zupełnie nowe życie. Podjęłam pracę w innym oddziale banku, ale już na cały etat. Wzięłam sprawy w swoje ręce i daję radę. Tak jak mówił mój ojciec. Jestem silna. I wierzę, że jeszcze kiedyś będę szczęśliwa. Że spotkam kogoś, kto sprawi, że znów będę się śmiała, czuła motyle w brzuchu, że ze szczęścia będę się unosiła nad ziemią. Że spotkam tego właściwego mężczyznę.

Hanna L., 38 lat

Z życia wzięte

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje