Reklama

Reklama

Wychowałam potwora!

- Ciężko mi było, ale wiedziałam, że robię to dla jej dobra. Trzy tygodnie tułała się po koleżankach, pewna siebie! A jak jej życie dopiekło, zrozumiała i wróciła do domu. Od tej pory nie było z nią żadnych problemów.

Reklama

- Jak to wytrzymałaś? Serce by mi chyba pękło ze strachu!

- Musiałam. I wytrzymałam... A twój Sławek ma już przecież prawie czterdzieści lat. Musisz o siebie zadbać. Może do mnie przyjedziesz? Mogłabyś z nami zamieszkać. Mamy przecież wolny pokój...

- Co ja tu będę robiła? - zapytałam.

- Praca się znajdzie. Umiesz świetnie gotować, a w pensjonacie naszych znajomych szukali kucharki... Musisz go zostawić, w tym jedyna nadzieja...

Rozmowa z siostrą dała mi do myślenia i choć serce tak bardzo mnie bolało, postanowiłam skorzystać z jej zaproszenia. Nie mogłam tak dłużej żyć. Nie dawałam już rady. Pojechałam do domu, zastałam tam straszny bałagan... Zabrałam więc resztę swoich rzeczy i napisałam list do syna, który zostawiłam mu na stole.

"Dopóki żyję, będę ci przesyłała trochę pieniędzy z renty. Ale na resztę musisz zapracować sam. Już ci nie pomogę! Nie szukaj mnie, bo nie chcę mieć z tobą nic wspólnego, dopóki się nie zmienisz."

Teraz mieszkam pod Olsztynem, pracuję w kuchni i po raz pierwszy od bardzo dawna jestem dość spokojna. Mam koleżanki, bawię się z wnukami siostry, siedzę nad jeziorem, zaczęłam normalnie spać, bo nie muszę już nasłuchiwać i czekać. Niczego się nie wstydzę, niczego nie muszę się bać. Czasem tylko martwię się o to, że chciałam tak dobrze, a wyszło bardzo źle. Wciąż mam nadzieję, że beze mnie Sławek wreszcie się pozbiera. Na razie mnie nie szukał, nawet nie dzwonił. I ja nie dzwonię. Modlę się tylko za niego i za to, by uporał się z konsekwencjami własnych błędów i na powrót stał się wartościowym człowiekiem.

Marianna F., 70 lat

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje