Reklama

Reklama

Wygram wojnę z wódką

Myślałem tylko o tym, kiedy się napić i za co... Nie wiedziałem, jak bardzo przez mój nałóg cierpi rodzina... Córka pragnęła, żebym nie pił, żebym był tym tatusiem z dzieciństwa.

Szedłem do domu chwiejnym krokiem. "Ciekawe, czy otworzy mi drzwi czy znowu będę musiał obudzić połowę bloku, by dostać się do mieszkania", myślałem ponuro. Ale to przecież nic nowego. Już tyle razy się tak zdarzało, że nawet sąsiedzi przestali się skarżyć. Ot, po prostu - pijak. Zapukałem delikatnie do drzwi. Po chwili dało się słyszeć najpierw skrzypnięcie łóżka, a później szuranie papuci. Szuranie zbliżało się.

- Kto tam?

- Andrzej... Otwórz - poprosiłem.

- Nie! - padła stanowcza odpowiedź.

- Otwieraj te drzwi i nie rób przedstawienia! - krzyknąłem i walnąłem mocno w drzwi. - No, otwieraj! Nie musi nas słyszeć cały blok. Wpuść mnie!

Reklama

- Mnie nie słyszy, to ty się drzesz.

- Drę się, bo mnie nie wpuszczasz. Mam iść drzeć się pod okna? Otwórz i wpuść mnie, Marta. To jest też mój dom!

- Ty nie masz domu. Wracaj tam, gdzie piłeś, draniu! - usłyszałem szuranie. Nie zamierzałem się kłócić, chciałem się jedynie przespać. Szuranie czekało. Nie odzywało się. Było cwane. Nie chciało ponosić winy za nocną awanturę. Odwróciłem się tyłem do drzwi, do szurania, do całego swojego zasranego życia. Postąpiłem krok naprzód i usiadłem na schodach. Podkurczyłem nogi, i nie zastanawiając się już nad niczym, zasnąłem. Obudzili mnie ludzie idący do pracy. Otworzyłem oczy, spojrzałem na zegarek. Było pół do siódmej, mogłem zapukać do domu. Otworzyła moja córka, Agnieszka.

- Jest mama? - zapytałem.

- Poszła już do pracy. Wchodź. Zdjąłem buty i wszedłem do kuchni. W gardle czułem suchość kaca. Odkręciłem kran i nalałem pół szklanki wody. Cały drżałem, ale zdołałem się napić. Spojrzałem w lustro i przestraszyłem się swojego wyglądu.

- Gdybym miał piwo... Agnieszka! - zawołałem. - Masz może piątaka?

- A co, suszy? - córka zaczęła się śmiać.

- No... suszy. Poratuj ojca. Pożycz mi... Proszę... - błagałem.

- Przecież i tak mi nie oddasz - powiedziała, wchodząc do kuchni. Na jej wyciągniętej dłoni leżało pięć złotych. Uśmiechała się do mnie. Miała czternaście lat. Była jeszcze dzieckiem, ale wiedziała, że źle robię pijąc. Jednak nie oceniała mnie. Pragnęła, żebym nie pił, żebym był tym tatusiem z dzieciństwa, który nosił ją na barana.

- Piątal starczy, tatku? - zapytała.

- Wystarczy. Dziękuję, Aga. Kiedyś ci oddam - odpowiedziałem smutno. Głupio mi było, że biorę pieniądze od dziecka.

- Okej - odpowiedziała - nie spiesz się.

- Tato... chcę ci coś powiedzieć... Kocham cię - wyszeptała i rzuciła mi się na szyję. - Kocham cię i chcę, żebyś już nie pił, ale nawet jak nie przestaniesz, będę cię kochać - mówiła mi do ucha. Tego się nie spodziewałem. W jednej chwili wytrzeźwiałem.

- Nie wiem, czy mi się uda nie pić - powiedziałem z trudem. - Nie wiem... Ale będę próbował. Przyrzekam ci, Aguś... Ja też cię kocham... - przytuliłem ją i najzwyczajniej w świecie rozpłakałem się. Płakałem z radości, ze wstydu, ze szczęścia - sam już nie wiedziałem dlaczego. Dochodziła druga po południu. Nadal ściskałem w dłoni pięć złotych. Leżałem i chociaż zaprzątała mnie myśl o piwie, nie szedłem po nie. Już od paru godzin byłem sam. Córka poszła do szkoły. Pytała czy ma zostać i czy dobrze się czuję. Poprosiłem ją tylko, by prosto ze szkoły wróciła do domu. Cały mój organizm domagał się alkoholu. Myślałem o piwie, o secie, że tylko jedna, jedyna teraz i koniec. "Tylko jeden łyk, żeby się lepiej poczuć", mówiłem sobie, ale zaraz się skarciłem: "Myśl o córce i o rodzinie, a nie o wódzie!". Obolały i bliski rezygnacji raz po raz kładłem głowę pod kran z zimną wodą. Wraz ze strumieniem spływała na mnie chwilowa ulga i wiara, że może się uda... Agnieszka wróciła ze szkoły prosto do domu. Położyła teczkę w przedpokoju i poszła do kuchni. Zlew był pełen brudnych naczyń. Miałem je pozmywać, ale nie miałem siły. Na stole w nieładzie leżały okruchy chleba i skórki z wędliny. Stała i patrzyła na ten syf. Nagle uśmiechnęła się szeroko.

- O czym myślisz, że się tak uśmiechasz? - spytałem. - Myślałaś o jakimś chłopcu?

- Nie, tatku - roześmiała się. - Myślałam o soli.

- O soli? - zdziwiłem się.

- Pomyślałam, że straszny nieład panuje w naszym życiu i że trzeba to uporządkować - mówiła. - Pomyślałam też, że w tym bałaganie brakuje miłości. A przecież pamiętam, że kiedyś było inaczej... I przyszło mi do głowy, że gdyby jeszcze dało się gdzieś tu wcisnąć miłość, byłoby lepiej. Choćby malutką... I wtedy wyobraziłam sobie miłość w solniczce. Patrzyłem na Agnieszkę zdumiony.

- No, sam pomyśl, jakby to było fajnie dodać szczyptę miłości do każdej potrawy. Ziemniaki przyprawione miłością i rosół, i wszystko inne...

- Aguś, jesteś bardzo mądrą dziewczyną... Bardzo - rzuciłem i przytuliłem ją. Potrzebowałem tego. Łzy cisnęły mi się do oczu, a w środku cały aż dygotałem.

- Tatku, będę ci solić każdą potrawę, codziennie - powtarzała - i sobie też. Tylko my będziemy wiedzieli, co oznacza "sól" - szeptała. - Tylko my.

Pół godziny później wróciła żona. Agnieszka rozradowana wybiegła do niej.

- Cześć, mamo - powiedziała głośno, a szeptem dodała: - Tatko jest. Trzeźwy!

- Hmm... - zamruczała Marta - weź ode mnie te torby. Ręce mi odpadają.

Zobaczyłem ją tylko przez chwilę, jak wchodziła do łazienki. Ona też na mnie łypnęła. Zauważyłem to. W łazience siedziała dłużej niż zwykle (a może tylko mnie się tak wydawało), w końcu wyszła. Poszła do pokoju. Słyszałem, jak włącza telewizor i kładzie się na kanapie.

- Chcesz herbaty? - zapytała mnie Aga. - Ja zrobię - odpowiedziałem i nastawiłem wodę, a ona roześmiała się szczerze. Usiedliśmy naprzeciw siebie. Piliśmy herbatę i właściwie nie rozmawialiśmy. Cieszyliśmy się swoim towarzystwem. Żadne z nas nie przerywało milczenia, dopiero tak pod koniec kubka ja się odezwałem:

- Bardzo słona ta herbata - puściłem do córki oko, a ona zaczęła się śmiać. - Idź, okryj mamę, bo pewnie zasnęła. Jej też jest ciężko, może nawet ciężej niż mnie... - rzuciłem posępnie.

- Śpi - powiedziała po powrocie. - Tato, czy... ja mogę wyjść na dwór?

- Oczywiście, że możesz - odpowiedziałem - A dlaczego pytasz?

- Noo... - nie wiedziała, jak zacząć.

- Boisz się, że jak ty wyjdziesz, to ja też?

- Tak - odpowiedziała z zakłopotaniem.

- Nie wyjdę, Aguś. Nie wyjdę, nie obawiaj się. Poczytam albo... poleżę. Muszę wszystko przemyśleć, zaplanować...

- Co? - zapytała niespokojnie.

- Muszę zaplanować, jak żyć bez wódki. Nie martw się. Nigdzie nie pójdę. Będę tu na ciebie czekał, nawet gdybym miał się przywiązać do kaloryfera. Uśmiechnęła się.

- No to chyba mogę iść... Pocałowała mnie na "do widzenia" i już jej nie było. Zostałem sam. Zajrzałem do pokoju żony. Przez chwilę stałem, przypatrując się jej twarzy. "Czas ruszać na wojnę", pomyślałem, wycofując się do kuchni. "Nie polegnę w pierwszej bitwie, nie polegnę. Wygram tę cholerną wojnę". Od tamtego dnia nigdy już nie wziąłem alkoholu do ust. Od dwunastu lat jestem trzeźwym alkoholikiem. Prócz Agnieszki mam jeszcze synka, Kubusia. Ma siedem lat. Urodził się, gdy nabrałem pewności, że mogę już sobie zaufać, i gdy inni też mogli mi zaufać. Pomogła mi w tym miłość mojej córki. Dziękuję ci, Aguś. Dziękuję ci za życie.

Andrzej K., 46 lat

Z życia wzięte

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje