Reklama

Reklama

Zaproś mnie do swojego raju

Ciotka Łucja była bezdzietną wdową. Miała dziewięćdziesiąt lat i stary dom na wsi, który zapisała mi w spadku...


- Dlaczego akurat mnie?! - irytowałam się, gdy wyszłam z rodzicami od notariusza po ogłoszeniu ostatniej woli szanownej staruszki.

- Jesteśmy... to znaczy byliśmy jej najbliższą rodziną - wyjaśnił ojciec. - A poza tym ciocia pamiętała, że w dzieciństwie lubiłaś spędzać u niej wakacje.

- To było dwadzieścia lat temu, kiedy rajcowało mnie bieganie za kurczakami po podwórku - wspominałam. - A co ja miałabym teraz robić na tej zapyziałej wsi? Czy tam w ogóle jeszcze ktoś mieszka? - powątpiewałam.

Reklama

- Przecież to jest środek lasu...

Rodzice milczeli wymownie, a ja czułam, że wpadłam jak śliwka w kompot. Stałam się posiadaczką chylącej się ku ziemi chałupy, którą na domiar złego musiałam jechać obejrzeć. Wsiadłam w moją mikrę i ruszyłam dziurawym asfaltem przez las. Po pół godzinie jazdy zobaczyłam tabliczkę ze znajomą nazwą miejscowości. Po chwili zajechałam przed dom ciotki. Weszłam za bramkę. Zamierzałam rozejrzeć się po podwórku i budynkach. Przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy. Gdy stamtąd wyszłam, gorączkowo zastanawiałam się, co zrobić, by jak najszybciej się tego balastu pozbyć.

- Dzień dobry pani! - z zamyślenia wyrwał mnie donośny męski głos.

- Dzień dobry - odparłam, przyglądając się nieznajomemu.

- To pani posesja? - zainteresował się.

- Tak, a dlaczego pan pyta? -

Szukam domu w tej okolicy, może zna pani kogoś, kto chciałby sprzedać?

- Pewnie, że znam! - odparłam uradowana.

- Ja. Właśnie się zastanawiałam, co mam zrobić z tą ruderą.

- Naprawdę? - zdziwił się mężczyzna. - Nie szkoda pani takiego pięknego miejsca? Ten dom jest uroczy.

Spojrzałam krytycznym okiem na chatkę ciotki Łucji. Wprawdzie drewniany ganek porośnięty dzikim winem prezentował się jeszcze całkiem nieźle, ale reszta to był dramat.

- Wie pan, jakoś mi nie szkoda - wyznałam, otwierając mu furtkę. - Proszę sobie obejrzeć posesję. Sama słabo się orientuję w tym, co tu jest, bo odziedziczyłam ten dom niedawno.

- A, rozumiem. Niechciany spadek? - zgadywał.

- Otóż to!

- Pani mieszka w mieście, prawda? - wypytywał dalej.

- Tak, a co to ma do rzeczy? - trochę mnie denerwował tymi pytaniami.

- To od razu widać. Nie dostrzega pani potencjału tkwiącego w ziemi. Tu można stworzyć raj - ekscytował się.

- Niestety, nie raj dla mnie - zrobiłam smutną minę. - Ale jeśli pan tak uważa, chętnie panu to miejsce sprzedam. Muszę tylko wynająć rzeczoznawcę, który wyceni to wszystko dookoła - wykonałam zamaszysty ruch ręką.

- I jak? Jest pan zainteresowany? - uśmiechnęłam się do niego.

- Jak najbardziej - odpowiedział zadowolony. Dopiero w tym momencie zauważyłam, że przede mną stoi całkiem przystojny mężczyzna. "Szkoda, że to raczej nie będzie znajomość rozwojowa", pomyślałam z żalem. "Szybko załatwimy formalności i się pożegnamy. On zostanie tutaj, ja w spokoju wrócę do miasta i po sprawie", zdecydowałam. Wymieniliśmy się numerami telefonów i umówiliśmy się na kolejne spotkanie za dwa tygodnie. W tym czasie zamierzałam zorientować się, ile mogę zarobić na sprzedaży i jak szybko można załatwić formalności, bo chciałabym mieć to jak najszybciej za sobą. Niestety, sprawa nie była taka prosta, jak mi się wydawało. Nie mogłam się tego domu pozbyć ot, tak sobie.

- Przykro mi, panie Jacku, że nie mogę panu sprzedać tego raju na ziemi - powiedziałam, dzwoniąc do niego tuż po rozmowie z prawnikiem.

- Po prostu mnie na to nie stać. Dopiero zapłaciłam podatek od darowizny, a już musiałabym zapłacić kolejny, od sprzedaży. Jeśli za jakiś czas nadal będzie pan zainteresowany, proszę zadzwonić. Ma pan prawo pierwokupu - zapewniłam. Ale nie łudziłam się, że on zaczeka do momentu, aż mnie będzie stać na sprzedaż domu. Po prostu poszuka sobie innego "raju" i tyle. A ja zostanę z tą chałupą na karku. Jakież było moje zdziwienie, gdy dwa dni po tamtej rozmowie zobaczyłam na wyświetlaczu komórki numer Jacka.

- Dzień dobry, pani Elwiro - przywitał się, gdy odebrałam. - Dzwonię do pani z propozycją nie do odrzucenia - jego głos brzmiał wesoło.

- Znalazłem pewne wyjście z pani sytuacji. Ale szczegóły chciałbym omówić w cztery oczy - dodał tajemniczo, po czym zaproponował spotkanie w miłej knajpce niedaleko mojej pracy. Szłam tam z mieszanymi uczuciami. Nie wiedziałam, co facet kombinuje i czy nie chce mnie oszukać. Otworzyłam drzwi kawiarni i niepewnie rozejrzałam się po jej wnętrzu. Z końca sali zamachał do mnie jakiś blondyn. "To naprawdę on?", pomyślałam z niedowierzaniem, spoglądając na szczupłego, dobrze ubranego przystojniaka.

- Cieszę się, że pani przyszła - powiedział, odsuwając mi krzesło. - Czego się pani napije? Podają tu świetną czekoladę z malinami - dodał.

- Brzmi smakowicie, poproszę - odparłam i pomyślałam, że nie dość, że przystojny to jeszcze z manierami. "Szkoda, że chce się marnować, zostając rolnikiem", naprawdę szczerze żałowałam. Po chwili kelnerka przyniosła pucharek z czekoladą, a pan Jacek zaczął mi wyjaśniać, co takiego wymyślił. Otóż do czasu, gdy już będę mogła mu sprzedać dom i ziemię, chciał je ode mnie wydzierżawić. Oczywiście zgodnie z prawem, jak zaznaczył. Równocześnie on powoli by dom remontował i zacząłby kopać stawy rybne. Słuchałam go jak jakiegoś fantasty, lecz gotowa byłam na to przystać.

- Ale wszystko dojdzie do skutku tylko pod pewnymi warunkami, pani Elwiro - zaznaczył. - Po pierwsze: będziemy sobie mówić po imieniu, a po drugie: będzie mnie pani czasami odwiedzała. Przynajmniej raz w miesiącu, choć nie ukrywam, że częstsze wizyty będą mile widziane - zażartował. Lubię dowcipnych facetów, a Jacek zrobił na mnie miłe wrażenie, więc przystałam na ten, bądź co bądź, ryzykowny układ. Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko, załatwiliśmy konieczne formalności, dałam Jackowi klucze do domu i pojechał tworzyć ten swój raj. Nawet się nie spostrzegłam, jak minął miesiąc od tego zdarzenia i mój dzierżawca upomniał się o obiecaną wizytę. W sumie z przyjemnością wybrałam się do niego, bo, co tu kryć, trochę mi się podobał. Gdy podjechałam pod dom ciotki Łucji, nie poznałam go. "Gdzie się podziały te chaszcze spod płotu?", dziwiłam się. "Co się stało z gumnem, które szpeciło środek podwórka?", z niedowierzaniem patrzyłam na gładko zagrabioną ziemię. Nie mogąc wyjść z podziwu, otworzyłam furtkę.

- O! Jesteś! - usłyszałam wesoły głos Jacka.

- Muszę ci powiedzieć, że mieszkanie na wsi ci służy - powiedziałam trochę żartobliwie, ale pomyślałam całkiem serio. Bo Jacek wyglądał świetnie. Zmężniał, a wysmagana wiatrem i promieniami wiosennego słońca twarz dodawała mu uroku. "Prawdziwe ciacho", przemknęło mi przez myśl, powodując jednocześnie przyjemne łaskotanie w brzuchu.

- A ty jak zwykle wyglądasz zjawiskowo - odpowiedział mi, spoglądając na mnie z nieukrywanym zachwytem.

- O, widziałeś mnie raptem kilka razy w życiu i już wiesz, że zazwyczaj wyglądam zjawiskowo? - za wesołym tonem próbowałam ukryć zmieszanie.

- Wiedziałem to już po pierwszym spotkaniu - odparł całkiem serio. "Czyżby mnie podrywał?", w moim brzuchu znów zatańczyły motyle. "To niemożliwe", przekonywałam sama siebie. "Jest po prostu miły i tyle", skwitowałam swoje rozważania i pozwoliłam się oprowadzić po gospodarstwie. Z jakim entuzjazmem Jacek opowiadał o tym, co tam robi! W życiu nie widziałam faceta, który z podobnym błyskiem w oku opowiadałby o grzebaniu w ziemi i sadzeniu kwiatków. To było urocze. - Widać, że kochasz wieś - powiedziałam, gdy po skończonym "obchodzie" popijaliśmy herbatę w jedynym odremontowanym pokoju w domu. Ja siedziałam na kanapie, a Jacek przycupnął obok mnie na dywanie.

- Wychowałem się w podobnym miejscu - odparł Jacek. - Rodzice zostawili mnie u dziadków, a sami zwiali za granicę. Wtedy wieś kojarzyła mi się z czymś niemiłym i robiłem wszystko, by z niej uciec. Poszedłem do liceum z internatem, potem na studia do dużego miasta. Nie zamierzałem już nigdy na wieś wrócić. Nigdy - dodał dobitnie, po czym zorientowałam się, że wspomnienia tamtych dni nie są dla niego przyjemne.

- To dlaczego teraz zmieniłeś zdanie, miasto ci się znudziło? - zaryzykowałam jednak drążenie tego tematu, aczkolwiek nie sądziłam, że z ust Jacka padną aż tak szczere wyznania.

- Miasto brutalnie mnie potraktowało - usłyszałam. - Oddałem mu całą swoją młodość, energię. Najpierw się uczyłem, potem pracowałem na najwyższych obrotach, bo wydawało mi się, że tylko kupno mieszkania w mieście da mi upragnione szczęście. A to miasto mnie wyssało do cna, a potem wypluło - westchnął ciężko, a ja spojrzałam na niego pytająco.

- Wiesz, szybko się dorobiłem sporych pieniędzy, kupiłem mieszkanie, znalazłem dziewczynę. Ale długo ze mną nie wytrzymała, bo zamiast z nią, cały czas spędzałem przed komputerem, pisząc kolejne skomplikowane programy. Kiedy zostałem sam, zacząłem pracować jeszcze więcej. A potem... wypaliłem się. Chyba miałem początki depresji, ale nigdy nie poszedłem do lekarza. Miasto zaczęło mnie drażnić, hałas ulic doprowadzał mnie do szału. Uciekłem do dziadków. Tam, na wsi wszystko działało na mnie kojąco, piękne widoki, cisza nocna przerywana ujadaniem psów, zapach świeżo zaoranej ziemi... Wtedy zrozumiałem, że moje miejsce jest na roli. Ale dziadkowie już przepisali dom na mojego wuja, więc musiałem poszukać dla siebie innego miejsca, no i jestem - Jacek zakończył swój wywód, a ja nie wiedziałam, co powiedzieć. Zaskoczył mnie tą opowieścią i jednocześnie urzekł. Milczeliśmy chwilę.

- A ty dlaczego nie lubisz wsi? - pierwszy odezwał się Jacek.

- Wiesz, całe życie mieszkałam w mieście, nie miałam okazji jej dobrze poznać - odparłam wymijająco, zakłopotana tym pytaniem. - Wieś kojarzy mi się tylko z wakacjami u ciotki i to są nawet przyjemne wspomnienia, ale żyć tu chybabym nie umiała...

- Szkoda - przerwał Jacek, patrząc mi głęboko w oczy.

- Dlaczego? - zdziwiłam się.

- Bo... - zaczął, nie odrywając ode mnie wzroku.

- Nie, nic - dodał po chwili milczenia.

- Chcesz jeszcze herbaty? - wyraźnie zmieszany, próbował szybko zmienić temat.

- Nie, dzięki, chyba już pojadę - odpowiedziałam. Czułam, że sytuacja jest napięta. Uznałam, że jak na pierwszą wizytę już dość było wrażeń, więc pożegnałam się i pojechałam do siebie. Gdy zasypiałam, wciąż miałam przed oczami to spojrzenie Jacka. Takie... trochę smutne, ale jednocześnie, bo ja wiem? Zakochane? Nie, musiało mi się wydawać. Przecież on wcale mnie nie znał, dlaczego miałby tak na mnie patrzeć? Jednak od tego dnia nie mogłam przestać o nim myśleć. Jedząc śniadanie, zastanawiałam się na przykład, co on w tej chwili robi, czy też parzy właśnie kawę albo smaży jajecznicę? Gdy padał deszcz, martwiłam się, że pewnie pokrzyżował Jackowi plany, bo musiał zatrzymać robotę. Cieszyłam się, gdy świeciło słońce, bo to oznaczało, że u Jacka wszystko będzie rosło. I coraz częściej go odwiedzałam. Z ochotą pomagałam mu w drobnych pracach remontowych i w ogrodzie. Ze zdziwieniem zauważyłam, że zaraził mnie swoją miłością do przyrody. Zaczynałam tak jak on zachwycać się zapachem kwitnącej mirabelki.

Nawet słuchanie pszczół pracujących w wiśniowym sadzie sprawiało mi przyjemność. Nie wiedziałam jednak, czy sama przyroda tak na mnie działała, czy fakt, że to Jacek pokazywał mi jej uroki. W marcu i kwietniu spędziłam na wsi wszystkie niedziele. Już nie mogłam doczekać się majowego weekendu, bo cały zamierzałam spędzić w domu ciotki Łucji. Nawet nie przypuszczałam, że Jacek może mieć zupełnie inne plany.

- Wiesz, chcę cię poprosić... znaczy lepiej by było, gdybyś przez najbliższy miesiąc nie przyjeżdżała tutaj - powiedział, nie patrząc mi w oczy.

- Muszę doprowadzić coś do końca i...

- Jasne, nie ma sprawy - przerwałam mu.

- Przecież nie musisz mi się tłumaczyć - siliłam się na spokojny ton, ale w środku cała dygotałam. Dziwnie mnie ta sytuacja poruszyła. Było mi przykro, że Jacek coś przede mną ukrywa, ale z drugiej strony zdałam sobie sprawę, że w sumie ma do tego prawo. Właściwie byliśmy tylko dobrymi znajomymi, nic poza tym. I to też bolało. Bo w głębi serca liczyłam chyba na coś więcej, sądziłam, że Jacek coś do mnie czuje i po tym majowym weekendzie naprawdę wiele się spodziewałam. Nie narzucałam się jednak. Nie pytałam. A długi weekend spędziłam w Nadrenii, dokąd pojechałam z moimi uczniami na wycieczkę. Myślałam, że tam się zrelaksuję i zapomnę o przykrych sprawach. Ale zamiast zachwycać się pięknem stoków porośniętych winoroślą, tęskniłam za widokiem powykręcanych gałęzi jabłonek w starym sadzie ciotki Łucji. Za nimi czy za tym, który teraz między nimi spacerował? "Może z jakąś kobietą...", ta myśl boleśnie wbiła mi się w serce. Do Polski wróciłam w tak samo kiepskim nastroju, w jakim wyjeżdżałam. Dobrze, że ostatnie tygodnie roku szkolnego są dla nauczyciela czasem wytężonej pracy, bo przynajmniej miałam czym zająć myśli, by nie tęsknić. Obawiałam się jednak, co będzie w wakacje. A zbliżały się wielkimi krokami. Wreszcie przyszedł ostatni dzień roku szkolnego. Wróciłam do domu skonana, usiadłam w fotelu i zastanawiałam się, co teraz począć.

Nagle moja komórka oznajmiła, że dostałam SMS. "Są już wakacje. Czas wyjechać na wieś", brzmiała wiadomość. Była od Jacka... Miałam ochotę od razu wskoczyć do auta i pojechać tam. Wtedy mój telefon znów zapiszczał. "Weź ze sobą rzeczy na kilka dni", przeczytałam kolejny SMS. "Co on sobie wyobraża? Najpierw raczy mnie jakimiś tajemnicami, nie daje znaku życia, a teraz lakonicznym »przyjedź na kilka dni« zamierza załatwić wszystko?", irytowałam się. Ale wyciągnęłam z szafy torbę podróżną. Godzinę później znów jechałam dziurawym asfaltem. Nie wiedziałam, czy dobrze robię, ale nie mogłam inaczej. Coś mnie gnało w tamtym kierunku. Dotarłam na miejsce szybciej niż zwykle. A domu nie poznałam. Nowy dach, elewacja, okna, krzewy na podwórku...

- Jak ty tego dokonałeś?! - oszołomiona tym widokiem nawet nie przywitałam się z Jackiem, tylko pobiegłam oglądać dom.

- Normalnie! Ciężką pracą! - zaśmiał się, wyraźnie zadowolony z mojej entuzjastycznej reakcji.

- Chyba nie powiesz, że zrobiłeś to sam? - spojrzałam na niego podejrzliwie.

- Nie, miałem bardzo sprawną ekipę.

- Uff - odetchnęłam z ulgą. - Bo już gotowa byłam pomyśleć, że jesteś cyborgiem, a nie człowiekiem - trajkotałam, chodząc z pomieszczenia do pomieszczenia i podziwiając efekty pracy Jacka i jego ekipy.

- Tu jest cudnie - chwaliłam i widziałam, że sprawia mu to niekłamaną przyjemność. Tak jak mnie wieczorne siedzenie na werandzie z kieliszkiem wina w dłoni.

- Mogłabym tu przyjeżdżać co weekend - westchnęłam z zadowoleniem, wyciągając się w bujanym fotelu.

- Tu jest tak pięknie... - rozmarzyłam się. Wokół pachniało maciejką, w zagajniku śpiewał słowik.

- Widzisz, mówiłem ci, że to raj. Jeszcze zechcesz tu zamieszkać na stałe - Jacek wróżył mi wiejską przyszłość.

- Daj spokój, przecież to ma być twój dom, obiecałam ci go - zaprotestowałam.

- Zresztą tyle pracy w niego włożyłeś... A w ogóle to dlaczego nie przyznałeś się wcześniej, że chcesz to wszystko skończyć przed latem? Przyjechałabym ci pomóc.

- No, jeszcze czego! - oburzył się pół żartem, pół serio. - Wiesz, ilu tu było facetów? Niektórzy przystojni, jeszcze by ci się któryś spodobał i co wtedy?

- Nic strasznego, może bym się zakochała! - zaśmiałam się. - W sumie... mogłabym tu zamieszkać z jakimś facetem - powiedziałam bardziej do siebie niż do niego, po raz pierwszy przyznając się do tego, że już mi nie taka wieś straszna, ale pod jednym warunkiem: że jest przy mnie Jacek...

- Brrrr! - otrząsnęłam się, nie wiem, czy z niewygodnych myśli czy z zimna.

- Chcesz wejść do środka? - spytał pan domu. - Mogę napalić w kominku.

- Nie, tu jest dobrze, tak ładnie ptaki śpiewają - powiedziałam przeciągle, czując jak wino uderza mi do głowy.

- Tylko coś trochę mi chłodno.

- To chodź tu do mnie, razem będzie nam cieplej - zaproponował. Posłuchałam jego rady i po chwili siedziałam obok niego na ławce. Bez pardonu objął mnie ramieniem. Nie protestowałam, podkuliłam nogi i mocniej się do niego przytuliłam.

- Mogę tak? - spytałam, kładąc dziwnie ciężką głowę na jego torsie.

- Pewnie - szepnął mi do ucha takim głosem, że znów przeszył mnie dreszcz. Bynajmniej nie z zimna. Dłoń Jacka z moich pleców powędrowała na kark. Poczułam delikatną, przyjemną pieszczotę. Poddałam się jej, lekko unosząc głowę. Spojrzałam na Jacka, miał przymknięte oczy, a lekko uniesione kąciki ust sugerowały, że jest mu równie przyjemnie jak mi. Jego twarz w miękkim świetle lampy naftowej wyglądała wręcz pięknie. Bił z niej spokój. Tak, było mu dobrze. Ale czy tak dobrze jak mi? Czy też się zastanawiał, jak długo to potrwa i czy istnieje naprawdę? Czy też się obawiał, że to tylko alkohol tak nas do siebie zbliżył? Z tymi wątpliwościami kołatającymi się po głowie, zasnęłam. Obudziło mnie pianie koguta u sąsiadów. Tak. Poranne pianie koguta. Przespałam całą noc jak niemowlę. A najgorsze było to, że nie wiedziałam, jak znalazłam się w stylowym łóżku w gościnnym pokoju. "Dobrze, że w tym, a nie w tym samym co Jacek", przypomniałam sobie, co czułam, przytulając się do jego umięśnionego torsu. Myśląc o tych miłych chwilach, poczłapałam do łazienki, sądząc, że Jacek jeszcze śpi i mogę bezpiecznie doprowadzić się do stanu używalności. Mogłam się także spodziewać, że jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, natknę się na niego w przedpokoju. Ale czy mogłam przewidzeć, że natknę się na niego, otwierając drzwi łazienki? Na dodatek zupełnie nagiego! "Jasna cholera!" zaklęłam w duchu, zamykając z powrotem drzwi. "Jasna cholera!", powtórzyłam, tym razem wyrażając swój podziw dla tego, co przed chwilą zobaczyłam. Wciąż tkwiłam przed tą łazienką, nie mogąc się ruszyć z miejsca. Nagle drzwi się otworzyły i stanął w nich Jacek z ręcznikiem owiniętym wokół bioder. "Jasna cholera", pomyślałam znowu, nie mogąc oderwać wzroku od wklęsłego, ale umięśnionego brzucha.

- Przepraszam, myślałem, że jeszcze śpisz - był równie zażenowany jak ja.

- To samo myślałam o tobie i... - próbowałam się tłumaczyć, ale słowa nie chciały mi przejść przez gardło.

- Chyba pójdę po ręcznik - wypaliłam bez sensu i uciekłam do pokoju. Potem chyłkiem przemknęłam do łazienki, a z niej zamierzałam zwiać, gdzie pieprz rośnie.

- Elwira, śniadanie gotowe! - usłyszałam tymczasem. Niepewnie weszłam do kuchni. Jacek krzątał się po niej, przygotowując jajecznicę. Był już ubrany w dżinsy i polówkę. A ja wciąż myślałam o tym, co skrywa pod ciuchami. To żenujące, ale nie mogłam oderwać wzroku od jego rozporka, który - miałam wrażenie - zaraz pęknie pod naporem tego, co zawiera. "Jasna cholera", zaklęłam znowu i wstałam od stołu. Wyszłam do sieni i z ulgą przyłożyłam rozpalony policzek do zimnej ściany. Zamknęłam oczy.

- Elwira - usłyszałam po chwili szept Jacka i poczułam jego dłoń na ramieniu. Zadrżałam, a on przyciągnął mnie do siebie i zaczął całować po szyi.

- Nie - szepnęłam słabo.

- Dlaczego nie, przecież... Elwira, ja cię pragnę - dotknął moich nabrzmiałych piersi.

- Aaa... - jęknął.

- Och! - i ja westchnęłam z rozkoszy. Tego nie można było już powstrzymać. Jacek wpił się w moje usta, jednocześnie unosząc mnie lekko do góry. Plecami wciąż oparta o ścianę, objęłam jego biodra nogami. Tak, pragnął mnie. Teraz to czułam. Pospiesznie rozpięłam mu dżinsy i nawet nie zsuwając ich, wydobyłam z rozporka jego męskość. Nie musiał długo szukać właściwej drogi. Wszedł we mnie. Mocno, szybko. Ten seks nie trwał długo, ale obojgu nam przyniósł spełnienie.

- Marzyłem o tym od dawna, od naszego spotkania w kawiarni. Miałaś wtedy taki seksowny dekolt... - wyznał Jacek. A ja? Ja nie powiedziałam nic, bo jeszcze nie docierało do mnie, co się stało. Na razie brakowało mi tchu.

- Zaplanowałeś to, draniu? - uśmiechnęłam się do Jacka.

- To przed chwilą? - spojrzał na mnie lubieżnie. - Nie, samo wyszło. Na szczęście, bo już nie mogłem wytrzymać. Miałem nadzieję, że wczoraj...

- A jednak planowałeś?!

- Tak, wczoraj tak - przyznał z rozbrajającą szczerością.

- Ale, niestety, moja zdobycz zasnęła - zaśmiał się.

- Ty naprawdę jesteś drań!

- Nie zaprzeczam - podszedł do mnie bliżej.

- A ty nie zaprzeczaj, że ci się nie podobało - mruknął mi do ucha.

- Nie zaprzeczam - szepnęłam, ochoczo poddając się pieszczocie. Po chwili znów się kochaliśmy, tym razem niespiesznie, delikatnie, jakby pokazując sobie wzajemnie, że to, co nas łączy, to nie tylko pożądanie. A co więcej? W tamtej chwili trudno było jeszcze powiedzieć, ale przecież od dawna czułam się jak zakochana. Jacek wyznał, że i ja dla niego sporo znaczę.

- Wiesz, że dwa dni po naszym pierwszym spotkaniu miałem propozycję kupna domu w dużo lepszym stanie niż ten? - przyznał mi się wieczorem, gdy siedzieliśmy pod jedną z jabłonek w sadzie.

- Ale wiedziałem, że jeśli ją przyjmę, mogę już nigdy cię nie zobaczyć. A tego nie chciałem. Potem to już byłem gotów na każdy układ, żebyś tylko nie zniknęła z mojego życia.

- No i udało ci się - wtuliłam się w jego mocne ramię.

- Ale nie było łatwo, zwłaszcza przekonać cię do tego miejsca. Musiałem zrobić coś, byś je chociaż polubiła i wymyśliłem tę niespodziankę z remontem. Wierzyłem, że jak zastaniesz dom odnowiony, zakochasz się w nim. Jeśli nie od razu, to po jakimś czasie.

- Jacek - przerwałam mu te marzenia na temat przyszłości. - Ale ja jeszcze nie powiedziałam, że przekonałam się do tego miejsca - wyjaśniłam.

- Domyślam się - odparł spokojnie. - Masz całe wakacje na to, by przemyśleć, czy chcesz tu żyć. Spróbujesz? Zostaniesz ze mną chociaż do września?

- Do września na pewno - obiecałam. I obietnicy dotrzymałam. Muszę przyznać, że to były moje najlepsze wakacje od czasów dzieciństwa. Chociaż stale było coś do zrobienia i musiałam pracować fizycznie, wypoczęłam jak nigdy dotąd. I byłam szczęśliwa. Jednak wciąż nie miałam pewności, czy takie wiejskie życie mi odpowiada. Aż do ostatniego weekendu sierpnia... Siedzieliśmy w sadzie pod naszą ulubioną jabłonką. Nagle przyszedł silniejszy podmuch wiatru i z drzewa spadło wielkie czerwone jabłko. Podniosłam je i podałam Jackowi.

- I co, czy to nie jest raj? - z rozkoszą wbił zęby w soczysty owoc.

- Umm, pycha! Spróbuj - podał mi jabłko. Nagle ten prosty gest sprawił, że zrozumiałam, jak wygląda szczęście. Właśnie tak. Z ukochanym mężczyzną, w ukochanym miejscu.

- A przyjmiesz mnie do swojego raju? - spytałam cicho.

- Tak na zawsze?

- Zapomniałaś, że to wciąż jest twój dom. I to chyba ja powinienem zapytać, czy mogę w nim zostać.

- Tak długo, jak tylko zechcesz - wyszeptałam i pocałowałam go w usta. Miały smak raju...

Elwira

Imiona bohaterów zostały zmienione.

Najpiękniejsze romanse
Dowiedz się więcej na temat: wieś | romans | dom

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje