Reklama

Reklama

Co dzieje się z twoim ciałem, kiedy umierasz?

Nie masz już siły trzymać ust zamkniętych, zapadają ci się policzki. Oczy tkwią głęboko w oczodołach. Nos robi się spiczasty i sterczy nad otwartymi ustami. Broda także robi się spiczasta. Oblicze Hipokratesa. W dawnych czasach był to znak dla lekarza, aby zaprzestał swoich wysiłków. Od tej chwili pałeczkę przejmował ksiądz.

Reklama

Twój widok przeraża. Zwłaszcza w społeczeństwie, w którym śmierci nie uważa się za coś oczywistego, lecz za skutek złych warunków życiowych. W społeczeństwie, które młodości czy starości nie uznaje za stan fizyczny, lecz za postawę duchową.

Zanika odruch połykania, w głębi gardła gromadzi ci się ślina. Kiedy oddychasz, twój oddech ociera się o tę wydzielinę, wprowadza ją w stan wibracji, ślina bulgocze. Brzmi to trochę tak, jakby dziecko wysysało przez rurkę resztki oranżady ze szklanki. To bulgotanie śmierci.

Bliscy słyszą w tym cierpienie. Nawet ludziom mającym do czynienia ze śmiercią na co dzień trudno to niekiedy znieść. To odruch: patrzenie na ciebie, słuchanie wydawanych przez ciebie odgłosów wyostrzają zmysły żyjących na każdy sygnał wysyłany przez ciało tego, który umiera. Słysząc bulgoczący oddech, rodzina domaga się interwencji - sedacja, odsysanie, pomocy, pomocy! Jednak raczej nie potrzebujesz pomocy. Pielęgniarka patrzy wtedy na twoje czoło. Ból powoduje ściągnięcie skóry. Ale krótko przed śmiercią zdarza się to coraz rzadziej. Wchodzisz w fazę pozostawiania bólu za sobą.

Godzina twojej śmierci jest bliska, bardzo bliska, a mimo to nieprzewidywalna. Twarz, oddech, wygląd - wszystko wskazuje, że już niedługo umrzesz. Ale o jednym nadal nic nie wiadomo: o tym, jak mocno i jak długo życie będzie się trzymało twojego ciała. Starzy lekarze opowiadają, że nieraz czuli się zaskoczeni przy łożu śmierci. Na przykład był taki umierający, który rozpadał się wręcz w błyskawicznym tempie i wszyscy byli pewni, że została mu co najwyżej godzina, nie więcej. Ale on nie umierał przez trzy kolejne dni. Inny siedział na łóżku i mówił do samego końca, a potem umarł nagle, w ciągu dziesięciu minut.

Personel pielęgniarski zna wiele takich fenomenów. Czasem wydaje się, że umierający potrafią wpływać na moment swojej śmierci. Niezbyt mocno, nie ma to nic wspól­nego z cudem, ale jednak w takim stopniu, że jest to zauważalne. Jeden z nich, zanim popadł w zmącenie, dowiedział się, że wybiera się do niego syn przebywający za granicą. Człowiek ten zapadał się w sobie, ale nagle jego stan się ustabilizował. Syn jechał przez całą noc i połowę dnia, a ojciec umarł dopiero wtedy, gdy ten dotarł do jego łóżka. Bywa też zupełnie inaczej. Mężczyzna wie, że jego rodzina siedzi w pociągu i dotrze już za cztery godziny, i umiera kilka minut przed jej przybyciem. W sumie nie wiadomo, czy te historie słyszy się tak często, bo rzeczywiście tak często się zdarzają, czy też dlatego, że są wyjątkowe, więc silnie zapadają w pamięć żyjących. Uwidaczniają one jednak, że umieranie w swojej finalnej fazie jest nieprzewidywalne.

Bliscy niekiedy tego nie akceptują. Twoje umieranie bowiem stało się ważnym elementem ich życia. Razem z tobą bali się i płakali, interpretowali po swojemu wypowiedzi lekarzy, dzielnie znosili smutek i ból. Opiekowali się tobą, karmili cię. Poświęcali swój czas i siły. Ta droga była tak długa, że pojawiła się na niej nawet cicha nadzieja - a potem chcieliby przeżyć już tylko twój koniec: zobaczyć twoją śmierć. Całkiem możliwe, że zrobisz im psikusa. Personel pielęgniarski opowiada o wielu podobnych sytuacjach: rodzina czuwa przy łóżku umierającej kobiety. Siedzą tam całymi godzinami, całymi dniami, zmieniają się, aby umierająca nie była sama w chwili śmierci. I oto osoba czuwająca musi wyjść do toalety, tylko na moment, a chora umiera właśnie wtedy. To ciężkie przeżycie. Bliscy czują się oszukani. Biorą to bardzo do siebie. Jednak nie ma ku temu żadnego powodu. Może chcesz czuć kogoś przy sobie w chwili śmierci. A może wolisz być sam. Albo o wszystkim decyduje los: twój czas minął.

Zanika napięcie mięśniowe. Oczy gasną. Organy przestają funkcjonować. To radykalna przemiana żywej istoty w martwą materię. Z punktu widzenia matematyki przemiana ta dokonuje się zgodnie z nadkrytyczną bifurkacją Hopfa, modelem teorii chaosu opisującym utratę równowagi w sytuacji stabilizacji. Lekarze mówią, że wszyscy chcieliby prostych odpowiedzi.

Twój podbródek się zapada, z trudem łapiesz powietrze, ludzie wokół ciebie myślą, że to twoje ostatnie tchnienie. Ale z reguły nadchodzi jeszcze jedno. Albo i dwa. Wreszcie oddychasz po raz ostatni. Tętnica szyjna pulsuje ci jeszcze przez dwie, trzy sekundy. Potem serce zamiera.

* Więcej o książce "Jak umieramy" przeczytasz TUTAJ.

Dowiedz się więcej na temat: umieranie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje