Reklama

Reklama

Eva Szentesi: Powiedzieli mi, że zadzwonią, jak wyniki będą złe. Były, ale nikt się nie odezwał.

Eva Szentesi od pięciu lat jest bezobjawowa. Powoli można oficjalnie stwierdzić, jej choroba nowotworowa została wyleczona. Jej historię wiele osób zna z czasopism, programów telewizyjnych, wykładów lub książki, którą napisała na ten temat. Swojego leczenia raka szyjki macicy nigdy nie traktowała jako sprawy prywatnej: przez siedem lat publikowała informacje na ten temat, a w maju wraz z firmą Neumann Labs rozpoczęła aktywną kampanię edukacyjną na temat raka. Teraz opowie nam historię swojej choroby: przedstawiamy pierwszą część opowieści Evy Szentesi.

Zanim zaczęłam pisać ten artykuł, zapytano mnie w telewizyjnym wywiadzie, czy nie obawiam się, że ludzie będą uważali mnie za słabą. Zaskoczyło mnie to pytanie, choć było zasadne - większość ludzi dotkniętych chorobą nowotworową uważa, że raczej należy ją ukrywać, ponieważ zgodnie z pewnymi uprzedzeniami postrzega się ją jako oznakę słabości. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, czy wyglądam na słabą w oczach innych. Chociaż kilkakrotnie przeżywałam bardzo głębokie emocjonalne wzloty i upadki oraz czasami czułam, że dobrze by było zakorkować cały ten publiczny zgiełk w butelce, pobiec z nią bardzo daleko, a następnie wyrzucić. Jednak nawet przez minutę nie żałowałam, że praktycznie od pierwszego dnia diagnozy piszę o mojej chorobie. Historia moich zmagań z chorobą jest częstokroć mylnie interpretowana. Nie byłam młodą kobietą żyjącą nieodpowiedzialnie i niedbającą o siebie. Co prawda, gdy miałam 20-kilka lat, nawet przez moment nie przychodziło mi do głowy, że mogę mieć raka. Nawet przez sekundę.

Reklama

Chodziłam do przychodni z moim problemem w postaci często występujących wodnistych upławów o przykrym zapachu, na które lekarz regularnie przepisywał mi antybiotyki. Powodowały one krótkotrwałą poprawę, ale następnie problem pojawiał się ponownie, terminowo jak w zegarku. O badaniu HPV nie wiedziałam nic, nawet nigdy o nim nie słyszałam. Jednemu z lekarzy przyszło jednak do głowy - przy mojej kolejnej wizycie - że ewentualnie należałoby przeprowadzić badanie pod kątem raka. A więc byłam spokojna, nie denerwowałam się. Miałam 28 lat, a więc co mogłoby mi dolegać? Myślałam, że na pewno nie mogę mieć raka. Słowo "rak" nawet nie pojawiło się w moim umyśle. Później zapomniałam nawet o badaniu, bo powiedzieli, że zadzwonią, jeśli okaże się, że jest jakiś problem. Ale nie zadzwonili. A ja bez zmian zajmowałam się swoimi codziennymi sprawami.

Parę tygodni później wystąpiły u mnie już nie te wodniste upławy o przykrym zapachu, lecz o wiele intensywniejsze krwawienia, które na pierwszy rzut oka nie wyglądały na menstruację. Wtedy tak bardzo się wystraszyłam, że nawet nie pomyślałam o wizycie w przychodni, ale natychmiast zadzwoniłam do mojego kolegi. Jego przyjaciel z dzieciństwa, który był znanym ginekologiem, przyjął mnie poza kolejnością w swoim prywatnym gabinecie. Był bardzo miły i uspokoił mnie po badaniu: "Proszę Pani, proszę się uspokoić. Pani jest za młoda na raka". Ok, ja też tak myślałam, ale w takim razie co mi jest? Powiedział, że mamy do czynienia z paskudnym owrzodzeniem szyjki macicy, które po jednym zabiegu na pewno nie zniknie, ale opatrzy je i zapisze mnie na następną wizytę. On też nie wspomniał o badaniu na obecność wirusa HPV. Powiedziałam mu, że niedawno miałam badanie na raka, które teoretycznie jest w porządku, bo nie dzwonili z przychodni. Uspokoiłam się. Niedługo miałam ponowną wizytę, ale krwawienie ustało tylko na krótko.

Lato minęło, a we mnie tkwiło jakieś bardzo złe przeczucie. Nie wiedziałam, skąd się wzięło, zrodziło się gdzieś w mojej głowie i promieniowało w dół po całym ciele. Jakieś przedziwne uczucie, którego nie umiałam nazwać i które teraz mogłabym porównać z lękiem. Wiedziałam, że coś jest ze mną nie w porządku, coś bardzo złego. W tym okresie chodziłam już nie tylko na zabiegi do ginekologa, ale też na kąpiele solne, na akupunkturę i masaż stóp. Uciekałam się do wszelkich ludowych sposobów, bo myślałam, że może gdzieś znajdę rozwiązanie. Ale prawda pojawiła się w sposób o wiele okrutniejszy. Bezczelnie i bez owijania w bawełnę.

Był początek grudnia. Minęło już ponad pół roku od czasu badania na raka. Nagle poczułam się bardzo źle. Zrządzeniem losu, byłam wtedy akurat przed przychodnią lekarską, do której wcześniej tyle razy chodziłam. Oczywiście weszłam, bo bardzo krwawiłam. Starszy ginekolog spojrzał na mnie, pobladł i zapytał: "A Pani gdzie się podziewała? Próbowaliśmy do Pani dotrzeć wiele razy, ale nie mogliśmy nawiązać kontaktu". Powiedziałam, że "nie zginęłam i mój numer telefonu jest aktualny". Na moim wyniku było napisane niebieskim długopisem, że dzwonili do mnie. Nawet dwa razy. Rozumiecie to? Dwa razy do mnie dzwonili. Z wynikiem wskazującym obecność typu wirusa P4, a w konsekwencji na raka szyjki macicy. Jeszcze w maju. A teraz mieliśmy już grudzień. Minęło sześć miesięcy, rozumiecie to?

I oni dzwonili do mnie "aż" dwa razy. Lekarz zbadał mnie na wszelki wypadek, ale powiedział tylko tyle, że od teraz to już nie należy do jego kompetencji. Siedziałam tam i tylko otwierałam usta, nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. "To teraz gdzie mam iść?" - pytałam przerażona i totalnie załamana.

Starszy profesor z przychodni wysłał mnie do następnego lekarza. Ten, kiedy mnie zobaczył i przeczytał mój wynik z maja, zaczął biegać po szpitalu jak szalony. Nie chciał uwierzyć, że inny lekarz uznał, iż widoczny już wtedy gołym okiem, sześciocentymetrowy nowotwór, to owrzodzenie szyjki macicy. Nie chciał uwierzyć, że nie mogli mnie znaleźć w przychodni, że nie przeprowadzono testu HPV ani nawet nie przeprowadzono konsultacji. Nie chciał uwierzyć w to wszystko, bo to mogłoby mnie ustrzec przed przerzutami, które już wtedy u mnie wystąpiły.

W tym samym wywiadzie telewizyjnym reporter zapytał mnie, czy wybaczyłam już te pomyłki. Moim zdaniem tego nie można wybaczyć. Raczej tylko przyjęłam to do wiadomości i cieszę się, że miałam w końcu wielkie szczęście. Natomiast bez tych błędów, które popełniono na początku mojej choroby, może byłabym dziś w innym miejscu. Może byłabym już matką. Jakaś siła wyższa skierowała mnie na tę drogę. Teraz muszę już przejść ją do końca.

Dalszy ciąg mojej opowieści nastąpi.

Éva Szentesi

Badania cytologiczne (tzw. cytologia) nie wykrywają aż do 30% różnego rodzaju nowotworów. Około 50% stanów przedrakowych, które wymagają interwencji chirurgicznej, nie zostaje wykrytych na czas. W Polsce jest już dostępna nowa metoda zapobiegania rakowi szyjki macicy, której pierwszym etapem jest wykonywany samodzielnie w domu test na obecność wirusa HPV. Badania kliniczne potwierdziły, że Easy HPV Test  jest w stanie rozpoznać nawet do 98,5% poważnych stanów przedrakowych oraz innych nowotworów. Easy HPV Test można wykonać szybko, bezpiecznie i komfortowo we własnym domu.

Artykuł powstał we współpracy z Neumann Labs

 

 

materiały promocyjne

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje