Reklama

Reklama

Eva Szentesi: Wezwano moją matkę do szpitala i powiedziano jej, że został mi maksimum miesiąc życia.

Wcześniej publikowaliśmy pierwszy artykuł Évy Szentesi, pisarki i aktywistki, która przezwyciężyła raka, a następnie zdecydowała się opowiedzieć o swojej walce. Te opowieści nie są wesołe, nie są upudrowane, ale życie nie zawsze bywa łatwe. Szentesi swojego leczenia raka szyjki macicy nigdy nie traktowała jak sprawy prywatnej: przez siedem lat publikowała informacje na ten temat, a w maju wraz z firmą Neumann Labs rozpoczęła aktywną kampanię edukacyjną na temat raka.

Nie wiem, czy można dokładnie opowiedzieć o tym, co się dzieje z kobietą chorującą na raka szyjki macicy po usłyszeniu diagnozy. Mogę tylko powiedzieć, że nie jest to łatwa sytuacja -  tego można się pewnie domyślić. Najlepszym porównaniem jest według mnie piekło. Wszystko jednak można przeżyć, ale czasem zabiera to ze sobą kawałek naszej duszy.

Reklama

Po usłyszeniu diagnozy moim pierwszym zadaniem było znalezienie możliwie najlepszego lekarza. Wybrałam specjalistę, do którego chodziła jedna z moich przyjaciółek. Lekarz zbadał mnie i zarządził natychmiastowe przeprowadzenie dodatkowych badań niezbędnych do wykonania operacji - sytuacja była poważna. Dwa dni później okazało się, że nie mogą mnie operować, ponieważ nowotwór ma przerzuty do jelita grubego i jest na tyle rozległy, że nie da się go po prostu wyciąć. Potrzebne było przeprowadzenie wstępnej chemioterapii, na którą praktycznie od razu wyraziłam zgodę. Poprosiłam nawet o jak najszybsze rozpoczęcie leczenia. W zasadzie nie bałam się i nie zastanawiałam nad tym, jakie będą skutki uboczne takiej terapii. Upłynęło już tak wiele czasu, że nie było innych opcji na moje leczenie. Dlatego nie zastanawiałam się i działałam. Czułam, że natychmiast muszę coś zrobić, nie mogę dalej siedzieć bezczynnie.

Kiedy rozpoczęła się terapia, próbowałam bez zmian prowadzić dotychczasowy styl życia. Choć wszystko przewróciło się do góry nogami, nie chciałam przyjąć tego do wiadomości. Czułam się tak, jakbym chorowała tylko na lekką grypę, która szybko przejdzie i wszystko będzie w porządku. Nawet nie myślałam o tym, że mogę umrzeć. Zupełnie jakbym nie leżała w szpitalu, gdzie leczono mnie dość silnymi truciznami. Nie przejmowałam się również wypadaniem włosów. Kupiłam sobie wspaniałe peruki. Raz byłam blondynką, następnego dnia byłam ruda, a potem moje włosy były długie aż za plecy. Cieszyłam się, że nareszcie mam długie włosy, bo jako nastolatka obcięłam włosy na krótko i nie zapuściłam ich aż do czasu choroby.

Podczas pierwszej chemioterapii wciąż chodziłam do pracy. Z biegiem czasu objawy były jednak coraz bardziej widoczne i nie mogłam już udawać, że nie jestem chora. Moje ciało po pół roku leczenia nadawało się do operacji. Cieszyłam się, że chemioterapia okazała się skuteczna. Czekałam na termin zabiegu. Pamiętam, jak rano w dzień operacji oglądałam swój jeszcze nieuszkodzony brzuch. Chciałam się z nim pożegnać, bo wiedziałam, że kiedy się obudzę, to nic już nie będzie takie samo. 

Mój lekarz przeprowadził skomplikowaną, sześciogodzinną operację. Wówczas wszyscy jego koledzy sugerowali mu, aby zrezygnować, bo tego nowotworu nie da się wyciąć. Był owinięty wokół tętnicy biegnącej do mojej lewej nogi i sięgał aż do pęcherza moczowego oraz jelit. Istniało duże ryzyko, że zostanę sparaliżowana. Lekarz opowiadał mi później, że wziął głęboki oddech i podjął decyzję, że jednak będzie ciął. Najwyżej połowa mojego ciała będzie sparaliżowana, ale będę żyła. Potem kiedy trzymał w ręku moją tętnicę i oddzielał od niej nowotwór, nie mógł uwierzyć, że to rzeczywiście się dzieje. Ostatecznie nam się udało.

Pamiętam moment, w którym obudziłam się na oddziale intensywnej terapii. Najpierw zauważyłam moją matkę, a potem siostrę. Uśmiechały się. Uśmiech był najlepszym znakiem, bo wiedziałam, że jest w porządku, że się udało. Cały nowotwór został usunięty z mojego organizmu. Dwa tygodnie później dostałam do ręki całkowicie negatywny wynik PET CT. Jeśli ktokolwiek myśli (bo i ja tak myślałam), że historia się na tym skończyła, to grubo się myli, ponieważ pół roku później sprawa potoczyła się dalej. Niestety - już  z o wiele agresywniejszym nowotworem nienadającym się do operacji.

Jeszcze w październiku miałam operację naprawczą moczowodu. Moczowody to parzyste przewody prowadzące mocz z nerek do pęcherza moczowego. Podczas mojej operacji jeden nich uległ uszkodzeniu. Musiałam znów poddać się operacji, bo uszkodzenie powodowało nieprzyjemny wyciek moczu i z tego powodu nie można było zastosować radioterapii jako dodatkowego zabiegu. Trzeba było podjąć decyzję: albo do końca życia będę chodziła w pieluchach, albo zaryzykuję, zrezygnuje z radioterapii i zdecyduję się na ponowne cięcie brzucha. Ale do tego musiało upłynąć znów pięć miesięcy po dużej operacji. Byłam spokojna. Operacja moczowodów udała się i późniejsze wyniki badania histopatologicznego były negatywne. Nie sądziłam, że ponownie poznam prawdziwą twarz raka. W ciągu jednego miesiąca nowotwór osiągnął rozmiar ośmiu centymetrów. W lewym biodrze owijał się wokół nerwów i naczyń krwionośnych. W żaden sposób nie dało się go operować. Wezwano moją matkę do szpitala i powiedziano jej, że został mi maksymalnie jeden miesiąc życia - tak agresywny był ten nowotwór.

Moja matka nie wyraziła zgody na poinformowanie mnie o tym. Prosiła za to  o ostatnią szansę, ostatnią deskę ratunku. Lekarz przepisał mi jedną z najbardziej agresywnych chemioterapii, a dodatkowo 28 naświetlań w ramach radioterapii. Powiedział mi również, że jeśli nie poczuję zmiany w ciągu pierwszej pół godziny, przynajmniej złagodzenia bólu, to wtedy nie ma nadziei. Pamiętam, że z pokoju szpitalnego krzyczałam do matki, nie wiedząc o tym wszystkim: "Patrz mamo, mogę wyprostować nogę i nawet nie boli tak bardzo!". Wcześniej nie mogłam wyprostować nogi, ponieważ nowotwór powodował skurcz. Mama wyszła wtedy ze szpitala, aby się wypłakać i pooddychać świeżym powietrzem. Wiedziała, co to znaczy.

Najgłębszy dół emocjonalny zdarzył się dopiero później. Środki przeciwbólowe rozwaliły mój żołądek. Chemioterapia i radioterapia całkowicie odebrały mi moje człowieczeństwo. Pomimo tego, że zabiegi okazały się skuteczne, w rzeczywistości zmagaliśmy się z czasem. Kto pierwszy dotrze do mety? Rak czy ja? Kto pierwszy zginie w wyniku zabiegów: nowotwór czy mój organizm? Byłam tak bardzo załamana, że niemalże już nieobecna duchem. Moja łysa głowa była najmniejszym problemem, z którym musiałam się zmierzyć. W takim stanie nie mogłam ani leżeć, ani stać, ani chodzić. Potrzebowałam pomocy nawet przy wyjściu do łazienki. Na zabiegi wożono mnie wózkiem i tylko dzięki specjalnej muzyce medytacyjnej mogłam znaleźć się w takim stanie (niemającym nic wspólnego ze spaniem), abym mogła trochę zrelaksować się przynajmniej przez część doby. Niewiele pamiętam z tych miesięcy. Żyłyśmy z dnia na dzień. Nie liczyłyśmy czasu, nie patrzyłyśmy na zegarek. Cieszyłyśmy się razem z każdego poranka, że przeżyłyśmy jeszcze jeden dzień. Ból, z którym codziennie żyłam, był niesamowity, nie do uwierzenia.

Mama codziennie parzyła kilo rumianku i w tym rumianku leżałam godzinami. Było mi trochę lepiej. Ale śmierć zawsze była obok mnie i obie o tym wiedziałyśmy, nawet gdy nie znałam dokładnie stanu mojego zdrowia. Pewnego razu zostałam sama na noc. W telefonie opisałam swoje obawy, że boję się umrzeć, ale czuję, że jestem zmuszona zaakceptować, że nie dożyję 30. roku życia. Spojrzenie moim strachom w twarz było tak kojące, że następnego dnia zadecydowałam się zorganizować swój pogrzeb. W końcu żaden pogrzeb się nie odbył, bo w następnym miesiącu mój organizm tak szybko zaczął zdrowieć, że nikt nie chciał uwierzyć. Nigdy, ale to nigdy nie zapomnę tego uczucia, kiedy mój lekarz zadzwonił do mnie i powiedział, że nowotwór całkowicie zniknął z mojego organizmu. Nigdy w życiu nie byłam tak szczęśliwa!

Éva Szentesi

Badania cytologiczne (tzw. cytologia) nie wykrywają aż do 30% różnego rodzaju nowotworów. Około 50% stanów przedrakowych, które wymagają interwencji chirurgicznej, nie zostaje wykrytych na czas. W Polsce jest już dostępna nowa metoda zapobiegania rakowi szyjki macicy, której pierwszym etapem jest wykonywany samodzielnie w domu test na obecność wirusa HPV. Badania kliniczne potwierdziły, że Easy HPV Test jest w stanie rozpoznać nawet do 98,5% poważnych stanów przedrakowych oraz innych nowotworów. Easy HPV Test można wykonać szybko, bezpiecznie i komfortowo we własnym domu.

Artykuł powstał we współpracy z Neumann Labs

 

 

 

 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje