Reklama

Reklama

Hanna Stolińska: Polakom brakuje umiaru w jedzeniu

Odżywiać należy się świadomie i z głową, a posiłki powinny być regularne i dobrze zbilansowane. Jak to wszystko prosto brzmi! Niestety, praktyka pokazuje, że my, Polacy, mamy z tym spory kłopot. O naszych największych grzechach żywieniowych, wynikających z nich niedoborach oraz mitach, które rujnują nasze zdrowie, rozmawiamy z dietetykiem klinicznym dr Hanną Stolińską, autorką książki "Zakłamane jedzenie".

Iwona Wcisło, Interia: Jakie są największe grzechy żywieniowe Polaków?

Reklama

Hanna Stolińska: - Największym grzechem jest brak regularności spożywania posiłków oraz to, że nie potrafimy jeść odpowiednich porcji. Albo się głodzimy, albo jemy za dużo i co chwilę. Nie możemy pozwolić sobie na kostkę czekolady, bo zaraz zjadamy całą tabliczkę.

Hmm, brzmi znajomo...

- Polakom brakuje umiaru, a ich dieta nie jest regularna i urozmaicona. To też jest duży problem. Mamy swoje ulubione potrawy i jemy je niemal na okrągło. Ale jak długo można jeść codziennie kanapki z serem czy kurczaka? Brak urozmaicenia powoduje, że nasza dieta jest niedoborowa.

Ten nasz apetyt widać nawet w restauracjach. Lubimy, kiedy porcje są naprawdę duże.

- Rzeczywiście tak jest. A przecież my wcale nie musimy dużo jeść. Ludzie dłużej żyją i lepiej funkcjonują, jeśli wręcz nie dojadają.

Czyli lepiej w drugą stronę?

- Tak, ale to nie chodzi też o to, żeby się głodzić. Wystarczy, jeśli nie będziemy się przejadać. Nasz organizm zacznie wtedy zupełnie inaczej funkcjonować, nie będzie tak szybko się starzał, nie rozwinie się wiele chorób. Cywilizacje, które nie dojadają, żyją dłużej niż te, które się przejadają.

Wcześniej wspomniała pani o niedoborach. Jakie najczęściej występują u Polaków?

- Najbardziej niedoborowym składnikiem w naszym kraju są kwasy omega-3. Ich głównym źródłem są ryby morskie, których spożycie w Polsce coraz bardziej spada. Co ciekawe, najmniej jedzą ich mieszkańcy Pomorza. Boimy się jeść ryby ze względu na zanieczyszczenia, o których tak dużo się ostatnio mówi. Poza tym w mniejszych miejscowościach trudno jest kupić taką, która nie jest mrożonym filetem z toną nastrzykiwanej solanki i glazury. Ludzie często jedzą ryby wędzone lub z puszki, ale i tu pojawia się znak zapytania: na ile one są zdrowe? No i jeszcze dzieci, którym najczęściej ten produkt po prostu nie przypadają do gustu.

- Mało kto myśli jednak o tym, żeby rezygnując z ryb, zapewnić sobie inne źródła kwasów omega-3. A warto w takiej sytuacji sięgać po siemię lniane, nasiona chia, nasiona konopne, orzechy włoskie, jajka, zielone warzywa, olej lniany tłoczony na zimno czy olej rzepakowy. Ten ostatni produkt jest u nas wciąż na cenzurowanym ze względu na rzekomą zawartość glifosatu. A to wcale nie jest prawdą. Panuje też przekonanie, że najzdrowsza jest oliwa z oliwek, a właśnie olej rzepakowy to jest taka nasza "polska oliwa", z której powinniśmy jak najczęściej korzystać.

Czy doskwierają nam również inne niedobory?

- Na pewno wielu z nas cierpi na niedobór witaminy D. Jej źródłem są ryby i nabiał. A on też powoli idzie w odstawkę, bo niemal wszyscy chcą teraz żyć bez laktozy, źle się po nim czują albo psuje im cerę. Do tego mało kto suplementuje witaminę D.

Tylko jak ją suplementować? Czy wyłącznie w miesiącach jesiennych i zimowych, czy może przez cały rok? W jakich dawkach?

- To wszystko zależy od jej stężenia we krwi. Powinniśmy je najpierw sprawdzić - ocenić sytuację i dopiero dobierać suplementację. Na przykład osoby otyłe potrzebują wyższej dawki witaminy D, a wiemy, że aż 60 proc. Polaków ma problem z nadwagą. Istnieją też jednostki chorobowe, takie jak chociażby choroby zapalne czy niedoczynność tarczycy, które wymagają całorocznej suplementacji witaminy D.

- Nasze zapotrzebowanie na tę witaminę rośnie, ponieważ coraz rzadziej wychodzimy na słońce. A jak już wychodzimy to zabezpieczeni filtrami, pozasłaniani. Dotyczy to również dzieci, które chowamy w wózkach i na wszystkie możliwe sposoby chronimy przed słońcem. I jak ta witamina D ma się wytworzyć?

Wygląda na to, że strach może być dla nas niebezpieczny. Boimy się ryb, więc w rezultacie zmagamy się z niedoborem kwasów omega-3, boimy się nabiału i słońca - mamy problemy z witaminą D.

- Dokładnie! Boimy się też produktów zbożowych - bo przecież zawierają gluten. I tak powstaje niedobór magnezu oraz witamin z grupy B, bo te produkty są jego głównym źródłem w naszym pożywieniu. Wszystko to się nakręca i w rezultacie nasza dieta robi się wręcz jałowa.

No właśnie. Gdzieś przecież tworzą się te mity żywieniowe, które za pomocą internetu błyskawicznie się rozprzestrzeniają. Jak zatem odróżnić nieprawdziwe informacje od rzetelnych?

- To jest trochę taka walka z wiatrakami i nawet my, specjaliści, mamy z tym problem. Badania naukowe często są sponsorowane, fałszowane i naciągane. Robi się je na bardzo małych grupach, a przyjęta metodologia bywa słaba. Ostatnio trafiło do mnie badanie, które szybko podłapały media, rozprzestrzeniając fałszywe informacje. Konkluzja z nich była taka, że mieszkańcy krajów, w których je się kiszonki, rzadziej umierali na koronawirusa. Wszyscy naukowcy wyśmiali te doniesienia, ponieważ badanie dotyczyło spożycia kiszonek w latach 2005-2013 i kompletnie nie przekładało się na to, co dzieje się teraz.

- Niestety, dietetyka nie jest zawodem regulowanym i trzeba być bardzo ostrożnym, bo można spotkać naprawdę wielu szarlatanów. Dietetykiem może zostać każdy, kto zrobi kurs dietetyczny - czasami nawet trzygodzinny. Mam wrażenie, że dziś każdy uznaje się za specjalistę żywienia, bo przecież je i wie, jak to pożywienie na niego działa. Ale w  hierarchii wiarygodności nasze własne opinie są na ostatnim miejscu. Dlatego nie możemy bazować wyłącznie na odczuciach płynących z naszego ciała. Wiadomo, że każdy człowiek jest inny, ale istnieją pewne ogólne wytyczne żywieniowe, które niestety dziś próbuje się stawiać na głowie. A to dlatego, że zdrowe i prawidłowe zalecenia są dla ludzi trudne do utrzymania - wiążą się bowiem ze zmianą nawyków żywieniowych i trzeba nad nimi mocno popracować.

Pewnie dotyczy to również nawyków zakupowych, bo przyzwyczajamy się do kupowania określonych produktów?

- Dokładnie. Ale ludzie chcą jakiegoś "wow". Kiedy przychodzą do mnie pacjenci, szczegółowo im tłumaczę, jak powinna wyglądać ich dieta. Po czym, na koniec, dostaję pytanie o magiczną pigułkę, która pomoże im schudnąć. A niestety, nie ma drogi na skróty. Gdyby były jakieś suplementy, cudowna żywność czy wspaniała dieta, to na pewno wszyscy chodzilibyśmy piękni, szczupli i szczęśliwi. I ktoś dostałby za to bardzo dużą nagrodę. Ogólne zasady żywieniowe nudzą się ludziom, dlatego wymyślają różnorakie teorie, przy okazji sporo na nich zarabiając. Bo wiadomo, że na zdrowiu zarabia się najlepiej. Dlatego nie możemy wierzyć we wszystko, co przeczytamy.

Dobrym przykładem jest chyba olej kokosowy - największy hit ostatnich lat, który trochę nas rozczarował. Miał być remedium na wiele dolegliwości i chorób, a okazał się niezbyt wartościowym produktem.

- Mnie nie rozczarował, bo chyba wszyscy rzetelni naukowcy wiedzieli do początku, że nie jest to dobry produkt. Nie było też polskich rekomendacji do jego spożywania. Podobnie jak amerykańskich. Przeprowadzono jakieś pojedyncze badania z nieprawidłową metodologią, z których wyciągnięto błędne wnioski i zaczęto gadać głupoty. Niestety, na dużą skalę.

- Oczywiście wszystko jest dla ludzi. Moje ulubione powiedzenie mówi, że nic nie jest trucizną i wszystko jest trucizną, bo tylko dawka czyni truciznę. Dlatego nic się nie stanie, jeśli od czasu do czasu użyjemy trochę oleju kokosowego.

Ciekawa jestem, czy spór między zwolennikami margaryny i masła został zakończony? Mamy już jakiś werdykt w tej sprawie?

- Każdy z tych produktów ma swoje plusy. Tłuszcze nasycone możemy jeść bez problemu do drugiego roku życia, natomiast później powinniśmy przechodzić na tłuszcze wielonienasycone i jednonienasycone, które znajdziemy w tłuszczach roślinnych. Mała ilość masła nam nie zaszkodzi, ale musimy pamiętać o cholesterolu i nasyconych kwasach tłuszczowych, których i tak spożywamy za dużo. Alternatywą jest masło klarowane, które zawiera tych związków zdecydowanie mniej, a cholesterolu nie ma wcale. Stawiajmy jednak raczej na tłuszcze roślinne. Margaryny roślinne są w Polsce dobrze przebadane i wiemy, że zawierają mniej kwasów tłuszczowych trans niż masło. Mam oczywiście na myśli dobrej jakości margaryny, nie utwardzane. Te twarde do pieczenia to świństwo, ale te miękkie są jak najbardziej w porządku. Dodatkowo zawierają one sterole roślinne, które regulują gospodarkę lipidową organizmu.

- Osobiście nie jestem zwolenniczką ani jednego, ani drugiego, bo jest to zbędny tłuszcz w naszej diecie. Lepiej zjeść awokado, oliwki, orzechy czy pestki. Tłuszcz jemy w rybach, mięsie i nabiale - w zasadzie cały czas przewija się on w naszej diecie, więc lepiej po prostu niczym nie smarować kanapek.

* Więcej o książce "Zakłamane jedzenie" przeczytasz TUTAJ.

Dowiedz się więcej na temat: zdrowe odżywianie | olej | niedobory

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje