Kto się boi konopi?

Posłowie ponad rok temu zdecydowali o refundacji leków, zawierających medyczną marihuanę. Obiecali też, że to pierwszy krok do legalizacji tego rodzaju specyfików. Jednak po roku już nikt nie stawia tak optymistycznych prognoz.

"Choruję od 31 lat na epilepsje lekooporną. Przeżyłam śmierć kliniczną. Brałam wszystkie leki, jakie są na świecie. Miałam operacje i nic nie pomaga. (...). Medyczna marihuana jest dla mnie ostatnią deską ratunku, jak stwierdził dr Marek Bachański. (...). Czemu taki ciemny kraj?! Ja nie potrzebuję tego, żeby się nawalić tylko do leczenia".

Marihuana straszna, bo nieznana

Reklama

Chociaż określenie "ciemny kraj", użyte przez internautkę na forum niepełnosprawni.pl, jest radykalne, trudno odmówić słuszności stwierdzeniu, że polski lęk przed medyczną marihuaną bierze się przede wszystkim z braku wiedzy. Profesor Vetulani nazywał to zjawisko "marihuanofobią"  - W Polsce panuje zbiorowa marihuanofobia, podsycana przez władze. Ludzie ulegają jej, ponieważ nie mają wiedzy. Działa tu ten sam mechanizm jak w przypadku zbiorowego strachu przed uchodźcami - mówił w jednym z wywiadów.

Najczęstsze mity funkcjonujące w świadomości Polaków, to przekonanie, że terapia konopiami polega na paleniu skrętów, a pacjenci w jej wyniku są odurzeni, agresywni i miewają omamy. Powszechnie twierdzi się również, że każdy preparat pozyskany z marihuany uzależnia oraz że marihuana zakupiona od dilera na ulicy nie różni się specjalnie od tej dostępnej w aptekach. Ignorancja cechuje nie tylko zwykłych ludzi, ale też posłów, którzy decydują o dostępności marihuany medycznej (dość wspomnieć byłego wiceministra zdrowia, Jarosława Pinkasa, który w listopadzie twierdził, że "coś takiego jak medyczna marihuana nie istnieje").

Leki sprzed tysięcy lat

Tymczasem stosowanie marihuany do celów medycznych nie jest niczym nowym. Do takich celów wykorzystywano ją w Chinach, a na egipskich papirusach znaleziono informacje, że roślina ta jest skuteczna w leczeniu m.in. migreny i jaskry.

Dziś leczniczą marihuanę pozyskuje się z wierzchołków liści konopi. Można z nich przygotować leczniczy napar, oleje,  maści, czopki bądź preparaty do inhalacji. Substancjami leczniczymi zawartymi w roślinie są kannabinoidy, z których najlepiej przebadane to: THC i CBD.

 THC jest w Polsce nielegalny, ponieważ ma działanie psychoaktywne. Trzeba jednak pamiętać, że oprócz właściwości odurzających, związek ten ma również działanie przeciwbólowe, antybakteryjne i antynowotworowe.

Działanie THC jest neutralizowane przez inny kannabinoid - dopuszczony w Polsce do sprzedaży CBD, od którego nie można się uzależnić. Substancja ta nie daje "odlotu", a jedynie uspokaja, działa nasennie i przeciwlękowo. Preparaty zawierające CBD można kupić w rozmaitych aptekach biokonopnych i inny punktach sprzedaży, na których szyldach widnieją charakterystyczne listki.

Można by więc zapytać: O co tyle szumu, skoro bez recepty można w jednym z takich sklepów kupić preparat z konopi. Owszem, można, tyle że niektóre schorzenia wymagają leczenia mieszanką dwóch lub więcej substancji czynnych.

Lista schorzeń, w których leczeniu stosuje się medyczną marihuanę, obejmuje kilkadziesiąt pozycji. Wśród nich znalazły się: padaczka lekooporna, stwardnienie rozsiane, depresja, WZW typu C, choroba Parkinsona, choroba Alzheimera i wiele innych.

Przeciwnicy marihuany medycznej często podnoszą argument braku badań, potwierdzających skuteczność tej substancji.  Tymczasem samo pojęcie "marihuany medycznej" jest terminem naukowym, a pod hasłem "medical marijuana" w bazie PubMed - największej anglojęzycznej bazie artykułów medycznych - znaleźć można 3484 artykułów. Pod hasłem "cannabis medical" - kolejne 3074, podobna liczba wyników wyszukiwania pojawi się po wpisaniu rekordu "cannabis medical use".


Listek figowy

Po drugiej stronie barykady stoją rodzice małych pacjentów i organizacje takie jak Koalicja Medycznej Marihuany czy Wolne konopie, które starają się o legalizację medycznej marihuany. Wsparcie znaleźli w posłach Kukiz ’15, a zwłaszcza w osobie Piotra Liroya Marca. To ten klub poselski w lutym ubiegłego roku złożył w sejmie projekt nowelizacji ustawy o prawie medycznym, zmierzający do ułatwienia chorym dostępu do medycznej marihuany.

Nowelizacja zakładała m.in. umożliwienie pacjentom uprawiania marihuany na własne potrzeby oraz wytwarzania specyfików wykorzystywanych we własnej terapii. Zezwolenie na uprawę otrzymałyby też fundacje, organizacje społeczne i jednostki naukowe. Miała również powstać specjalna instytucja monitorująca uprawę i sprzedaż marihuany.

Po roku prac z projektu został kadłubek, który bardziej przypomina listek figowy, którym politycy zasłaniają brak zaangażowania w tę sprawę, niż nowelę mającą realnie ułatwić pacjentom dostęp do leków. Z noweli usunięto m.in. zapis o państwowych uprawach- antagoniści bali się, że uprawy wyciekną i trafią na czarny rynek. Oznacza to, że polscy pacjenci musieliby polegać na suszu sprowadzanym zza granicy, z którego w Polsce przygotowywano by leki recepturowe. Teoretycznie susz można by sprowadzać z Holandii i Danii (tamtejsze uprawy spełniają normy zgodne z procedurami GMP), jednak jak mówił poseł Liroy na lutowym posiedzeniu komisji zdrowia, tamtejsi producenci już zapowiedzieli, że suszu do Polski nie sprzedadzą, bo  - zwyczajnie - mają go zbyt mało. Dodatkowo takie rozwiązanie wiązałoby się z wysokimi cenami preparatów, a co za tym idzie, z ograniczeniem ich dostępności.

 - Dlaczego mamy płacić Holendrom albo sprowadzać z Izraela za horrendalne pieniądze leki, które można by wyprodukować w Polsce? - dziwi się dziennikarka Dorota Mirska-Królikowska, autorka książki "Marek Bachański, doktor od spraw niemożliwych. Cała prawda o leczeniu marihuaną". -  Pomyślmy: Jeśli rodzina ma chore dziecko, to musi zapłacić za rehabilitację, specjalne żywienie, za pielęgniarkę, dojazdy do szpitala...To są potworne koszty, w pokrywaniu których państwo niemal nie uczestniczy. I co? I jeszcze mają płacić za lekarstwo, które mogliby mieć o wiele taniej?


A koszty to niemałe, bo buteleczka oleju z konopi o pojemności 10 ml kosztuje blisko 700 zł i w większości przypadków wystarcza na około tydzień terapii.

Polska kupi susz

Emocjonalna burza, która towarzyszy dyskusji o medycznej marihuanie, ma konkretne ofiary. Jedną z nich jest doktor Marek Bachański, specjalista w zakresie pediatrii i neurologii dziecięcej, który pracując w Klinice Neurologii Instytutu "Pomnik - Centrum Zdrowia Dziecka" w Warszawie, stosował marihuanę medyczną w terapii małych pacjentów cierpiących na padaczkę lekooporną. W 2015 roku dr Bachański został dyscyplinarnie zwolniony, a dodatkowo CZD złożyło doniesienie do prokuratury, twierdząc, że doszło do "narażenia pacjentów na utratę życia lub ciężki uszczerbek na zdrowiu przez prowadzenie nielegalnego eksperymentu medycznego z użyciem pochodnych marihuany". Doktora oskarżano też o prowadzenie badań, bez uzyskania świadomej zgody przedstawicieli jego uczestników.

Ostatecznie Bachański został uniewinniony. Dodatkowo w marcu sąd pracy nakazał przywrócenie doktora do pracy, cofnięcie nagany nałożonej na doktora przez CZD oraz wypłatę wynagrodzenia za okres, w którym lekarz pozostawał bez pracy. W tej beczce miodu jest jednak łyżka dziegciu - Bachański owszem, do pracy wrócił, ale dziś do jego obowiązków nie należy opieka nad małymi pacjentami, ale... opisywanie wyników badań EEG. Padaczkę lekooporną leczy nadal, w prywatnej klinice.

Za walkę o medyczną marihuanę pozywano nie tylko doktora. Kilka lat temu zarzut posiadania i produkcji narkotyków (zagrożone karą do 3 lat więzienia) usłyszał pewien chory na raka lublinianin, który hodował marihuanę na własny użytek (został uniewinniony, a sąd wziął pod uwagę wyjątkową sytuację, w jakiej znalazł się chory). Zaś 15 lat więzienia -  za przemyt oleju z konopi - groziło Jakubowi Gajewskiemu, który wwiózł do kraju specyfik przeznaczony dla jego matki, chorej na raka trzustki.

Nielegalne ratowanie życia

Zdarzają się też historie o wiele bardziej dramatyczne niż te sądowe. Na debatach w sejmie często pojawia się mama Oli Janowicz, dziewczynki która w 2016 roku uzyskała zgodę na import docelowy marihuany medycznej z Holandii do Polski. Zgodę wydano w grudniu, lek miał trafić do małej pacjentki tak szybko, jak to możliwe. Nie zdążył, Ola zmarła 6 maja.

Dorota Gudaniec, mama małego Maxa, żeby podać synkowi lek, złamała prawo.  Chłopiec leżał w szpitalu bardzo ciężkim stanie, ona miała zgodę na import, ale nie miała leku. Jak sama przyznaje, o terapii kannabidoidami nie wiedziała wówczas nic. Myślała, że skoro ma zgodę i receptę,  wystarczy kupić lek w aptece i sprowadzić go do Polski. Nie wiedziała, że leku nie może kupić i przywieźć do kraju osoba prywatna, aby import był legalny, zapotrzebowanie na preparat musi złożyć apteka. Opublikowała na Facebooku post, w którym napisała, że potrzebuje dla dziecka leku. Odezwał się młody człowiek, poprosił o skany dokumentów, kupił preparat w aptece i jeszcze tego samego dnia wysłał go do Polski prywatnym samochodem. Gudaniec podała go dziecku sama, bo lekarze grali na zwłokę mówiąc, że nie widomo jak organizm Maxa zareaguje na konopie. Matka na własną rękę rozpoczęła terapię medyczna marihuaną. Dziecko zaczęło wracać do zdrowia.

Leki niby dostępne

Ułatwieniem (przynajmniej finansowym) dla pacjentów miała być refundacja leków, sprowadzanych do polski w ramach procedury importu docelowego. I rzeczywiście, dzisiaj lek kosztuje niewiele ponad trzy złote, tyle że jego otrzymanie wcale nie jest takie proste.

Procedura przebiega tak, że lekarz wypisuje zapotrzebowanie na marihuanę leczniczą. Wniosek trafia do konsultanta medycznego, a później Ministerstwo Zdrowia wydaje zgodę na sprowadzenie leku do Polski. Na końcu pacjent zamawia lek w aptece i czeka na jego odbiór.

Teoretycznie to proste, w praktyce pułapek jest kilka: - Wystarczy, że trafisz na jedną nieżyczliwą osobę, na jedną aptekę, która powie że nie sprowadzi, bo nie ma czasu, albo farmaceutę, któremu sumienie nie pozwala sprzedawać marihuany i wszystko stoi - mówi Dorota Mirska-Królikowska.

Dlatego rodzice kombinują. Organizują się w internecie, na zamkniętych grupach i forach wymieniają się informacjami na temat dostępności leków oraz kontaktami do lekarzy, którzy zgadzają się na wypisywanie recept, dyskutują nad zmianami w prawie, opowiadają o tym, jak czują się ich dzieci. Bo często poza własnym gronem nie mają gdzie szukać zrozumienia.

- Oni są traktowani przez tych wszystkich polityków, ministrów, posłów jak złośliwe gzy, od których trzeba się odganiać - mówi Mirska-Królikowska.  - Rodzice małych pacjentów doskonale zdają sobie z tego sprawę, ale co mają zrobić? Odpuścić? Przecież oni walczą o zdrowie i życie swoich dzieci.

Po stronie małych pacjentów i ich rodziców stoi też inna, anonimowa grupa sojuszników. Blisko 80 proc. Polaków opowiada się za legalizacją medycznej marihuany (badanie IBRIS dla Rzeczpospolitej, przeprowadzone w 2015 roku). Dobrze by było aby rząd, tak często podkreślający rolę "suwerena", wziął pod uwagę jego zdanie.

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje